Przejdz do tresci glownej

Uczniowie wrzucają do pudełka atrapy. Zapytałam nauczycieli, czy zakaz smartfonów ma szansę zadziałać

8 min czytania
shutterstock_2568553887.jpg

Autor: Shutterstock

Od 1 września w podstawówkach i przedszkolach obowiązuje ustawowy zakaz korzystania z telefonów. Napisałam do znajomych nauczycieli, dyrektorów i pedagogów z prośbą o szczerą odpowiedź: co to zmienia u was? Posłuchajmy głosu praktyków.

TODO MESSAGE :

Ustawa zakazująca uczniom korzystania ze smartfonów w szkołach podstawowych wchodzi w życie 1 września 2026 r. Poparcie społeczne jest ogromne. W kwietniowym badaniu CBOS dla PAP za zakazem opowiedziało się 85% dorosłych Polaków, przeciw — 11%. Wśród czterdziestolatków, a więc rodziców uczniów podstawówek, poparcie sięga 93%. A co mówią o tym nauczyciele? Zapytałam kilkunastu z nich, z różnych części Polski.

„Ustawa nic praktycznie nie zmienia"

Tak podsumowała ją Danuta, nauczycielka szkoły podstawowej w dużym mieście. W jej szkole zakaz od dawna jest zapisany w statucie szkoły: smartfony mają być wyciszone i schowane, a uczeń przyłapany na korzystaniu deponuje sprzęt w sejfie w sekretariacie, skąd odbierają go rodzice. Efekt?

„95% dzieci przyjmuje to bez problemu. Reszta ma ewidentne oznaki uzależnienia i ryzykuje wszystko, byle skorzystać z używki. To nieliczna grupa, która chowa się po ubikacjach, żeby tylko wejść online."

Podobnie jest w szkole podstawowej, do której chodzą dzieci Marii, nauczycielki z małego miasta. Zakaz korzystania ze smartfonu na terenie szkoły wpisano tam do statutu rok temu, urządzenie zostaje w szafce w szatni, za przyłapanie jest dwanaście punktów ujemnych. „Wiadomo, że były jednostki, które kryły się w toalecie z telefonami, ale ogół raczej respektował" — pisze Maria. Ustawa zmienia u nich w zasadzie jedno: obejmuje także smartwatche, których szkolny zakaz nie dotyczył. Problemów z nimi nie było, bo — jak zauważa Maria — „TikToka na nich się za bardzo nie da oglądać".

Joanna, nauczycielka szkoły podstawowej w średnim mieście, mówi o tym samym z innej strony. Zakaz „działa, gdy ktoś ma zwyczaj podporządkowywać się regulaminom lub chociaż reagować na upomnienia — jak zawsze". Ustawa jest dla niej po prostu wzmocnieniem szkolnej zasady ogólnokrajowym aktem prawnym. I owszem, ma szansę powodzenia.

Ministerstwo Edukacji szacuje, że ponad połowa szkół wprowadziła własne ograniczenia jeszcze przed ustawą. Dla nich 1 września nie jest rewolucją, tylko wyrównaniem zasad.

Martwe zapisy i atrapy w skrzyneczce

Gorzej tam, gdzie regulamin był, ale nikt go nie brał na serio. Maria opisuje szkołę, w której sama uczy: zakaz polegał głównie na „niekorzystaniu z telefonów", ale uczniowie mogli je trzymać w plecaku, a tak naprawdę nosili w kieszeniach spodni. „W zasadzie był to martwy zakaz. Co najwyżej nie siedzieli na przerwie w rządku pod ścianą, oglądając TikToki". W jej szkole nie ma punktów ujemnych, tylko uwagi, więc konsekwencji w praktyce nie było żadnych. Ustawa zmienia tu wszystko, a ostatnia rada pedagogiczna zakończyła się ustaleniem, że „trzeba stworzyć procedury i się tym zająć".

Inna nauczycielka, ucząca w zespole szkół, pisze wprost: zakaz nie działał, „bo niewielu nauczycieli zwracało na to uwagę, nie mówiąc o wyciąganiu konsekwencji. Zwłaszcza w liceum".

Najbardziej uderzyła mnie relacja Marleny, uczącej w liceum w metropolii. W każdej sali stoi skrzyneczka, do której uczniowie odkładają smartfony przed lekcją. Korzystać mogą tylko za zgodą nauczyciela, wszystko ładnie zapisane w regulaminie. Tyle że „nauczyciele nie przestrzegają, a uczniowie mają atrapy, czyli stare telefony, które umieszczają w skrzynce".

Nawiasem mówiąc, skrzyneczki powstały w wyniku inicjatywy rodziców i samej Marleny. Jej udało się to wyegzekwować, jednak dyskutowała wielokrotnie z uczniami dlaczego odkładanie smartfonów na czas nauki ma sens. Inni nauczyciele albo sprawę lekceważą, albo próbują, jak sama określiła  "być dobrymi ciociami i wujkami", bo to łatwiejsze niż stawianie wymagań.

Marlena  wylicza przeszkody: brak konsekwencji, histeria rodziców, brak szacunku dla prawa i zasad, uzależnienie cyfrowe, brak chęci do nauki. A jednak, gdyby nauczyciele zgodnie egzekwowali zakaz, miałby szanse powodzenia.

Prawdziwe pole bitwy jest po stronie dorosłych

Anna uczy w podstawówce w metropolii, w której do tej pory żadnego zakazu nie było. Zapis pojawił się w regulaminie, ale — jak pisze — nauczyciele uważają go za kolejny "wymysł ministerstwa", a dyrektorka martwi się, że kiedy rodzice zaczną ją zasypywać wnioskami o zgodę dla swojego dziecka, zabraknie jej czasu na normalną pracę. Anna nie ma złudzeń: zakaz będzie fikcją, „bo niemal nikt nie widzi w tym sensu, a rodzice są mega roszczeniowi".

Dalej pisze rzecz, odzwierciedlającą rzeczywistość wielu szkół:

„Dzieciarnia nagrywa się nawzajem i wyśmiewa w Internecie, ale nikt z tym nic nie robi, bo robią to na zamkniętych grupach, gdzie nie ma dorosłych. Skąd to wiem? Bo mi się kilkoro dzieci zwierzyło. Dyrekcja na to: nie mamy dowodów, nie widać, że to nasza szkoła, nie nasz problem."

Maria spodziewa się buntu rodziców przy smartwatchach. Joanna, pytana o przeszkody, odpowiedziała krótko: „histerii rodziców".

Lubisz nasze artykuły?

Co na to badania

Raport Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii  z grudnia 2025 roku, w którym przejrzeliśmy ponad sto źródeł, układa się w jednoznaczny obraz. Doświadczenia krajów, gdzie wdrożono rzeczywiście działający zakaz — jak chociażby Francji to wzrost wyników nauczania, lepsza atmosfera w klasie, spadek przemocy i cyberbullyingu. Warunek? Dorośli widzą w tym sens i są zgodni we wdrażaniu regulaminu.

A z tym w Polsce bywa różnie. Jedna z moich rozmówczyń, Karolina, nauczycielka z publicznej szkoły podstawowej w dużym mieście powiedziała:

"Taka tam próba zawracania Wisły kijem. Dzieciaki są cały czas online i nic tego nie zmieni. Musimy to zaakceptować i robić swoje."

Pani Karolina była zdziwiona, gdy zaczęłam jej opowiadać o problemie uzależnienia, technowypalenia, związku między nadmiernym korzystaniem z ekranów a zaburzeniami nastoju, zdolności koncentracji uwagi itp. Jak dotąd słyszała na licznych szkoleniach jeden przekaz: "Dzieci i tak korzystają ze smartfonów, więc wykorzystajmy to i proponujmy im aplikacje edukacyjne."

A to znaczy, że korzyści z zakazu muszą zobaczyć również nauczyciele.

Najbliższe tygodnie

Doświadczenia zagraniczne mówią, że okres przejściowy trwa od dwóch do ośmiu tygodni. Na Florydzie w pierwszym roku po wprowadzeniu zakazu wzrosła nawet liczba zawieszeń w prawach ucznia. Dopiero w drugim roku pojawiła się wyraźna poprawa wyników. To znaczy, że wrzesień i październik będą nieprzyjemne, i że po pierwszej fali trudności nie należy wyciągać wniosku, iż „nie wyszło".

Rodzice mają w tych tygodniach większą władzę, niż im się wydaje. Wystarczy nie pisać wniosku o wyjątek dla własnego dziecka i powiedzieć mu w domu to samo, co usłyszy w szkole.

Na koniec zostawiłam odpowiedź Agnieszki, która uczy w szkole branżowej przy młodzieżowym ośrodku wychowawczym. Napisała jedno zdanie, bo więcej nie było trzeba:

„Od zawsze mamy całkowity zakaz posiadania telefonów. Z telefonem resocjalizacja nie byłaby możliwa."

Nie każda szkoła jest ośrodkiem wychowawczym. Ale jeśli obecność telefonu potrafi zniweczyć pracę wychowawczą tam, gdzie stawka jest najwyższa, warto się zastanowić, co robi w klasie, w której stawką jest „tylko" zwykłe dzieciństwo.

Co dokładnie wchodzi w życie

Ustawa z 29 maja 2026 r. o zmianie ustawy – Prawo oświatowe (Dz.U. 2026 poz. 904) zakazuje uczniom szkół podstawowych korzystania z telefonów, smartwatchów i innych urządzeń umożliwiających komunikację czy nagrywanie — na lekcjach, na przerwach i podczas zajęć organizowanych poza szkołą. Ten sam zakaz obejmuje przedszkola i oddziały przedszkolne, a także szkoły niepubliczne. Nie dotyczy szkól ponadpodstawowych, do czego wrócę.

Zakazane jest używanie, a niekoniecznie przynoszenie do szkoły. Smartfona ma nie być widać w rękach dziecka, co w rezultacie —  o ile w statucie szkoły nie zostanie to zapisane inaczej —  może zrobić z zakazu pusty przepis.  Ustawa nie określa jak konkretnie szkoły to mają egzekwować.

Warto też zwrócić uwagę, że już w samej ustawie zawarte są liczne wyjątki — np. nauczyciel może kazać wyciągnąć smartfony by wykonać jakieś zadanie dydaktyczne, dziecko może mieć smartfon włączony ze względów zdrowotnych — np. monitorowanie poziomu cukru we krwi, ale nie tylko. Poza tym dyrektor może udzielić dziecku pozwolenia na korzystanie ze smartfona z innych powodów, a odmowę musi uzasadnić rodzicom.

Oznacza to, że aby zakaz miał sens spełnił swoją rolę, niezbędna jest... edukacja dorosłych co do szkodliwości nadmiernego kontaktu dzieci z elektroniką.