Przejdz do tresci glownej

Diego Hidalgo: Szkoła zbyt łatwo uwierzyła w potęgę komputerów. Dzieci potrzebują papieru, pióra i książek

5 min czytania
diego-hildago-bogna-bialecka.jpg

Autor: Bogna Białecka

EdTech obiecywał edukacyjną rewolucję. Coraz częściej okazuje się jednak, że cyfryzacja szkoły służy bardziej firmom technologicznym niż dzieciom. „Pióro, papier i zeszyt są tańsze, a często skuteczniejsze” – mówi Diego Hidalgo w rozmowie z Bogną Białecką dla Aleteia.pl.

TODO MESSAGE :

Diego Hidalgo – pisarz, mówca, przedsiębiorca i orędownik humanizmu cyfrowego. W czerwcu przebywał w Polsce jako prelegent konferencji "Uwaga smartfon". Tym razem, z wykładem „AI a miłość: jak ocalić autentyczne relacje międzyludzkie w czasach maszyn naśladujących bliskość”. Skorzystaliśmy z okazji by ponownie poprosić go o wywiad dedykowany naszym czytelnikom. Oto część druga wywiadu.

EdTech to po prostu BigTech w przebraniu.

Bogna Białecka: Chciałabym porozmawiać o szkole, bo mam wrażenie, że wokół technologii w edukacji narósł bardzo silny mit. Wielu z nas chce wierzyć, że ekran w klasie jest bramą do wiedzy. Że jeśli wprowadzimy do szkoły więcej aplikacji, platform, tabletów i filmów edukacyjnych, to dzieci automatycznie będą uczyć się lepiej.

Diego Hidalgo: Tak. W ostatnich latach obserwujemy ogromny rozkwit tak zwanych technologii edukacyjnych, czyli EdTechu. I stajemy tu wobec poważnego paradoksu.

Z jednej strony mamy coraz więcej dowodów, że wystawianie dzieci i nieletnich na technologię, ekrany i urządzenia cyfrowe ma raczej negatywny wpływ na ich zdrowie psychiczne, a szerzej także na zdrowie w ogóle.

Z drugiej strony mamy też coraz więcej dowodów na to, że cyfryzacja pracy szkolnej, prac domowych i nauki w szkole nie poprawia edukacji. Przeciwnie — często działa w drugą stronę.

Jednym z wielu powodów jest to, jak ważne jest pisanie ręczne. Ważne jest też czytanie na papierze. Z różnych powodów czytanie z papieru jest skuteczniejsze niż czytanie z ekranu.

Pisanie piórem, nie palcem po ekranie to prawdziwy trening dla umysłu

Bogna Białecka: Czyli wracamy do bardzo prostych narzędzi. Pióro, papier, zeszyt, książka. A jednocześnie mamy potężny nacisk, żeby szkołę cyfryzować, i to często pod hasłem nowoczesności.

W Polsce bardzo promuje się TIK, czyli technologie informacyjno-komunikacyjne w edukacji. Nauczyciele uczestniczą w szkoleniach, nierzadko sponsorowanych lub współtworzonych przez środowiska EdTech, i zdobywają zaświadczenia potrzebne im w ścieżce zawodowej. To poszło tak daleko, że w dziennikach szkolnych istnieje osobna rubryka, w której odnotowuje się, czy podczas lekcji wykorzystano narzędzia TIK.

Z tego, co wiem, na razie nikt jeszcze nauczycieli z tego formalnie nie rozlicza. Ale jeśli placówka ma wysoki wskaźnik wykorzystania TIK podczas lekcji, staje się to powodem do dumy i chwalenia się. Tylko że w tym zachwycie często ginie podstawowe pytanie: czy to rzeczywiście pomaga dzieciom się uczyć?

Diego Hidalgo: Właśnie. To są technologie bardzo tanie: pióro, papier, zeszyt, książka. A jednak w wielu krajach wciąż inwestujemy — na poziomie państwa, szkoły albo rodziny — w cyfryzowanie wszystkiego i włączanie EdTechu do programów szkolnych.

To jest dość absurdalne, jeśli wiemy już, że tańsze technologie, takie jak pióra, papier i zeszyty, są w rzeczywistości skuteczniejsze.

TIK? Z ogromną ostrożnością!

Bogna Białecka: YouTube jest tu tylko wierzchołkiem góry lodowej. Problem jest szerszy, bo wiele firm technologicznych bardzo szybko zrozumiało, że szkoła to ogromny rynek. Jeśli przekonamy rodziców, dyrektorów, samorządy i ministerstwa, że bez ekranów nie ma nowoczesnej edukacji, to budżety zaczynają płynąć w stronę platform, subskrypcji i sprzętu.

Do tego dochodzi kwestia zaufania. Giganci technologiczni latami budowali relacje z organizacjami, którym rodzice i szkoły ufają. Kiedy znane organizacje rekomendują konkretne rozwiązania cyfrowe, wielu dorosłych przestaje być czujnych. A przecież jeśli organizacja doradcza ma jednocześnie powiązania biznesowe z platformą, którą poleca, pojawia się poważny konflikt interesów.

Diego Hidalgo: Trzeba bardzo uważnie odróżniać to, co wygląda nowocześnie, od tego, co naprawdę służy uczeniu się i rozwojowi dzieci.

W krótkim terminie rozwiązania cyfrowe mogą wydawać się wygodne. Ale w edukacji nie chodzi tylko o wygodę. Chodzi o to, co rozwija zdolność myślenia, skupienia, zapamiętywania, rozumienia tekstu, wchodzenia w kontakt z drugim człowiekiem.

Jeśli narzędzia cyfrowe osłabiają te zdolności albo zastępują czynności, które je rozwijają, trzeba postawić pytanie, czy naprawdę są edukacyjne.

Bogna Białecka: To ważne także dlatego, że dzieci nie uczą się w próżni. Jeśli od najmłodszych lat wszystko odbywa się przez ekran, tracą nie tylko kontakt z papierem i piórem, ale też z fizycznym doświadczeniem nauki: z ruchem ręki, z książką, z notatką, z rozmową.

Diego Hidalgo: Tak. I dlatego potrzebujemy konkretnych barier oraz konkretnych praktyk. Nie wystarczy powiedzieć: „technologia jest problemem”. Trzeba tworzyć takie warunki, w których technologia nie przenika do każdego obszaru życia dziecka.

Szkoła jest tu miejscem szczególnie ważnym, bo dotyczy całych pokoleń. Jeśli szkoła bezkrytycznie cyfryzuje naukę, to nie jest tylko prywatny wybór jednej rodziny. To jest decyzja społeczna.

Bogna Białecka: Czyli jeśli mówimy o ograniczaniu technologii, to nie chodzi wyłącznie o prywatny detoks cyfrowy w domu?

Diego Hidalgo: Nie. Oczywiście indywidualne decyzje są ważne. Ale potrzebna jest również zmiana społeczna. Trzeba szukać sposobów działania tam, gdzie między rozwojem technologicznym a interesem człowieka pojawia się bardzo duża rozbieżność.

Szkoła jest jednym z takich miejsc.

Bogna Białecka: Dziękuję bardzo za tę rozmowę.

Diego Hidalgo: Bardzo dziękuję.