Przejdz do tresci glownej

Wiary nie można narzucić. Ale czy z tego wynika, że nie wolno niczego zakazywać?

6 min czytania
Figura Temidy w Sądzie Rejonowym w Gdańsku.

Autor: Fot. LukaszKatlewa/Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Figura Temidy w Sądzie Rejonowym w Gdańsku.

„Presja w duchowym świecie nie działa” – mówi ks. Marcin Jurak MIC w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”. Trudno się z tym nie zgodzić. Wiara wymuszona nie jest wiarą. Człowieka można zmusić do wejścia do kościoła, do siedzenia na lekcji religii, nawet – w odpowiednich warunkach – do wykonania określonych gestów. Nie można go jednak zmusić do uwierzenia w Boga.

TODO MESSAGE :

Pod wpisem „Gościa” pojawił się jednak komentarz, który tę oczywistość rozwija w dość zaskakującym kierunku. Jego autor pisze, że nie dla wszystkich jest ona oczywista, ponieważ „dziś w Kościele coraz więcej głosów słychać tych, którym marzy się jakaś forma odgórnego narzucania wiary i obyczajów katolickich”. Przez wieki – czytamy dalej – Kościół miał działać „na zasadzie władzy i dominacji społecznej”, a ta mentalność pozostaje w nim zakorzeniona. To bardzo wygodna figura retoryczna. Ma tylko jedną wadę: łączy dwie zupełnie różne sprawy.

Nie da się nakazać wiary

Zacznijmy od tego, co bezsporne. Katolik nie powinien domagać się, aby państwo zmuszało kogokolwiek do wiary. Zresztą Kościół mówi o tym wprost nie od dziś. Soborowa deklaracja Dignitatis humanae stwierdza, że prawda nie może narzucać się inaczej niż „siłą samej prawdy”, a człowiek powinien być wolny od przymusu w sprawach religijnych.

Nie jest to oczywiście pomysł Soboru Watykańskiego II. Klasyczna teologia katolicka od dawna rozumiała, że akt wiary ze swej natury musi być dobrowolny. Papież Marcin V, wprawdzie nie bez pewnych oporów, potępił antypolski traktat dominikanina Jana Falkenberga, związanego ze stroną krzyżacką. Pismo wzywało wręcz do zabicia Jagiełły i wyniszczenia Polaków, uzasadniając to rzekomą współpracą Polaków z poganami. 

Przymus może wyprodukować konformistę. Nie zrodzi człowieka wierzącego. Jeżeli ktoś rzeczywiście chciałby nawracać za pomocą policji, mandatów i kodeksu karnego, nie tylko wykazywałby się wyjątkowo kiepskim rozeznaniem duszpasterskim. Nie rozumiałby po prostu, czym jest wiara. Tyle że z tego nie wynika jeszcze to, co często próbuje się z tej zasady wyprowadzić.

Państwo nie jest kierownikiem duchowym

Czym innym jest bowiem pytanie: „Czy państwo może nakazać człowiekowi wierzyć w Boga?”, a czym innym: „Czy prawo może zakazywać zachowań, które społeczeństwo uważa za złe?”. Oczywiście, że państwo może takie zakazy stosować, a nawet więcej – właśnie po to istnieje prawo.

Zakazuje zabijania, kradzieży, oszustwa, przemocy. Nakłada na rodziców obowiązki wobec dzieci. Określa, czym jest małżeństwo, kto może je zawrzeć i jakie wywołuje ono skutki. Rozstrzyga, komu i na jakich zasadach wolno dysponować cudzą własnością. Chroni jedne dobra kosztem swobody działania w innych dziedzinach. Każdy przepis prawny jest w tym elementarnym sensie „presją”. Kiedy kodeks karny zabrania mi zabrać sąsiadowi samochód, państwo wywiera na mnie całkiem realną presję. Grozi mi nawet więzieniem.

Nie odpowiem przecież, że w nowoczesnym, pluralistycznym społeczeństwie państwo powinno „towarzyszyć” mi w moim wyborze dotyczącym samochodu sąsiada.

Prawo zawsze zakłada jakąś wizję dobra

I tu dochodzimy do sedna sporu. Nie istnieje prawo aksjologicznie obojętne. Każdy system prawny zakłada, że pewne dobra należy chronić bardziej niż inne. Spór polityczny nie przebiega więc między ludźmi, którzy chcą „narzucać swoje wartości”, a ludźmi wolnymi od wartości. Przebiega między ludźmi, którzy chcą chronić różne wartości.

Jeżeli katolik uważa, że życie człowieka przed narodzeniem zasługuje na ochronę prawną, można się z nim spierać o status tego życia, zakres ochrony albo konsekwencje określonych przepisów. Nie można jednak uczciwie odpowiedzieć mu: „Nie narzucaj swojej religii”. Zakaz zabicia człowieka nie jest nakazem uwierzenia w Boga.

Podobnie jest w sporze o prawną definicję małżeństwa. Jeśli dziś się podnosi, że powinna ona obejmować związki osób tej samej płci albo że instytucja małżeństwa ze względu na swoją naturę i funkcję społeczną powinna pozostać związkiem kobiety i mężczyzny, to jest rzeczywisty spór o antropologię, rodzinę i prawo.

Odpowiedź: „Nie wolno narzucać katolickiej moralności” niczego w tym sporze nie rozstrzyga. Druga strona również proponuje przecież określoną moralność i chce nadać jej formę obowiązującego prawa.

„Neutralność” także ma swoją aksjologię

Najciekawszy trik zaczyna się wtedy, kiedy jedna ze stron własne założenia przedstawia jako neutralność.

Zakaz aborcji zostaje wówczas nazwany „narzucaniem światopoglądu”, ale jej prawna dopuszczalność – już nie. Uznanie małżeństwa za związek kobiety i mężczyzny jest „narzucaniem wartości”, natomiast zmiana jego definicji staje się po prostu „neutralnością państwa”. Tymczasem w obu przypadkach państwo dokonuje wyboru aksjologicznego.

Prawo dopuszczające aborcję nie pozostaje neutralne wobec pytania o ochronę życia prenatalnego. Odpowiada na nie w określony sposób. Prawo redefiniujące małżeństwo również nie uchyla się od odpowiedzi na pytanie, czym ono jest. Udziela po prostu odpowiedzi innej niż dotychczasowa.

Możemy a nawet powinniśmy o te odpowiedzi się spierać. Ale powinniśmy się o nie spierać racjonalnie. Nie udawajmy, że tylko jedna strona sporu przynosi ze sobą wartości, podczas gdy druga przychodzi z czystą kartką.

Od wolności religijnej do moralnej próżni

Warto więc bardzo uważać na piękne zdanie: „Nie wolno nikomu narzucać swoich przekonań”. Jeżeli oznacza ono: nie wolno zmuszać człowieka, żeby uwierzył w Chrystusa – podpisuję się bez wahania.

Jeżeli oznacza: w pluralistycznym społeczeństwie nie wolno tworzyć prawa opartego na rozpoznaniu dobra i zła, zdanie staje się absurdem. Takiego prawa nie da się stworzyć. Można natomiast pod tym hasłem stworzyć pewien system przepisów. Pozostaje pytanie, czyją wizję dobra to prawo będzie chroniło.

Ostateczną konsekwencją postulatu całkowitego uwolnienia człowieka od „narzucania norm” nie jest bowiem neutralność. Jest nią barbarzyństwo – sytuacja, w której silniejszy robi to, na co ma ochotę, ponieważ wspólnota utraciła prawo powiedzenia mu: „tego robić nie wolno”. Cywilizacja zaczyna się dokładnie od przeciwnego zdania.

Ewangelia potrzebuje wolności. Społeczeństwo potrzebuje prawa

Dlatego zdanie ks. Marcina Juraka jest prawdziwe właśnie tam, gdzie zostało wypowiedziane: w świecie duchowym. Człowieka prowadzi się ku wierze świadectwem, cierpliwością, rozmową i łaską. Nie policyjną pałką. Ale państwo nie jest duszpasterzem, a kodeks karny nie jest podręcznikiem ewangelizacji.

Chrześcijanin może jednocześnie bronić pełnej wolności aktu wiary i uważać, że życie niewinnego człowieka powinno być chronione przez prawo, rodzina zasługuje na szczególną ochronę, a społeczeństwo ma prawo określać granice dopuszczalnych zachowań. Nie ma w tym sprzeczności.

Sprzeczność pojawia się raczej wtedy, gdy pod hasłem uwolnienia człowieka od „katolickiej presji” próbuje się przemycić własną aksjologię – i jeszcze przedstawić ją jako brak aksjologii.

Wiary rzeczywiście nie wolno narzucać. Ale prawo, które niczego nie nakazuje i niczego nie zakazuje, ma inną nazwę. Nazywa się bezprawiem.