„Nie chcę, by strach decydował za mnie” – mówi Tina Žarki, która na używanym rowerze i w trampkach przemierzyła Europę z północy na południe.
Kiedy Tina Žarki z miejscowości Šenčur opowiada o swoich wyprawach, można odnieść wrażenie, że nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Pakuje tylko to, co niezbędne, wkłada trampki Converse, wsiada na swój stary rower i rusza przez Europę. Za uśmiechem, z którym wspomina tysiące kilometrów, zaledwie kilka godzin snu na dobę, niekończące się szutrowe drogi i długie godziny samotności, kryją się jednak żelazna dyscyplina, wytrwałość i ogromna siła wewnętrzna.
Ta 51-letnia amatorka dokonała czegoś, czego przed nią nie osiągnęła żadna Słowenka. W ubiegłym roku wzięła udział w jednym z najtrudniejszych europejskich ultramaratonów rowerowych rozgrywanych bez zewnętrznego wsparcia. Przejechała 4800 kilometrów z Hiszpanii do Rumunii. W tym roku podjęła jeszcze trudniejsze wyzwanie: ukończyła ekstremalny wyścig NorthCape–Tarifa i po pokonaniu ponad 7600 kilometrów dotarła z północnego na południowy kraniec kontynentu. Ponieważ ubiegłoroczna trasa prowadziła z zachodu na wschód, Tina żartuje, że w ten sposób „nakreśliła krzyż przez całą Europę”.
Liczby nie są jednak dla niej najważniejsze.
– Nie chodzi o kilometry, lecz o pokazanie, ile można osiągnąć bez drogiego roweru i profesjonalnego sprzętu. Jeśli ma się wolę i prawdziwą pasję, można zajść naprawdę daleko – przekonuje.
Prezent na pięćdziesiątkę
W ubiegłym roku Tina postanowiła sprawić sobie wyjątkowy prezent z okazji pięćdziesiątych urodzin.
– Najdłuższy wyścig, jaki wcześniej przejechałam, liczył 1600 kilometrów, dlatego szukałam większego wyzwania. Wiedziałam, że jestem silna i znajduję się w najlepszej formie – zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Postanowiłam wystartować w Transcontinental Race, jednym z najtrudniejszych ultramaratonów rowerowych na świecie.
Najpierw się zgłosiła, a dopiero potem powiedziała o swojej decyzji najbliższym.
– Nikt jakoś szczególnie się nie martwił – wspomina.
Zanim zaczęła jeździć na rowerze, Tina biegała na dystansach dochodzących nawet do 75 kilometrów. Po kontuzji kostki przerzuciła się na kolarstwo. Twierdzi, że przed żadnym z najpoważniejszych startów nie stosowała specjalnego programu przygotowań.
– Formę buduje się przez lata.
Przed ubiegłorocznym wyścigiem postanowiła jednak przejechać co najmniej 10 tysięcy kilometrów.
– Nie po to, żeby komuś coś udowodnić, ale żebym na starcie mogła spokojnie powiedzieć sobie: dam radę. Wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, jeździłam załatwiać codzienne sprawy na rowerze zamiast samochodem. Z czasem staje się to stylem życia.
Podkreśla, że na ultradystansach sama kondycja nie wystarczy.
– Trzeba mieć również poukładane w głowie.
Nie wszystko da się zaplanować
Mniej więcej pół roku przed wyprawą Tina wspólnie z przyjacielem wyznaczyła trasę, którą zamierzała pokonać. Ostatecznie przekonała się jednak, że przy takim przedsięwzięciu nie warto planować zbyt szczegółowo.
– Nigdy do końca nie wiesz, co cię czeka. Dopiero na miejscu okazuje się, z czym naprawdę masz do czynienia.
Na co dzień Tina pracuje jako asystentka osobista i masażystka sportowa. Od czasu do czasu prowadzi również wykłady. W pracy z ludźmi kieruje się empatią, którą – jak mówi – odziedziczyła po matce, przez wiele lat pracującej jako pielęgniarka.
– Myślę, że jestem po to, by pomagać innym w każdy możliwy sposób.
Niebieska Rakieta i trampki Converse
Tina mówi o sobie, że jest nietypową kolarką. Skromne wyposażenie – stary rower szosowy i trampki Converse – stało się niemal jej znakiem rozpoznawczym.
– Właśnie tak czuję się najbardziej wolna. Sport sprawia mi radość i chciałam tę radość zachować, nie dając się wtłoczyć w żaden schemat.
W swoim pierwszym Maratonie Franja wystartowała na pożyczonym rowerze. Później kupiła rower za sto euro, ale wkrótce „zarekwirował” go jej syn. Kiedy usłyszała, że znajoma zna kogoś, kto za niewielką kwotę sprzedaje zadbany damski rower szosowy, natychmiast się zainteresowała.
– Mieszkałam wtedy sama z synem w kawalerce i liczyło się dla nas każde euro. Zapytałam, czy mogę zapłacić za rower w dwóch ratach. Czułam się jak prawdziwa zawodniczka. Rower miał dwanaście lat, a mnie i tak wydawał się przepiękny!
Nazwała go Niebieską Rakietą. Towarzyszy jej do dziś.
– Później testowałam znacznie droższy rower, ale po kilku tygodniach zrozumiałam, że wcale nie jadę na nim szybciej. Tylko wyglądałam bardziej profesjonalnie. Oddałam go.
Nocleg na przystanku
– Kolarstwo ultradystansowe to dość brudny sport – przyznaje Tina bez ogródek.
Na kilkudniowy wyścig zabrała jedynie kilka podstawowych części garderoby, które prała po drodze, szczoteczkę do zębów i krem przeciwsłoneczny.
– W takim sporcie człowiek znajduje się w sytuacjach, które zmieniają jego spojrzenie na życiowe priorytety. Ludzie otaczają się mnóstwem rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują. Dziś częściej skupiamy się na tym, jak wyglądamy, niż na tym, jacy jesteśmy. Kiedy podróżuję rowerem, z zupełnie innej perspektywy patrzę na to, co naprawdę jest w życiu ważne.
Gdy musiała wyprać ubrania albo naładować telefon, szukała noclegu pod dachem. Przez większość wyprawy spała jednak po kilka godzin na przystankach autobusowych. Jeździła również nocą.
– Kiedyś się tego bałam, ale z czasem pokonałam ten lęk. Nie chcę, by strach decydował za mnie. Gdybym ciągle myślała o wszystkim, co może mi się przydarzyć, nie ruszyłabym się z miejsca.
Przydrożne krzyże
Przed rozpoczęciem wyścigu z Nordkapp do Tarify Tina pojechała rowerem do sanktuarium maryjnego w Brezjach. Tam o. Robert Bahčič udzielił jej błogosławieństwa.
– Bez wiary, że ktoś nade mną czuwa, nie potrafiłabym wyruszyć – mówi, choć szczerze przyznaje, że nie chodzi regularnie do kościoła.
– Nieważne, ile krzyży mijam po drodze – przed każdym się żegnam. Kiedy jestem sama, zostają mi tylko te przydrożne krzyże – opowiada ze łzami wzruszenia spływającymi po policzkach.
Szczególne wrażenie zrobiła na niej Góra Krzyży na Litwie, pokryta tysiącami krzyży pozostawionych przez pielgrzymów.
Inwestycja w przyszłość
Tina najbardziej lubi jeździć samotnie.
– Nie mam wtedy obok siebie nikogo, kto narzekałby, że wszystko go boli. Człowiek sam musi się mobilizować. Bo komu miałby się skarżyć? – śmieje się.
Kiedy podczas wyścigu przychodziły trudniejsze chwile, dodawała sobie otuchy:
– Tina, jutro albo za tydzień to będzie już tylko wspomnienie.
Właśnie takie chwile kształtują ją najbardziej.
– Za każdym razem, gdy wychodzisz ze swojej strefy komfortu i odkrywasz, że dajesz radę, coś się w tobie zmienia.
Tina jest matką nastoletniego syna, który dorastał, obserwując jej sportowe wyprawy. Po tegorocznym sukcesie był z niej szczególnie dumny, choć jednocześnie trochę się krępuje, kiedy widzi mamę w gazetach i telewizji. Swoim przykładem chce go przekonać, by słuchał siebie i podążał za własnymi marzeniami.
– Nikt poza tobą nie czuje, jak bardzo ci na czymś zależy. Jeśli czegoś naprawdę pragniesz, znajdziesz w sobie siłę, by to zrobić. Ludzie są silni, ale otoczenie często nas ogranicza. Nasłuchałam się wielu uwag o starym rowerze, trampkach i moim sposobie jazdy. Potem przyszły wyniki i komentarze ucichły.
Wszystkie dotychczasowe wyprawy ją zmieniły. Kolarstwo nie jest jednak dla Tiny sposobem na udowadnianie czegokolwiek, lecz na zachowanie zdrowia, siły i wolności.
– Wciąż na nowo odkrywam, jak niewiele rzeczy naprawdę potrzebuję. Z wiekiem coraz lepiej czuję się także we własnym ciele. Chcę, żeby było silne. Pracuję dziś na swoją przyszłość.
Tłumaczenie z języka słoweńskiego na podstawie artykułu Urški Kolenc opublikowanego w słoweńskiej edycji Aletei.












