Przejdz do tresci glownej

„Jaki wielki jest dar – to istnienie”. Zakonnicy o kulisach Święta Młodzieży na Górze Świętej Anny [wywiad]

8 min czytania
swieto-mlodych.jpg

Autor: Wojciech Walus

Setki nastolatków modliło się i bawiło podczas jubileuszowego, XXX Święta Młodzieży. O tym, co dzieje się „pod maską" — o cenie, cichym ciężarze i nadziei — opowiadają jego organizatorzy, franciszkanie o. Francesco Baldelli OFM i o. Nikodem Lach OFM.

TODO MESSAGE :

Na Górze Świętej Anny w sierpniu było gwarno. Działy się rzeczy na tyle ważne, że trzeba o nich opowiedzieć.

Oto środek jubileuszu. Jeszcze chwilę temu o. Francesco błogosławił obiad i przesiadał się od stołu do stołu, a o. Nikodem siedział na schodach w jadalni — obaj zanurzeni w rozmowach z młodzieżą i w pilnowaniu, by wszystko szło swoim rytmem. Nie mam pewności, czy zdążyli zjeść. Gdy siadamy w fotelach, widzę, jak na moment schodzi z nich adrenalina — uśmiechnięci, choć zmęczeni. I dopiero gdy zamykają się drzwi, dostrzegam ten ukryty ciężar, o którym mało kto tu mówi na głos.

Nie będę pytał o statystyki ani sukcesy. Zorganizowanie 30., jubileuszowej edycji to spore wyzwanie — logistyczne i emocjonalne. Z zewnątrz widać tylko koncerty, nabożeństwa, uśmiechnięte buzie. A jak to wygląda „pod maską"?

o. Francesco: Nieprzespanych nocy u mnie nie ma — tego nie potrafię (śmiech). Ale wieczorne przemyślenia, przedwczesne pobudki — tego sporo. Wczoraj skończył się spektakl, a my już planowaliśmy kolejne Święto. Jeszcze jednego nie pochowaliśmy, a już rodzą się myśli o następnym. W tym roku po raz pierwszy są warsztaty i nie byliśmy pewni, czy zbierzemy prowadzących dla ponad trzystu młodych. A im bliżej, tym więcej drobiazgów: a to nie kupiliśmy kadzidła, a to plakietki przyszły z błędnego zamówienia. I ta ciągła troska, żeby uczestnicy naprawdę to przeżyli.

Najlepszy czas przychodzi, gdy maszyna już się rozhula. To, co miało się nie udać, już się nie udało — i „Górka" zaczyna żyć. Wtedy te trudne poranki nabierają sensu. Widzisz, jak się modlą, jak rozmawiają — z nami, ze sobą. Warto. Za to najgorszy jest zawsze dzień po wszystkim. Z jednej strony radość, że się udało; z drugiej — pustka. Przez te kilka dni wchodzisz w pewien tryb, zaczyna ci to smakować, i nagle trzeba kończyć. Pierwszego dnia po prostu nie wiem, jak się czuć.

o. Nikodem: Ja mam inną perspektywę, bo na Święto przyjeżdżałem jako mały chłopiec. Wiedziałem, ile mi to dawało — i jaką czułem pustkę, wracając do domu. To tutaj rozpoznałem swoje powołanie zakonne. Kiedy dostałem wiadomość, że zostaję tu przeniesiony, pomyślałem: „Wow, wracam do źródła". I właśnie dlatego Święto nabrało dla mnie większego stresu. Słuchałem dawnych duszpasterzy i uczestników, ich opowieści o cudach, które się tu działy, o pokoleniach, które wciąż przyjeżdżają. I zaczęło do mnie docierać, że odpowiadamy za dzieło Boże — że w jakiś sposób nim kierujemy. To wielka odpowiedzialność. I ono ma trwać. Dlatego gdy w sobotę wszyscy się rozjadą, jest ulga — że nikomu nic się nie stało, że są zadowoleni. Ja odreagowuję pracą fizyczną: porąbać drewno u rodziców, zasiać grykę. To potrzeba takiego odpoczynku.

Czy jest w Was jakieś obciążenie, którego my z zewnątrz nie widzimy? O którym nie wiedzą rodzice wysyłający tu dzieci?

o. Nikodem: Jest obawa o fałszywe oskarżenia. Znamy historie świeckich przyjaciół, które kończyły się w kuratorium; wybronili się, ale to obciążenie. Bywa, że ktoś przeciwny Kościołowi rzuci oskarżenie o coś, czego nie było. A my naprawdę się staramy: konfesjonały mamy przeszklone, żeby kapłan nie zostawał sam z osobą małoletnią w zamkniętym pomieszczeniu. Gdy trzeba jechać na SOR, zawsze jedzie z nami osoba pełnoletnia.

o. Francesco: Bezpieczeństwo to zawsze troska, tym bardziej że mamy tu młodzież, nie dzieci. To nie ma być obóz karny — nie robimy ciszy nocnej o dwudziestej drugiej. To ma być ich czas, żeby w swoim towarzystwie przeżywali wiarę. A to wiąże się z ryzykiem, bo nie wiesz, co komu wpadnie do głowy. Ale ci, którzy tu przyjeżdżają, wiedzą, na co się piszą. To jest też mierzenie się ze sobą: jak coś nie wyjdzie, bierzesz to na siebie jak osobistą porażkę. Ratuje nas to, że jesteśmy we dwóch, we wspólnocie franciszkańskiej. Organizowałem takie wydarzenia sam i to był ogromny ciężar.

Macie w tym wszystkim przestrzeń na osobiste, duchowe przeżycie tego czasu? Nie cierpi na tym Wasza modlitwa?

o. Nikodem: Święty Jan Chryzostom mówił, że jak ciało bez duszy jest martwe, tak dusza bez modlitwy jest martwa. Tu jest po prostu inny czas na modlitwę. Zawsze staram się być na adoracji — chwilę pobyć z Panem Jezusem, odpocząć przy Nim. A na nabożeństwach pomaga mi obecność młodych, którzy też przeżywają swoje sacrum. Jest inaczej — nie lepiej, nie gorzej. Po prostu inaczej.

o. Francesco: Modlitwa na Święcie naturalnie mi odpowiada, jestem tu jak ryba w wodzie. Oczywiście, że jest inaczej niż w domowej ciszy adoracji czy przy wspólnym brewiarzu. Ale jestem przekonany, że to część formacji. Modlitwa musi dopasowywać się do tego, jak akurat żyjemy — wystarczy spojrzeć na rodziny z małymi dziećmi, jak mają wywrócone życie. Nie możemy zamykać się w swoim planie.

Pracujecie z młodzieżą od lat. Z jakim największym bagażem oni tu dziś przyjeżdżają?

o. Nikodem: Wielkim obciążeniem jest rozbicie rodzinne — cierpienie dziecka, te kłótnie, brak porozumienia między rodzicami. Drugi element to ogromne wymagania: rodziców, rówieśników. Ten chory wyścig szczurów — coraz więcej zajęć dodatkowych, tylko dlatego że ktoś inny też tak ma. No i hejt. Widzimy, że mierzą się z gigantycznym odrzuceniem ze strony rówieśników.

o. Francesco: Gdybyśmy porozmawiali z każdym z osobna, wyszłyby naprawdę różne sytuacje. Ale ta młodzież jest trochę „przefiltrowana" — oni chcą tu być. Bywa, że ich ciężarem jest właśnie to, że są krytykowani za wiarę, za chęć życia według Ewangelii. Tu widzą, że nie są z tym sami, że to nic dziwnego ani chorego. Łapią pewną normalność. I nie chodzi o to, żeby wyjechali z wrażeniem, że „było fajnie". Sam jako uczestnik jeździłem na takie wyjazdy — czy zmieniły mi życie z dnia na dzień? Raczej nie. Ale zostawiają ślad. Pewne słowo, emocja wraca potem i budzi konkretne decyzje. U mnie po obozie Młodzieży Franciszkańskiej zacząłem szukać dalej: przez wspólnotę wszedłem do chóru, związałem się z parafią, aż wstąpiłem do zakonu. To wszystko się sumuje — jeden sieje, drugi podlewa, ktoś inny zbiera owoce. Mamy tu uczestników od trzynastu do siedemnastu lat, to jeszcze nie moment na rekolekcje ignacjańskie. Najpierw trzeba przygotować glebę. Koncerty, skakanie, wygłupy to otoczka dobrego czasu, dzięki której potem można zaczerpnąć z tego, co poważniejsze.

Ostatnie pytanie. Wyobraźcie sobie, że macie przed sobą rodziców tych dzieciaków. Co chcielibyście im wprost przekazać?

o. Nikodem: Przywołam anegdotę z kazania, które szykuję na odpust świętej Anny. Jedna sąsiadka chwali się drugiej, że u niej wszystko chodzi jak w zegarku: obiad, lekcje, zabawa, kolacja, czas z babcią, spanie — wszystko co do minuty. A druga pyta: „Ciekawe tylko, kiedy jej dzieci zaczną mówić tik-tak, tik-tak?". Rozmawiam z rodzicami, których dzieci odeszły od Kościoła i bardzo to przeżywają. Zawsze powtarzam: bądźcie po prostu świadkami tego, dlaczego wiara jest dla was ważna. Nie róbcie kazań w stylu „dlaczego znowu nie byłeś w kościele?". Towarzyszcie im. Dziecka nie da się w nieskończoność nakręcać i kontrolować — zegarek kiedyś musi chodzić sam. Trzeba dać wolność i własnym życiem pokazać, dlaczego Bóg jest dla was istotny.

o. Francesco: Zgadzam się. Dodałbym jedno. Młodzież się buntuje, nastolatki bywają denerwujący — a my i tak cieszymy się, że tu są. I jeśli ja, zakonnik, który organizuje im niecały tydzień, czuję z nimi więź, to o ileż bardziej rodzic? Bo jaki to dar — samo istnienie tego człowieka! Mimo że czasem denerwuje, nie słucha. Ale że jest! Ile w nim potencjału do dobra! I z tego trzeba się cieszyć — a potem poświęcać siebie. Wiem, że to trudne; ja daję im niecały tydzień i wiem, ile to kosztuje. A te pozostałe trzysta pięćdziesiąt dziewięć dni? Ale oni tego potrzebują. Czasem przyjeżdżają tu właśnie dlatego, że szukają uwagi, bliskości, bycia zauważonym. Zróbmy więc tak, żeby nie musieli szukać jej gdzieś daleko — żeby znaleźli ją tam, gdzie mają najbliżej. W rodzinach.