Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy rzeczywiście wierzysz, że to Bóg przychodzi do ciebie w drugim człowieku?

meeting, street, friend, woman,
© Tyler Olson
Udostępnij

Choć Bóg zaprasza nas, byśmy miłowali się wzajemnie, i choć setki razy już medytowaliśmy nad przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie, dobrze byłoby uczciwie przyznać, że inni budzą w nas mieszane uczucia. Chcielibyśmy być przyjmujący, jednakowo usposobieni wobec każdego i nie oceniający nikogo, a jednak dzieje się dokładnie na odwrót…

W naszym życiu są osoby, które odruchowo budzą naszą sympatię i takie, za którymi z góry nie przepadamy! Są tacy, z którymi chętnie byśmy się zaprzyjaźnili i tacy, którzy są nam absolutnie obojętni. Są tacy, których oceniamy „na plus”, którym przyznajemy etykietkę „dobrych ludzi”, ale są też tacy, którzy są „spaleni” w naszych oczach, jak by się nie starali. Jesteśmy bardzo skomplikowani!

To nie tak, że chcemy tacy być. Ale tak to właśnie wygląda. Jeśli spróbujemy być uczciwi, musimy stwierdzić, że wokół nas znajdziemy ludzi, którzy są dla nas w jakimś sensie użyteczni. O tych trzeba dbać. Zrobimy wszystko, aby pozostawać z nimi w dobrych stosunkach. Dobre są i uśmiechy, przysługi i różne inne sygnały. Nigdy nie wiadomo. Ale są też ludzie, którzy nas denerwują. Nie przedstawiają dla nas wartości, oceniamy ich więc jako powierzchownych i prostackich. Od tych uciekamy i unikamy ich. Czy my przypadkiem nie klasyfikujemy naszych relacji do jednej z dwóch kategorii: ludzi „interesujących” i ludzi „nieinteresujących”?

No i są też tacy, którym zazdrościmy. To silniejsze od nas, tych nie znosimy. Mają takie przymioty, których my nie posiadamy. Mają takie relacje, których bezskutecznie pragniemy. Mają nad nami przewagę w wielu rzeczach, wliczając w to również kwestie fizyczności i kwestie materialne, które sami chcielibyśmy zdobyć. Zżera nas zazdrość.

Pomimo najszczerszych starań nie potrafimy o nich nie myśleć, nie porównywać się do nich, nie wyobrażać sobie siebie na ich miejscu. W zależności od chwili, ogarnia nas gwałtowna wściekłość lub pogrążamy się we własnych oczach, nie potrafiąc się od niej uwolnić. A co, jeśli wszyscy ci ludzie są podarowaną nam Tajemnicą Bożą, którą mamy przyjąć i odczytać?

 

Każde spotkanie jest konfrontacją z nową tajemnicą

Dawniej uczono dzieci cnoty gościnności. Zostawianie otwartych drzwi, aby zapewnić możliwość schronienia się temu, kto się zgubił, zostawianie części posiłku dla biednego, by móc podjąć go przy stole, jeśli zapuka do drzwi… Dziś wpaja się dzieciom nieufność. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż okazanie zaufania komuś nieznanemu lub, jeszcze gorzej, przyjęcie go. A jeśli chodzi o zostawianie otwartych drzwi do samochodu, w którym na siedzeniu leży torebka…

I tak, stopniowo przestajemy ufać komukolwiek. A ponieważ do nikogo już nie mamy zaufania, wydaje nam się słuszne doprowadzenie do pustki wokół siebie. Jednak, wbrew temu, co nam się może wydawać, ta pustka nie przynosi pokoju. Oznacza raczej wprowadzenie stanu „zimnej wojny”, wojny w stanie uśpienia, która w każdej chwili może wybuchnąć. Odrzucenie drugiej osoby, podobnie jak jej wykorzystanie, naprawdę nie jest postawą ewangeliczną.

Dobrą postawą w relacji do drugiego jest bycie otwartym na jego obecność. To prawda, że każda nowa osoba, która pojawia się w naszym życiu stanowi zarówno zagrożenie, jak i obietnicę. Jeśli nie będziemy na to uważać, zaczniemy być nieufni wobec drugiego człowieka, a nawet go odrzucać. Reagujemy jak pies, którego sierść jeży się na widok zbliżającego się nieznanego mu czworonoga. Te odruchy również wymagają od nas bycia ewangelicznym. Nie jest to łatwe, ale za to tak bardzo uwalniające. Każde spotkanie jest konfrontacją z nową tajemnicą, która z pewnością niesie ze sobą niespodzianki. „Nie zapominajcie też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 13, 2).

 

A jeśli drugi człowiek to Bóg, który do nas przychodzi?

Postrzeganie drugiego człowieka jako brata, to znaczy jako kogoś, kto jest z tego samego ciała i tego samego ducha co ja, jako tego, z kim łączy mnie wspólne boskie pochodzenie i uczestnictwo w jednym dziedzictwie, czy nie jest to już głoszenie życia wiecznego? W Królestwie Bożym każdy otworzy dla innych skarbiec swojego serca, będzie poznany taki, jaki jest naprawdę – o wiele lepszy, niż jest w rzeczywistości. To właśnie będzie szczęście. Szczęście, które możemy zacząć już od tej chwili.

Czy prawdziwe szczęście nie oznacza bycia przyjętym i kochanym bez nieufności, takim jakim się jest? „Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie!” – mówi Pan (Łk 6, 31). A jeśli drugi człowiek to Bóg, który do nas przychodzi? (Mt 25, 40). A jeśli drugi człowiek to szansa, której wyczekujemy, szansa, którą posyła do nas Bóg, szansa, która może zmienić nasze życie? „Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie!” (Mk 11, 9).

Brat Alain Quilici