Stanisław Sojka nie był człowiekiem Kościoła. Nie znaczy to jednak, że był niewierzący. Co o relacji do Boga może nas nauczyć nieżyjący już muzyk?
Stanisław Sojka zapisał się w pamięci wielu Polaków jako wybitny muzyk. Choć nie deklarował przynależności do Kościoła przyznawał się do wiary. Jaka ona była?
Wiara nie z obrazka
W wywiadach Stanisław Sojka chętnie mówił o Bogu i religii, ale bez stosowania prostych etykiet. W rozmowach potrafił powiedzieć, że nie jest blisko Kościoła i nie uważa się za szczególnie religijnego, by zaraz potem dodać, że jest osobą wierzącą. To napięcie było u niego ważne. Nie odrzucał wiary, ale dystansował się od jej zewnętrznych wyobrażeń, od obrazka „Pana Boga na chmurce”, od gołębi i religijnych rysunków, w które – jak mówił Karolowi Paciorkowi w podcaście Imponderabilia – trudno byłoby mu uwierzyć. W jego wypowiedziach wiara nie była więc infantylną dekoracją świata czy automatycznym przywiązaniem do instytucji, ale raczej osobistym doświadczeniem, które należało oddzielić od uproszczonych przedstawień i religijności sprowadzonej do obrazka.
W tym samym wywiadzie Sojka mówił wprost, że nie wierzy „w coś” albo „w kogoś”, tylko „ma wiarę”. To rozróżnienie jest kluczem do jego późnego języka duchowego. Nie chodziło mu o rozbudowaną definicję teologiczną ani o gotowy katechizm cytowany w czasie publicznej deklaracji. Chodziło o stan, który sam nazywał łaską wiary. Tłumaczył, że ta łaska pozwala mu w chwilach upadku i momentach bardzo ciężkich uchwycić choćby ułamek refleksji, że chciałby wstać i iść dalej. W swoim życiu rzeczywiście podnosił się wielokrotnie. W jego wypowiedzi wiara nie była ozdobą człowieka stojącego pewnie na nogach, lecz siłą pojawiającą się wtedy, gdy potrzebujemy wrócić do siebie i życia zgodnego z zasadami moralnymi.
Najdoskonalsza metoda Chrystusa
Stanisław Sojka bardzo jasno określał swój stosunek do Jezusa. Mówił, że metoda Chrystusa jest najdoskonalsza. Wierzył w nią, choć nie mówił językiem kaznodziei. Raczej wskazywał na sposób postępowania – na metodę, drogę, formułę życia. W wywiadzie dla magazynu „VIVA!” powiedział, że choć z jednej strony nie praktykuje, z drugiej – pozostaje wierny metodzie Chrystusa i ewangelicznej formule. To ważne, bo w jego słowach religia nie kończyła się na pytaniu, czy człowiek spełnia wszystkie zewnętrzne praktyki. Zostawało pytanie poważniejsze: czy sposób życia ma coś wspólnego z Ewangelią?
W wypowiedziach Sojki często powracał motyw świadectwa. Artysta wspominał Ruch Światło-Życie jako doświadczenie, które otworzyło mu oczy i pomogło młodemu, wątpiącemu chłopakowi znaleźć swoje miejsce na świecie. Mówił o ojcu Piotrze Zabielskim, werbiście, który nauczył go, że świadectwem chrześcijańskim nie jest to, co się mówi, lecz to, co się robi. Ta myśl powracała także w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, gdy Sojka przyznawał, że został uformowany w duchu Soboru Watykańskiego II. Ujmował to bardzo konkretnie – świadczyć o swoim życiu nie tylko słowami, ale również czynami. Tak rozumiane chrześcijaństwo było wymaganiem wobec samego siebie, a nie wygodnym szyldem. Sojka nie kreował się na człowieka bez pęknięć. W rozmowie opublikowanej przez „VIVĘ!” podkreślał, że życie wielokrotnie wymykało mu się spod kontroli, zaliczał upadki, popełniał kardynalne błędy i podejmował fatalne decyzje, za które musiał później odpokutować, ale w miarę możliwości próbował je naprawiać. W wywiadzie dla portalu i.pl przyznawał, że jest człowiekiem grzesznym, ale stara się pracować nad sobą, dodając, że wydaje mu się, iż jest trochę lepszy niż trzydzieści lat wcześniej. Wiara nie służyła mu więc do ukrycia odpowiedzialności za działania. Raczej dawała sposobność i odwagę do nazwania swoich słabości, obudzenia sumienia i potrzeby naprawienia błędów.
Sojka i Jan Paweł II
[K]rytycznie Sojka patrzył na dewocję. W rozmowie o Janie Pawle II podkreślał, że najbardziej boli go, iż zamiast wczytać się i wsłuchać w to, co papież mówił, Polacy zaczęli budować mu pomniki. Dodawał, że zewnętrznie pojmowana religijność zamiast głębokiej refleksji jest najgorszą rzeczą, jakiej Karol Wojtyła mógłby się po nas spodziewać. To była uwaga człowieka, który chciał ocalić głębię religii przed zamianą w dekorację, medaliki i rytuał bez rozsądku.
Jan Paweł II zajmował w jego wypowiedziach miejsce szczególne, ale nie jako postać z pomnikowego spiżu. Sojka nazywał go ważnym człowiekiem i mentorem. Mówił, że głos i dobra energia papieża prowadzą go przez życie i nadają kierunek. Podkreślał jego charyzmę, ale zaraz dopowiadał, że polegała ona na reprezentowaniu tego, co w Ewangelii najważniejsze: miłości i tolerancji. W takim ujęciu papież nie był dla Sojki pretekstem do narodowej ceremonii, lecz nauczycielem Ewangelii rozumianej jako konkretna postawa.
Stanisław Sojka pamiętał też wymagający wymiar papieskiego nauczania. W rozmowie dla „Rzeczpospolitej” zauważył, że Jan Paweł II potrafił być zagniewany i dyscyplinujący, ale takie uwagi uważał za potrzebne i umacniające. W wywiadzie dla magazynu „VIVA!” Sojka wspominał jedną z nauk Wojtyły, którą codziennie powtarzał: „Wymagam od siebie, choćby inni ode mnie nie wymagali”. Nie trzeba tego zdania szczegółowo komentować. Ono dobrze pokazuje, jaki rodzaj religijności Sojka uważał za żywy – religijność nie samousprawiedliwienia, lecz pracy nad sobą.
Liczę na miłosierdzie
W odpowiedzi na pytanie dziennikarza „Rzeczpospolitej” dotyczące wcześniejszego stylu życia artysty Stanisław Sojka stwierdził, że chrześcijaństwo jest nauką o miłosierdziu i przebaczeniu i nie można dobrze żyć, pamiętając same urazy. Dodał, że ludzie, którzy żyją długo i szczęśliwie, nie chowają urazy i potrafią wybaczać. Na końcu tej wypowiedzi padło zdanie bardzo osobiste: Sojka liczył na miłosierdzie Boże. W tej krótkiej deklaracji było więcej pokory niż pewności siebie. Nie mówił: „Należy mi się”. Mówił: „Liczę”.
Równie osobisty ton pojawiał się w rozmowach o sumieniu. Pytany przez Pawła Gzyla o piosenkowy obraz zaglądania w siebie i odnajdywania tam mrocznych zdarzeń, odpowiedział, że śpiewa o ciszy, której się boi, bo w niej zaczyna odzywać się sumienie. Dodał, że to sejf, w którym trzyma najbardziej prywatne i intymne sprawy, znane tylko dwóm osobom: jemu i Bogu. To jedno z najważniejszych zdań Sojki o Bogu, który nie jest w nim odległą figurą z Nieba, lecz kimś obecnym w najbardziej wewnętrznym rachunku człowieka.
Można powiedzieć, że w tych wypowiedziach Bóg nie służył Sojce do publicznej demonstracji. Był raczej adresatem najcichszej rozmowy, tej prowadzonej w sumieniu i wdzięczności. Sojka potrafił mówić o Nim bez kaznodziejskiego tonu, rozbudowanych definicji czy religijnego samozadowolenia. Rozmowom o Bogu towarzyszyły takie rzeczywistości jak łaska, ufność, praca nad sobą, wdzięczność, przebaczenie i próba życia według Ewangelii. To słownik bardziej wymagający niż efektowny.
Surowa i czuła wiara
W sferze religijnej po Stanisławie Sojce pozostał obraz wiary surowej, ale czułej. Surowej, bo wymagającej od człowieka pracy nad sobą, przebaczenia, wyjścia poza urazy i odejścia od świętoszkowatości. Czułej, bo nieodbierającej nadziei człowiekowi, który się potknął. Sojka nie opowiadał o Bogu z wysokości ambony. Mówił raczej z poziomu człowieka, który wie, że nie wszystko potrafi unieść sam. Dlatego jego modlitwa mogła być prosta: dziękować, wzdychać, czasem narzekać, ale nie tracić ufności. I dlatego jego religijność, chociaż zdystansowana wobec instytucjonalnej sfery, pozostawała głęboko związana z Ewangelią rozumianą jako sposób życia.
Na podstawie książki Anny Gębalskiej „Życie jest darem. Opowieść o Stanisławie Sojce”, wyda. Esprit













![Księdzem jest człowiek. W depresji potrzebny jest terapeuta [WYWIAD]](https://img.aleteia.org/tr:w-150,h-150,q-75/uploads/2026/06/shutterstock_1445299580.jpg)