Ewa Dmowska nie planowała pisać książek o Bogu. Dziś uważa, że właśnie to jest jej misją. Opowiada o wierze, lęku, ranach z dzieciństwa i literaturze, która może prowadzić do Boga.
Ewa Dmowska to autorka książek o bogatym przesłaniu dotyczącym wiary w Boga. Dlaczego zaczęła pisać akurat takie książki?
Lubisz nasze artykuły?
„Nie przypuszczałam, że będę pisała takie książki”
Aleteia: Jak to się stało, że zaczęła pani pisać książki fantasy i thrillery, ale jednocześnie z chrześcijańskim przesłaniem?
Ewa Dmowska: Nie do końca był to mój wybór. Ja w ogóle nie przypuszczałam, że będę pisała takie książki o Panu Bogu. Zawsze jako dziecko marzyłam o tym, żeby pisać. Zajmowałam się jakimiś krótszymi bądź dłuższymi formami. Jakaś ekspresja poprzez słowo pisane zawsze musiała się uzewnętrzniać.
Zawsze byłam osobą wierzącą, ale bez relacji z Panem Bogiem. Modliłam się, do kościoła chodziłam raczej okazjonalnie. Ten Bóg był dla mnie ważny, ale nie był najważniejszy.
Był na tyle ważny, żebym czuła, że nie można sobie od Niego tak bezkarnie odejść, a nie był na tyle ważny, by być siłą przewodzącą w moim życiu.

Co więc wydarzyło się podczas tego pamiętnego różańca?
Któregoś wieczoru odmawiałam różaniec. Wtedy pojawiła mi się scena z książki tytuł do niej. Wiedziałam, że właśnie ją powinnam napisać.
Skończyłam różaniec i zaczęłam tworzyć thriller „Martwy za dnia”. Pisałam kilka lat. Kiedy przyszła do mnie ta scena, kompletnie nie wiedziałam, w jakim kierunku będzie zmierzała.
Byłam wtedy zafascynowana rozwojem osobistym. Byłam przekonana, że koniec książki będzie przesłaniem, że moc naszego umysłu jest wystarczająca, by rozwiązać praktycznie wszystkie problemy w naszym życiu. W tym samym czasie zaczęłam jednak otwierać się na Pana Boga. Rozwój osobisty przestał być dominującą częścią mojego życia, a stał się narzędziem do poprawy mojego charakteru. Na pierwszy plan zaczął wysuwać się Bóg.
Moja bohaterka również zaczęła iść w tym kierunku. Po pewnym czasie było dla mnie oczywiste, że koniec musi być taki jak u mnie: Pan Bóg ma być stawiany na pierwszym miejscu. Jest bowiem Bogiem, który się nami opiekuje, jest naszym Tatą, troszczy się o nas, kocha nas, nie zostawia i wysyła ludzi, którzy mają nam pomóc.
Tak było z pierwszą książką. Później zaczęły pojawiać się pomysły na kolejne.

„Trochę magiczne myślenie”
Była pani wierząca, ale bez głębokiej relacji z Bogiem. A jednak sięgała pani po różaniec.
Jest to pełne sprzeczności. Mam wrażenie, że czasami sięgałam po tę modlitwę ze świadomością, że jest to coś, co powinno mi przynieść pomoc, a nie z wiarą, że ta pomoc tam jest.
Czyli trochę magiczne myślenie?
Trochę tak. Całe szczęście, że oparte na różańcu, a nie na innych rzeczach.
Później, kiedy zaczęły pojawiać się kolejne pomysły na książki, już wiedziałam, że chcę iść w tym kierunku, bo stało się moją to moją potrzebą, żeby Boga stawiać w centrum.
Nie chciałam pisać innych książek. Pisanie jest dla mnie procesem niezwykle intymnym, uzewnętrznianiem najgłębszych moich warstw. Jeżeli pisanie jest dla mnie takim procesem, nie może zabraknąć w nim tego, co jest dla mnie najważniejsze.
I w ten sposób odkryłam, że to jest moja misja.
Lubisz nasze artykuły?
„Nie chcę moralizować. Chcę przypominać o relacji z Bogiem”
Co dokładnie rozumie pani przez tę misję?
Żeby pisać i mówić o Panu Bogu. Nie w taki teologiczny, moralizujący sposób, bo daleka jestem od tego, ale tak, żeby przypominać ludziom, że relacja z Panem Bogiem jest niezwykle istotna.
Chcę przypominać, że ten Bóg, którego nazywamy swoim Ojcem, to nie jest puste słowo czy frazes. Jego opieka naprawdę jest obecna w naszym codziennym życiu.
W pani książkach Bóg jest obecny wprost czy raczej subtelnie?
Bardziej jako proces poznawania przez bohatera czy bohaterkę Pana Boga. To proces, w którym pojawia się niedowierzanie i bunt.
W „Córce Króla” i „Krew z krwi” pojawia się też szatan, kiedy tylko widzi, że bohaterka zaczyna iść w stronę dobra, próbuje ją odciągnąć. Ten proces jest więc bardzo pełny.
Pokazuję też wolną wolę każdego z nas. To my podejmujemy decyzję, w którym kierunku chcemy zmierzać.
Pojawiają się sceny, kiedy bohaterka się modli, przyjmuje Najświętszy Sakrament albo podejmuje decyzję o spowiedzi generalnej. To dla mnie ważne, żeby pokazać, że sakramenty są niezwykle istotne, aby nasza droga z Panem Bogiem była pełna.
„Jeżeli pewnych rzeczy nie dostaliśmy w dzieciństwie, nie umiemy ich dać”
Ma pani już trzy książki. Która była największym wyzwaniem?
Myślę, że z każdą książką poprzeczka jest troszeczkę podnoszona.
Przy „Martwym za dnia” świetnie się bawiłam, bo to był thriller i bardzo świadomie budowałam napięcie. „Córka króla” była natomiast książką bardzo wewnętrzną, bardzo ze mną połączoną. Była raczej uzewnętrznieniem pewnych procesów, które zachodziły we mnie.
Dużym wyzwaniem było napisanie drugiej części, czyli „Krwew z krwi”, bo tutaj bohaterem był ośmioletni chłopiec. Musiałam zmienić słownictwo, nie zmieniając trudności tematyki.
Opowiadam o ranach wyniesionych z dzieciństwa. To bardzo trudny temat.
To powieść zbudowana metodą szkatułkową. Zaczyna się historią ośmioletniego chłopca, którego wychowuje samotna matka, nieradząca sobie z macierzyństwem. Później pojawia się Michał, czyli wysłany od Pana Boga anioł, który ma prowadzić zagubione dzieci do Boga. Wtedy otwiera się „druga szkatułka” i dowiadujemy się, dlaczego ta mama ma problemy z macierzyństwem.
Jeżeli pewnych rzeczy nie dostaliśmy w dzieciństwie, po prostu nie umiemy ich dać. Czasami nie wiemy, że ich nie dajemy, a czasami wiemy, ale nie umiemy tego deficytu niczym zastąpić.
Chciałam napisać tę historię takim językiem, żeby w ustach ośmioletniego chłopca zachowana była powaga tematu, ale żeby go nie przygniotła. Nie chciałam, żeby pewne frazy brzmiały jak w ustach czterdziestoletniego mężczyzny.
Trudne było też pokazanie przemocy w rodzinie bez obciążania ludzi nadmiernym cierpieniem. Była taka scena, która była dla mnie tak trudna emocjonalnie, że później poszłam do pokoju moich dzieci, żeby ogrzać się ich beztroską i normalnością.
Dla mnie samej ta scena była trudna, bo świadomie ją budowałam i wkładałam w usta tej matki słowa, które kłóciły się z moją chęcią bycia inną mamą niż bohaterka.
A teraz jestem przed kolejną książką, która jest dla mnie mega trudna. Wierzę, że też sobie poradzę. Nie ma innego wyboru.

Czytelnicy pytają o Boga
Czy dostaje pani sygnały, że książki rzeczywiście przynoszą dobre owoce?
Właśnie ten pozytywny feedback daje mi siłę i przekonanie, że moja misja ma sens. Piszą do mnie czytelniczki, które dziękują za książki i piszą, że wiele im pomogły.
Na spotkaniach autorskich pojawiają się bardzo trudne pytania. Widać, że niektórzy zadają je po raz pierwszy, ale się ośmielają. Widać proces, który się w nich dzieje.
Ludziom naprawdę brakuje Boga w życiu. Ludzie Go potrzebują i garną się do Niego. Tylko chyba nie bardzo wiedzą, jak to zrobić.
Nie zawsze są też gotowi, żeby sięgnąć po literaturę specjalistyczną czy teologiczną. To trudna literatura. Dla osoby, która dopiero poszukuje Boga, może być za ciężka.
A ja w takiej codziennej, wydawałoby się prostej powieści, pokazuję im drogę. Że ta droga do Pana Boga wcale nie musi być niemożliwa. Ona jest po prostu częścią naszego życia.
„Przestrzeganie przykazań jest dla mnie wolnością”
Chce pani pokazać, że wiara nie jest czymś oderwanym od zwyczajnego życia?
Ewa Dmowska: Dokładnie. Jeżeli mówimy o Panu Bogu, wcale nie musimy być osobami nieszczęśliwymi, zaniedbanymi czy nierozwijającymi się. Ludzie świeccy często wyobrażają sobie wierzących w ten sposób.
Że są nieszczęśliwi i dlatego uczepili się kurczowo Pana Boga. A to wcale tak nie jest.
Albo że człowiek wierzący jest zamknięty w okowach przepisów, nakazów i lęku.
Ewa Dmowska: Tak, dokładnie. Ja też kiedyś się zastanawiałam: przecież te wszystkie przykazania tylko ograniczają moją wolność.
Ale kiedy zaczęłam być bliżej Pana Boga, zobaczyłam, że tak naprawdę przestrzeganie tych przykazań jest dla mnie wolnością. I jest dla mojego dobra. Nie chcę po prostu ich nie przestrzegać.
Tak samo jak nie chcę już iść bez Pana Boga. To też nie jest coś narzuconego. To mój wybór.
Jeżeli stawiam Go na pierwszym miejscu, a przynajmniej staram się Go stawiać – bo też nie jestem święta, cały czas tę wiarę pogłębiam – to kiedy robię to świadomie i z wyboru, moje życie jest łatwiejsze.
Lubisz nasze artykuły?
Książki to nie wszystko
Wiem, że książki nie są jedynym sposobem, w jaki realizuje pani tę misję. Czym jeszcze się pani zajmuje?
Jestem też mówcą motywacyjnym. Organizuję w mojej parafii co miesiąc spotkania poświęcone tożsamości „Córki Króla”. Łączą rozwój osobisty i wiarę. Rozwój osobisty jest moim hobby i pasją, a wiara jest moim wyborem na życie.
Nigdy nie przypuszczałam, że ja, introwertyczka, będę mówiła do ludzi, stała na środku, przygotowywała cały speech od początku do końca razem z prezentacją i że będą przychodzić ludzie. A tak się dzieje.




![Ogród Maryi – Dni Piękna, pomoc kobietom i tożsamość Córki Boga [WYWIAD]](https://img.aleteia.org/tr:w-150,h-150,q-75/uploads/2026/10/Pneumatofora-17.12.2024-r.-44-scaled.jpg)





![Księdzem jest człowiek. W depresji potrzebny jest terapeuta [WYWIAD]](https://img.aleteia.org/tr:w-150,h-150,q-75/uploads/2026/06/shutterstock_1445299580.jpg)


