Dziesiątki tysięcy zamordowanych, ponad 400 miejsc kaźni, całe lokalne elity znikające w ciągu kilku jesiennych miesięcy. A jednak dopiero w ostatnich latach „zbrodnia pomorska 1939” zaczęła funkcjonować jako nazwa jednego z największych niemieckich ludobójczych przedsięwzięć początku II wojny światowej. Dlaczego trzeba było czekać tak długo? Odpowiedź kryje się w spalonych ciałach, zniszczonych dokumentach, setkach lokalnych historii – ale także w pamięci rodzin, kapłanów i ludzi, którzy przez dziesięciolecia przychodzili pod leśne krzyże.
Kiedy wojna się skończyła, prawda znajdowała się dosłownie pod ziemią. W 1946 roku w Lasach Piaśnickich przeprowadzano ekshumacje. Rodziny próbowały rozpoznawać bliskich po przedmiotach, które przetrwały w ziemi. Zachowywały się medaliki i szkaplerze. Szczątki wydobywano z masowych grobów, składano w trumnach, spisywano protokoły.
Tyle że sprawcy zdążyli wcześniej wykonać ogromną pracę, aby właśnie do takiej chwili nigdy nie doszło.
Zbrodnia miała zniknąć razem z ciałami
W 1944 roku Niemcy rozpoczęli na Pomorzu operację zacierania śladów, będącą częścią tzw. akcji 1005. Otwierano zbiorowe mogiły, wydobywano zwłoki zamordowanych i palono je na stosach. W Piaśnicy wykorzystano do tego więźniów KL Stutthof. Po wykonaniu pracy również ich zabito.
Według ustaleń historyków IPN zwłoki niszczono w ponad 30 miejscach kaźni na Pomorzu i Kujawach. Zniszczono także archiwum Selbstschutzu, zawierające informacje o ofiarach. Historyk, dr hab. Tomasz Ceran, który pracuje w Instytucie Pileckiego w Warszawie, w Zakładzie badań nad nazizmem i okupacją niemiecką w czasie II wojny światowej, zwraca uwagę, że właśnie dlatego pełnej liczby zabitych i wszystkich ich nazwisk zapewne już nigdy nie poznamy.
Historycy operują dziś liczbą od około 20 do 40 tys. ofiar. Wiadomo natomiast, że mordy odbywały się w ponad 400 miejscowościach przedwojennego województwa pomorskiego. Ginęli nauczyciele, urzędnicy, ziemianie, działacze społeczni, lekarze, robotnicy i rolnicy, polscy Żydzi, pacjenci zakładów psychiatrycznych i duchowni. Egzekucji dokonywały niemieckie formacje policyjne i SS, Einsatzgruppen, a wyjątkowo istotną rolę odegrał Selbstschutz Westpreussen, złożony z miejscowych Niemców i działający pod nadzorem SS.
Te fakty są dziś stosunkowo dobrze opisane. Czytelnik, który chce poznać szczegółową historię zbrodni, może sięgnąć między innymi do wydanej przez IPN monografii Tomasza Cerana „Zbrodnia pomorska 1939. Początek ludobójstwa niemieckiego w okupowanej Polsce”.
Bardziej zagadkowe pozostaje inne pytanie: dlaczego zbrodnia tej skali przez tak długi czas nie znalazła w polskiej pamięci miejsca porównywalnego choćby z Katyniem, Palmirami czy późniejszą zbrodnią wołyńską?
Wiedzieliśmy o drzewach, ale nie widzieliśmy lasu
Nie byłoby uczciwe powiedzieć, że po wojnie o pomorskich ofiarach milczano. Już w latach 60. i 70. Barbara Bojarska publikowała prace o Piaśnicy, Selbstschutzu i eksterminacji polskiej inteligencji. Badano poszczególne miejsca zbrodni, gromadzono zeznania i dokumentację, stawiano pomniki. Problem tkwił gdzie indziej.
Piaśnica była Piaśnicą. Paterek – Paterkiem. Bydgoszcz miała swoją Dolinę Śmierci, Toruń Barbarkę, okolice Starogardu – Szpęgawsk. W pamięci regionalnej funkcjonowało określenie „krwawa pomorska jesień”. Historycy używali również niemieckich terminów, takich jak Intelligenzaktion. Brakowało pojęcia, które pozwoliłoby zobaczyć, że wszystkie te miejsca są elementami jednego wydarzenia.
Tomasz Ceran posługuje się tu trafnym obrazem: można znać poszczególne drzewa, a nie dostrzec lasu. Właśnie dlatego zaproponował termin „zbrodnia pomorska 1939”, następnie rozwijany także wspólnie z Izabelą Mazanowską i Moniką Tomkiewicz. Nie chodziło o zmianę etykietki, lecz o zmianę perspektywy.
Jeśli ponad 400 miejsc egzekucji ogląda się osobno, otrzymujemy setki lokalnych tragedii. Jeśli zobaczymy je razem, ujawnia się jeden mechanizm eksterminacji, wyjątkowy pod względem skali nawet na tle okupowanej Polski.
Dr Ceran mówił o tym również w rozmowie z „Tygodnikiem Bydgoskim”, zwracając uwagę między innymi na ideowe podłoże zbrodni – rozwijający się przez dziesięciolecia niemiecki antypolonizm. W swoich najnowszych badaniach określa zbrodnię pomorską jako początek ludobójstwa niemieckiego dokonywanego w okupowanej Polsce.
Pamięć przechowywana pod krzyżem
Jest jednak jeszcze jedna historia pamięci o pomordowanych. Mniej akademicka. W wielu miejscach przechowywały ją rodziny i lokalne wspólnoty, a szczególną rolę odgrywał Kościół. W Paterku pod Nakłem Niemcy zamordowali jesienią 1939 roku ponad 200 osób. Wśród ofiar szczególnie liczną grupę stanowili duchowni.
W 1971 roku miejscowy kapłan ks. Ignacy Klimacki przygotował z okazji wizyty prymasa Stefana Wyszyńskiego niezwykły album zatytułowany „W hołdzie męczennikom za wiarę i ojczyznę. Paterek 1939”. Znalazły się w nim fotografie wykonane podczas powojennej ekshumacji. Z nieznanych powodów album nie trafił do kard. Wyszyńskiego. Pozostał w archiwum parafii św. Wawrzyńca w Nakle. Dopiero kilkadziesiąt lat później Tomasz Ceran odnalazł tę historię i opublikował album w swojej książce „Paterek 1939. Zbrodnia i pamięć”. To właściwie symbol całej historii zbrodni pomorskiej: pamięć istniała, tylko trzeba ją było odnajdywać, łączyć i nazywać.
Najbardziej widoczne jest to w Piaśnicy. Las koło Wejherowa z czasem został opleciony krzyżami i mogiłami. Dziś istnieje tam Sanktuarium Błogosławionej Męczennicy Alicji Kotowskiej i Towarzyszy.
Zmartwychwstanka bł. s. Alicja Kotowska, dyrektorka wejherowskiej szkoły, została rozstrzelana w Piaśnicy 11 listopada 1939 roku. W lesie wspomina się również duchownych, którzy znaleźli się wśród ofiar. Co roku odprawiana jest tam Msza za pomordowanych. Metropolita gdański abp Tadeusz Wojda podczas jednej z takich uroczystości nazwał krzyże wtopione w piaśnicki las swoistym „ogrodem zmartwychwstania”. To ważny wymiar pamięci. Miejsca zaplanowane jako anonimowe doły śmierci zamieniły się w miejsca modlitwy.
Jan Paweł II przypomniał o bydgoskiej Dolinie Śmierci
Podobnie stało się w Bydgoszczy. Fordońska Dolina Śmierci jest jednym z miejsc zbrodni pomorskiej. Gdy 7 czerwca 1999 roku Jan Paweł II odprawiał Mszę świętą w Bydgoszczy, nawiązał w homilii właśnie do miejscowego doświadczenia męczeństwa. Przypomniał publiczne egzekucje na Starym Rynku i wymienił Dolinę Śmierci. Wspomniał także bł. bp. Michała Kozala oraz innych mieszkańców tej ziemi, którzy ponieśli śmierć za wierność Chrystusowi. Była to charakterystyczna dla Jana Pawła II próba odczytania historii nie wyłącznie jako katalogu zbrodni, ale jako historii świadectwa. Bydgoszcz – mówił papież – została „naznaczona szczególnym znamieniem prześladowania dla sprawiedliwości”. Pełny tekst homilii Jana Pawła II w Bydgoszczy zachował się w archiwum watykańskim. W ten sposób religijne upamiętnienie dokonywało czegoś, czego przez długi czas nie potrafiła zrobić ogólnopolska narracja historyczna: wydobywało anonimowych „rozstrzelanych” z masowych grobów i ponownie czyniło z nich osoby.
Religijna pamięć o ofiarach Doliny Śmierci nie zaczęła się jednak od papieskiej wizyty. Już od 1947 roku odprawiano w tym miejscu Drogę Krzyżową – początkowo potajemnie. Z czasem szczególnymi kustoszami tej tradycji stali się bydgoscy studenci i duszpasterstwo akademickie.
Do dziś jesienią, w pobliżu rocznicy egzekucji, odbywa się tu Akademicka Droga Krzyżowa. Organizuje ją Diecezjalne Duszpasterstwo Akademickie „Martyria”, a w nabożeństwie uczestniczą studenci i mieszkańcy Bydgoszczy. Rozważania często przywołują konkretne życiorysy ludzi zamordowanych w 1939 roku. W 2024 roku, w 85. rocznicę zbrodni, uczestnicy słuchali historii ofiar zaczerpniętych z książki Krzysztofa Drapiewskiego „Męczennicy z Doliny Śmierci”.
Ta tradycja ma szczególną wymowę. Drogą, którą niegdyś prowadzono ludzi na egzekucję, kolejne pokolenia przechodzą dziś z krzyżem. Miejsce zaplanowane przez sprawców jako miejsce śmierci stało się miejscem modlitwy i pamięci.
Teraz przemawia także „archiwum ziemi”
Historia zbrodni pomorskiej nie jest przy tym historią zamkniętą. W ostatnich latach archeolodzy prowadzili kolejne badania miejsc egzekucji. Odkrywane są szczątki ludzi, których wcześniej nie było w statystykach ofiar, spalone kości oraz fragmenty pochówków, których Niemcom nie udało się całkowicie zniszczyć.
Dr Ceran nazywa ziemię swoistym archiwum. Dokumenty można spalić, listę nazwisk zniszczyć, świadkowie umierają. Ziemia czasami zachowuje jednak to, czego nie zachowało papierowe archiwum.
Równolegle zmienia się pamięć publiczna. W 2023 roku Sejm ustanowił 2 października Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Niemieckiej Zbrodni Pomorskiej 1939. Data nie została wybrana przypadkowo. 2 października 1939 roku skapitulował Hel. Jest to również dzień urodzin dr. Józefa Bednarza, dyrektora szpitala psychiatrycznego w Świeciu, który nie opuścił swoich pacjentów i został wraz z nimi zamordowany.
W Wejherowie działa Muzeum Piaśnickie. W Toruniu powstał Park Pamięci Ofiar Zbrodni Pomorskiej. Ukazują się kolejne publikacje i tomy dokumentów, trwają badania archeologiczne i próby identyfikowania ofiar. A jednak nawet w Polsce nazwa „zbrodnia pomorska” jest bez porównania mniej rozpoznawalna niż nazwy innych wielkich zbrodni XX wieku.
Może więc najważniejszym etapem odkrywania tej zbrodni jest właśnie ten, który trwa teraz. Nie chodzi już tylko o odnalezienie kolejnego grobu. Chodzi o przywrócenie całości. Bo Niemcy w 1944 roku próbowali zniszczyć nie tylko ciała. Razem z nimi miała zniknąć możliwość policzenia zamordowanych, poznania ich nazwisk i odtworzenia mechanizmu zbrodni.
Nie udało się. Zostały dokumenty, rodzinne wspomnienia, medaliki wydobywane z mogił, fotografie, parafialne archiwa i krzyże stojące w pomorskich lasach. A od niedawna mamy także nazwę pozwalającą połączyć te wszystkie miejsca w jedną historię.
Zbrodnia pomorska 1939.
I być może właśnie nazwanie jej było jednym z ostatnich etapów wydobywania ofiar z anonimowego dołu, który miał pozostać zamknięty na zawsze.






![Ksiądz Jerzy Popiełuszko – człowiek którego kochali i katolicy, i ateiści [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/10/Popieluszko_Europena_13.jpg?resize=150,150&q=75)
![Jan III Sobieski w drodze pod Wiedeń modlił się w wielu sanktuariach. Do dziś tam o tym pamiętają [zdjęcia]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/09/Projekt-bez-nazwy21.jpg?resize=150,150&q=75)



