Aleteia

Przeczytaj to, a już nigdy nie będziesz hamował łez!

EMOTIONS
Shutterstock
Udostępnij

We współczesnej kulturze płacz często jest odbierany jako pewien rodzaj słabości. Tymczasem siłę, samokontrolę czy wręcz niewzruszoność uznajemy za zalety. A co jeżeli powinno być odwrotnie?

W Biblii dużo się płacze: są łzy żałoby, skruchy, wzruszenia, radości. Jest nieutulona w płaczu Anna, która nie może mieć dzieci (1 Sm 1, 10). Dawid, który wstępuje na Górę Oliwną i rozpacza z powodu zdrady swego syna Absaloma (2 Sm 15, 30). Ale i wzruszony Józef, który rozpoznaje swoich braci po latach przebywania na wygnaniu (Rdz 42, 24). Sara, przyszła żona Tobiasza, przygnębiona obelgami służącej (Tb 3, 10). Jest też skruszona Maria Magdalena, która swoimi łzami obmywa Jezusowi stopy (Łk 7, 38). Piotr, który gorzko płacze po tym, jak trzykrotnie zaparł się Pana. (Łk 22, 62). Święty Paweł piszący do Koryntian „wśród wielu łez”, gdy zapewnia jak bardzo ich miłuje (2 Kor 2, 4) i wielu innych. Nawet sam Chrystus płacze nad Jerozolimą (Łk 19, 41) czy też przy grobie swego przyjaciela Łazarza (J 11,35). „Błogosławieni, którzy płaczą” – głosi trzecie Błogosławieństwo (Mt 5,5), dlaczego zatem niektórzy tak często odmawiają sobie prawa do płaczu?

 

Chrześcijańska nadzieja nie usuwa smutku

Nie płaczemy, ponieważ nie lubimy okazywać słabości. Ponieważ od dziecka słyszymy: „Nie wypada płakać przy innych”. Również dlatego, że nie chcemy pokazać, co tak naprawdę czujemy, czy też z obawy, by nie sprawić przykrości innym, nie dokładać im bólu. Nie płaczemy, ponieważ nie chcemy uprzykrzać im życia i obarczać ich naszymi problemami, „przecież jest wiele osób znacznie bardziej nieszczęśliwych od nas!”. Mamy wyobrażenie, że łez nie sposób pogodzić z chrześcijańską nadzieją: „Nie płacz, jeśli mnie kochasz” – pisał święty Augustyn w kontekście śmierci.

A jednak śmierć jest smutna, jak wiele innych spraw, które rozdzierają nam serce. Oczywiście chrześcijańska nadzieja jest silniejsza od tego smutku, ale go nie likwiduje. Wielkanoc nie wymazuje Wielkiego Piątku! Pewność bycia miłowanym przez Boga i radość, jaką w nas ona wywołuje nie kłócą się z cierpieniem z powodu rozstania, porażki, wszelkiego rodzaju straty, dźwigania krzyża innych. Wręcz przeciwnie!

Miłość nas uwrażliwia, bliskość z Bogiem nie utwardza serca, ale jeszcze bardziej je wyczula. Nadzieja nie czyni z nas istot nieludzkich, szybujących beztrosko ponad bolączkami, które dotykają większość śmiertelników. Im bardziej przyoblekamy się w moc Ducha Świętego, tym mniej się boimy tego, że coś sprawi nam ból.

 

Dlaczego nie powinno się powstrzymywać łez

Pan dał nam zdolność do płaczu, byśmy robili z niej użytek. Nie ma nic gorszego od tłumionego żalu, który nie znajduje ujścia w płaczu, ani nic trudniejszego do wytrzymania niż widok ukochanej osoby, jak pomimo bólu zaciska zęby i serce, aby nie pokazać swojego żalu. Płacz nie oznacza braku nadziei. Pod warunkiem, że nie zamkniemy się w naszym bólu, nie będziemy napawali się naszym smutkiem ani mylili płaczu z popłakiwaniem. Pod warunkiem, że będziemy umieli obetrzeć łzy i nie używać ich do manipulowania bliskimi („Zobacz, do jakiego stanu mnie doprowadzasz!”).

Łzy są oznaką wrażliwości? Tak, tym lepiej! Przypominają nam, że jesteśmy ubodzy i mali, że potrzebujemy Boga i bliźnich. Jak pisał Charles Dickens: „Nie powinniśmy się nigdy wstydzić swych łez. Są one podobne do dżdżu, który spada na pył, zmiękczają bowiem uschłe serca”.

Christine Ponsard