Stary mnich z Gazy ze zwojem w dłoni. To ikona, obok której przeszłabym obojętnie, gdyby nie podpis.
Wieczór, dom powoli cichnie. Przeglądam na smartfonie ikony tak, jak inni przeglądają zdjęcia z wakacji. To moja ulubiona rozrywka na spokojny wieczór.
Matka Boża z Dzieciątkiem i różami. Święty z Ewangelią. Potem stary mnich w brązowym habicie i ciemnym płaszczu: siwa broda rozczesana w pasma, złota aureola, prawa dłoń otwarta na piersi, w lewej zwój zapisany drobnymi literami.
Oj tam, nic specjalnego. Kciuk już rusza dalej.
Zatrzymuje go podpis.
Święty Witalis, patron prostytutek.
— Patron czego? — pyta piętnastoletnia córka, która od dłuższej chwili zagląda mi przez ramię.
Pierwsza myśl przychodzi od razu: łatwe, kolejny nawrócony grzesznik.
Maria Egipcjanka, Pelagia — kobiety z przeszłością, które z niej wyszły i dziś opiekują się tymi, które wciąż w niej tkwią. Witalis musiał mieć podobny życiorys, tylko w męskiej wersji. Już nabieram powietrza, żeby to wyjaśnić tonem mamy-historyczki.
Święty, który chodził do burdelu
Ale Witalis żadnej takiej przeszłości nie miał.
Był mnichem z klasztoru abby Seridosa pod Gazą. Do Aleksandrii przyszedł na początku VII wieku, mając sześćdziesiąt lat. W wieku, w którym nawet asceta ma prawo usiąść w cieniu, najął się do ciężkiej pracy za dwanaście miedziaków dziennie.
Wieczorem pieniądze zanosił do domu publicznego. Każdej nocy do innej kobiety.
Córka unosi brwi. Ja też, tylko mniej ostentacyjnie.
Miasto widziało więc mnicha, który wchodzi tam wieczorem, a wychodzi o świcie. Według jednej z wersji historii Witalis sam głośno oznajmiał, dokąd idzie, a zagadnięty odpowiadał: „Czy nie mam ciała jak każdy? Czy mnisi to nie tacy sami ludzie?”.
— No to się przyznał — orzeka córka. — Sprawa zamknięta. Ludzie za dawnych czasów byli rąbnięci, robić kogoś takiego świętym.
Druga myśl jest ostrzejsza od pierwszej: stary zbereźnik, nie mnich.
Ale jedno nie daje mi spokoju. Jakim cudem zrobiono go świętym? Różne rzeczy działy się za dawnych czasów, ale aż tak?
Komplet dowodów
Czytam dalej. Zamiast wyjaśnienia dostaję kolejne dowody. Ludzi wierzących zachowanie Witalisa zaczęło mierzić, zaczęli zbierać zeznania świadków.
Jedna z kobiet próbowała go bronić. Wpadła w szał, który żywot świętego nazywa opętaniem. Miasto uznało to za znak z nieba i od tej chwili nikt nie miał już wątpliwości.
Oburzeni duchowni zanieśli skargę do patriarchy Jana Jałmużnika, który znał Witalisa od dawna. Patriarcha odmówił uznania skargi, uznając, że to tylko plotki i pomówienia. Pierwszy raz w tej historii ktoś odmawia wydania wyroku.
Przyznaję, że w tej scenie stałabym raczej wśród duchownych z donosem niż przy patriarsze.
Policzek
Pewnego razu, kiedy Witalis wychodził od jednej z kobiet, zastąpił mu drogę młody człowiek. Wymierzył mnichowi policzek i wykrzyczał, że ten hańbi imię Chrystusa. Szedł akurat pod ten sam adres. No ciekawe.
Po raz pierwszy robi mi się Witalisa żal, choć wciąż nie wiem, czy powinno.
Witalis odpowiedział mu podobno, że i on dostanie kiedyś taki policzek, że na jego krzyk zbiegnie się cała Aleksandria.
Wyważone drzwi
Witalis umarł jakiś czas później, nocą, w swojej małej celi.
O tej samej godzinie młodzieniec od policzka wpadł w szał. Żywot świętego mówi, że uderzył go demon. Chłopak wył tak głośno, że zbiegł się tłum. Przepowiednia się spełniła.
Kiedy oprzytomniał, pobiegł pod celę mnicha, błagając go o litość.
Nikt nie otwierał. Wyważono drzwi.
Witalis klęczał martwy przed ikoną. W dłoni trzymał zwój: „Mężowie aleksandryjscy, nie sądźcie przed czasem, aż przyjdzie Pan, sprawiedliwy Sędzia”.
Wtedy przyszła kobieta, która kiedyś próbowała go bronić. Dotknęła ciała, odzyskała zmysły i opowiedziała wszystko. Za nią przyszły inne.
Witalis płacił im za noc i mówił: „Proszę cię, weź te pieniądze i tej nocy nie grzesz z nikim”. Kiedy zasypiały, czuwał i odmawiał psalmy. Rano wychodził po cichu, prosząc tylko o jedno: żeby nikomu nic nie mówiły.
Wiele z nich porzuciło tamto życie. Jedne wstąpiły do klasztoru, inne wyszły za mąż.
Żywot dodaje, że zanim zaczął, spisał z pamięci imiona wszystkich prostytutek w mieście, żeby modlić się za każdą po imieniu.
Zwój
Wracam do ikony. Rozsuwam palcami ekran, aż drobne litery robią się czytelne. Czerwone inicjały, tekst po cerkiewnosłowiańsku i po angielsku: „Nie osądzajcie bliźniego jako grzesznika, nie potępiajcie go przed sądem Bożym”.
Robi mi się gorąco jak studentce, która szuka odpowiedzi, a ta stoi w treści pytania.
Ikonopisarz włożył Witalisowi w rękę jego ostatnie słowa. Święty podawał mi je od pierwszej chwili. Spojrzałam na twarz (nudna) i na podpis (skandaliczny). Zwój pominęłam, bo podpis był krótszy.
Najgorsza opinia w mieście
Pokazuję córce zwój w przybliżeniu. Czyta i chwilę milczy.
— Czyli on ich wszystkich specjalnie wkręcał — mówi w końcu. — Żeby nikt się nie domyślił, po co tam chodzi.
Wkręcał. Patron prostytutek za dwanaście miedziaków dziennie kupował tym kobietom jedną spokojną noc, a sobie najgorszą opinię w mieście.
Patriarcha Jan, ten sam, który nie chciał czytać donosów, poprowadził kondukt z ciałem Witalisa przez całą Aleksandrię. Szły w nim kobiety z tamtych domów, ze świecami i lampami w rękach. Patriarcha radował się, bo nie uwierzył donosicielom i nie potępił sprawiedliwego.
Podpis pod ikoną już mnie nie gorszy. Zawstydza.
Tak, chodził do domów publicznych. Tak, sam podsycał plotki. Robił to dla kobiet, które znał z imienia, podczas gdy reszta miasta znała je tylko z adresu, Robił to, by je chronić, swoim kosztem. A ja pochopnie, po samym początku historii, niejako jej nagłówku go osądziłam.
I to jest dla mnie najtrudniejsze w tej historii. Aleksandryjczycy nie byli ani głupi, ani źli. Mieli świadków i przyznanie się do winy. Mieli nawet coś, co wzięli za znak z nieba.
Mylili się z kompletem dowodów w ręku.Opowieść o życiu świętego kończy się tym, że wielu mieszkańców Aleksandrii przyrzekło sobie wtedy, że nikogo już nie osądzi pochopnie.
Nie wiem, ilu dotrzymało słowa. Ja wytrzymałam do kolejnej sensacji w Internecie.
Nota biograficzna
Święty Witalis (Witaliusz) z Gazy zmarł ok. 625 r. w Aleksandrii. Był mnichem z klasztoru abby Seridosa pod Gazą. W wieku około sześćdziesięciu lat przybył do Aleksandrii za patriarchy Jana Jałmużnika. Pracował jako robotnik dniówkowy, a zarobek przeznaczał na opłacanie nocy prostytutkom, by nie musiały przyjmować klientów, podczas gdy on modlił się za nie. Jego historia przetrwała w kilku wersjach, różniących się m.in. okolicznościami śmierci. Jest patronem prostytutek i robotników dniówkowych. Kościół katolicki wspomina go 11 stycznia, a Cerkiew prawosławna 22 kwietnia.











