Przejdz do tresci glownej

Cierpienie nie uszlachetnia, ale to, co z nim zrobimy. Wiara i wzrost potraumatyczny

6 min czytania
Smutna kobieta modli się

Autor: Microgen | Shutterstock

Dwa tysiące lat przed powstaniem kwestionariusza psychologicznego pierwsi wyznawcy Chrystusa opisywali doświadczenie, które dziś nauka nazywa wzrostem potraumatycznym. 

TODO MESSAGE :

Zestawiając trzy głosy: statystykę z polskiego oddziału intensywnej terapii, historię pierwszych wspólnot chrześcijańskich i teologię cierpienia Jana Pawła II, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, jak przemienić ranę w coś więcej niż ból – i dlaczego ta przemiana nigdy nie może usprawiedliwiać tego, kto ranę zadał.

Liczby z oddziału intensywnej terapii

Wzrost potraumatyczny nie oznacza zniknięcia bólu ani ustąpienia lęku czy depresji, lecz nowy poziom funkcjonowania wypracowany w starciu z kryzysem: zmianę w rozumieniu siebie, w hierarchii priorytetów i w sposobie postrzegania całości istnienia. Pojęcie to ukuli pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwaj amerykańscy psychologowie Richard G. Tedeschi i Lawrence G. Calhoun, twórcy pierwszego kwestionariusza służącego do pomiaru wzrostu potraumatycznego. 

W 2017 roku, na łamach „Journal of Traumatic Stress”, zespół Tedeschiego rozszerzył to narzędzie o cztery nowe pytania dotyczące poczucia sensu istnienia. Okazało się bowiem, że w kulturach mniej religijnych, jak japońska, pytania wprost o wiarę w Boga dawały sztucznie zerowe wyniki, mimo że badani wcale nie byli pozbawieni głębi duchowej. 

Zatem duchowy wymiar wzrostu potraumatycznego to nie pobożne życzenie, lecz mierzalny fakt psychologiczny, co potwierdził na polskim gruncie zespół Grzegorza Nowickiego z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. W badaniu ogłoszonym w styczniu 2024 roku w czasopiśmie „Frontiers in Psychiatry” zespół ten przebadał 120 pielęgniarek i pielęgniarzy z oddziałów intensywnej terapii i chorób zakaźnych. Ankietę przeprowadzono między grudniem 2022 a lutym 2023 roku, już po ustąpieniu najostrzejszych fal pandemii, a badani oceniali swoje wcześniejsze doświadczenia retrospektywnie. 

Co sugerują wyniki? Wyobraźmy sobie dwie pielęgniarki, obie wierzące w Boga. Jedna z nich deklaruje jednak oprócz tego głęboki kontakt z czymś większym od siebie, znajduje sens w tym, co przeszła, i ufa, że nie działo się to bez powodu. Druga, deklarując wiarę w Boga, nie zgłasza akurat tych konkretnych dodatkowych elementów. To właśnie ta pierwsza najczęściej wychodziła z pandemicznego kryzysu silniejsza. 

Trzy wspomniane elementy – głęboki kontakt z czymś większym, poczucie sensu w przeżytym doświadczeniu i zaufanie – okazały się najsilniejszymi motorami pozytywnej zmiany. Razem z pozostałymi wymiarami duchowości uwzględnionymi w tym samym modelu matematycznym tłumaczyły one łącznie aż 44 proc. różnic we wzroście potraumatycznym u personelu. 

Wśród tych pozostałych wymiarów krył się jednak paradoks: podskala „akceptacji", rozumiana jako bierne godzenie się z trudną rzeczywistością, działała w przeciwną stronę i obniżała poziom wzrostu potraumatycznego. Czyli innymi słowy postawa biernej zgody na to, co się dzieje, okazywała się blokerem późniejszego wzrostu i zdrowienia po traumie. 

Warto jednak zastrzec, że mamy tu do czynienia z jednorazowym badaniem i nie wiadomo, czy głębokie przeżywanie wiary poprzedzało tu wzrost, czy było już jego skutkiem.

Od pierwszych wspólnot do listu z Watykanu

Amerykański psychiatra Curt Thompson opisał w opublikowanym w 2024 roku tekście „The way of the confessional community” model małej wspólnoty, w której sześć do ośmiu osób wyznaje sobie nawzajem najtrudniejsze historie własnego życia w atmosferze bezwarunkowego dostrojenia emocjonalnego. 

Religioznawcy Jonathan A. Campbell i Katelyn Campbell Weakley, w analizie opublikowanej w 2026 roku w czasopiśmie „Studies in Religion / Sciences Religieuses”, pokazują, że dokładnie tak funkcjonowały pierwsze wspólnoty chrześcijańskie. Listy Pawła i Dzieje Apostolskie posługują się językiem „fikcyjnego pokrewieństwa" – braćmi i siostrami ponad więzami krwi – i opisują radykalne dzielenie się dobrami. To nie była bierna kapitulacja wobec opresji, lecz strategia przetrwania w warunkach ostracyzmu i przemocy rzymskiego systemu społecznego.

Dziewiętnaście wieków później podobną intuicję rozwinął papież, który przeżył zamach na własne życie. 11 lutego 1984 r. Jan Paweł II ogłosił list apostolski „Salvifici doloris” – nie jako gabinetowy teoretyk, lecz jako człowiek noszący w ciele ślad kuli z 1981 roku. „Cierpienie zdaje się przynależeć do transcendencji człowieka" – przekonywał, widząc w bólu tajemnicze wezwanie do przekraczania siebie. Zjednoczony przez wiarę z paschalną tajemnicą męki i zmartwychwstania, człowiek może, jak pisał już św. Paweł (Kol 1, 24), dopełniać braki udręk Chrystusa dla dobra Kościoła.

Aktywna miłość, nie bierna zgoda

Rana się goi, ale blizna zostaje – w tym punkcie teologia paschalna i psychologia traumy są zgodne. Różnica leży w tym, co robimy z blizną. I tu warto postawić jasne zastrzeżenie: ani teologia odkupieńczego cierpienia, ani wzrost potraumatyczny nie mogą usprawiedliwiać przemocy ani nakazywać ofierze trwania w krzywdzie.

Tym bardziej, że bierne poddanie się losowi nie leczy – co zasugerowały jasno wyniki badania Nowickiego. Leczy aktywne przeformułowanie doświadczenia. Jan Paweł II wyraził podobną myśl językiem metafizyki: że cierpienie samo w sobie pozostaje czymś, co człowiek znosi, nie czymś, do czego dąży. Przekonywał, że nie o umiłowanie cierpienia tu chodzi – chrześcijańska teologia broni raczej tezy, że samo istnienie, w swej naturze, jest dobre, a zło stanowi jedynie jego niedostatek czy wypaczenie. Misją Chrystusa było zmierzenie się z tym złem u jego źródła, a nie nadanie mu religijnej aprobaty. Braterstwo pierwszych wspólnot wychodziło z tej samej intuicji: nie biernej zgody na krzywdę, lecz wspólnego, czynnego mierzenia się z bólem.

Cierpienie i przemoc pozostają złem, którego nie należy tolerować. To, czy przeżyta rana nas złamie, czy stanie się źródłem nowej siły, rozstrzyga jednak coś innego: czy zmierzymy się z nią w bezpiecznej wspólnocie i w świetle nadziei, która – jak pokazują i statystyka, i teologia – naprawdę bywa uzdrawiająca.