Aleteia logoAleteia logo
Aleteia
piątek 27/11/2020 |
Św. Wirgiliusza
home iconStyl życia
line break icon

Jak pomóc małym dzieciom pokonać lęk separacyjny?

mother, son, baby, cry,

Vasilii Koval I Shutterstock

Edifa - 11.11.20

Rozstanie z rodzicami i znalezienie się w nowym środowisku, z nowymi osobami, może być trudne dla dzieci. A jeśli rozłąka nie przebiega dobrze, może wywołać u nich różnego rodzaju problemy psychologiczne. Oto kilka porad, które pomogą zmniejszyć lęki i obawy u dzieci.

Opuszczenie bezpiecznego schronienia, jakim są dla dziecka rodzice, a zwłaszcza matka, jest koniecznym, ale trudnym etapem w jego rozwoju. Psycholożka Bernadette Lemoine, autorka książek Mamo, nie opuszczaj mnie! oraz Jak pomagać dziecku w życiowych rozstaniach, dostarcza rodzicom rozwiązania, pomagające przeprowadzić dziecko przez doświadczenie rozłąki.

Agnès Flepp: Pani zdaniem lęk separacyjny leży u podstaw większości problemów psychologicznych, z którymi borykają się dzieci i nastolatkowie.

Bernadette Lemoine: W dziewięciu przypadkach na dziesięć głęboka przyczyna ich problemów psychologicznych tkwi w lęku separacyjnym. To zaburzenie lękowe, które psychologowie nazywają SAD (separation anxiety disorder), pojawiające się zazwyczaj w okresie dzieciństwa, czasami w okresie nastoletnim.

Jesteśmy stworzeni do komunikacji, a dziecko buduje swoją tożsamość w oparciu o relację miłości. Zdarza się, że przedwczesną rozłąkę przeżywa jako traumę, opuszczenie, utratę miłości. Rodzi się wówczas lęk, porównywalny z lękiem przed śmiercią, tym silniejszy, im wcześniej dochodzi do rozłąki w życiu dziecka lub im dłużej ona trwa. Istnieje ryzyko, że lęk ten będzie powracał przy każdym kolejnym rozstaniu, nawet całkiem niepozornym, i powodował różnego rodzaju zaburzenia. Zrozumienie zachodzących przy tym mechanizmów będzie swego rodzaju kluczem, który pozwoli na nowo otworzyć drzwi, które zatrzasnęły się na całe życie.

Jaki konkretnie rodzaj rozłąki może zablokować dziecko w jego rozwoju?

Jeśli przebieg akcji porodowej nie pozwala matce przyjąć dziecka (na przykład na skutek cesarskiego cięcia pod pełną narkozą), jeśli dziecko oddzielone jest od matki, ponieważ znajduje się w inkubatorze lub na oddziale intensywnej opieki medycznej, niewykluczone, że będzie się czuć opuszczone. Dziecko, nie jest w stanie jeszcze w sposób racjonalny pojąć, że rozstanie, które powoduje jego cierpienie, ma jedynie tymczasowy charakter, że nie naraża jego życia na niebezpieczeństwo, że nie jest oznaką braku matczynej miłości.

Pojawia się wówczas ryzyko, że będzie manifestować swój lęk i protestować przeciw każdej kolejnej rozłące z matką, gdy już z powrotem znajdzie się przy niej. Będzie się jej kurczowo trzymać, na wszelkie sposoby, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. O ile nie okaże się, że, wręcz przeciwnie, dziecko będzie odtąd odrzucać wszelkie przywiązanie do drugiego człowieka, z obawy, by nie cierpieć na nowo z powodu kolejnego rozstania. Trochę tak, jakby reagowało na zdradę i nie potrafiło już na nowo zaufać i przywiązać się. Wycofuje się i staje niezależne od kogokolwiek.

Kolejnym decydującym etapem jest odstawienie od piersi. Dziecko przeżywa to jako stratę, rozłąkę. Jeśli dokonuje się w niewłaściwych warunkach, istnieje ryzyko, że dziecko uzna to za odrzucenie. Może istnieć również wiele innych przyczyn lęku separacyjnego, które mogą wydawać się nam nic nie znaczące: uwaga matki zaprzątnięta absorbującymi obowiązkami, choroba matki lub innego dziecka, urządzanie domu, hospitalizacja, nagle lub częste zmiany żywienia, żałoba, niewystarczające zaangażowanie ojca, pojawienie się braciszka lub siostrzyczki, nieobecność rodziców, rozpoczęcie nauki w żłobku, w szkole…

Istnieje również lęk matki mierzącej się z dorastaniem swojego dziecka: to ona jest zraniona oddalaniem się dziecka, które przecież jest czymś normalnym i koniecznym. Zdarza się, że reaguje w sposób nadopiekuńczy, traktując je jak małe dziecko. Ono zaś wyciąga z tego tyle korzyści, ile może, jednak ze swojej strony reaguje sprzeciwem na takie „uwięzienie”, co silnie zaburza ich relacje i bynajmniej nie przygotowuje dziecka na kolejne rozstania.

Czy za każdym razem, gdy zachodzi któreś ze wspomnianych wydarzeń, pojawia się zranienie i reakcja lęku?

Oczywiście, że nie! To zależy od temperamentu i wrażliwości każdej osoby, od kruchości życia dziecka w łonie matki, od sposobu, w jaki otoczenie dziecka przeżywa dane wydarzenie, od stopnia jego nieprzewidywalności; od osobistej wolności itd. Czasem wystarczy tylko jeden powód, czasem potrzeba ich wiele.

Nic nie działa tu automatycznie ani w sposób matematycznie przewidywalny! W każdym razie, nie martwmy się, wszystko to może ewoluować w pożądanym kierunku, o ile tylko będziemy potrafili wsłuchiwać się w swoje dziecko i rozpoznawać znaki, które są objawami lęku separacyjnego. Następnie trzeba będzie porozmawiać z dzieckiem w prawdzie, z całego serca, współodczuwając z nim w jego cierpieniu, które doprowadziło je do zwątpienia w miłość, w życie.

Czyli żyć to znaczy uczyć się rozstawać z innymi?

Oczywiście. Zdolność do autonomii danej osoby, jej dojrzałość i równowaga w znacznej mierze zależą od jej doświadczenia separacji i sposobu przeżywania rozłąki. Chodzi w tym o kluczowy, lecz delikatny element wychowania. W ciągu życia pojawiają się kolejne sytuacje, w których doświadczamy rozłąki. Bez względu na to, czy związane są one z kolejnymi etapami naszego rozwoju czy wynikają z przypadkowych okoliczności, doświadczenie separacji za każdym razem przypomina małą śmierć.

Jeśli dzieje się to we właściwych warunkach, dziecko ze względną łatwością pokonuje to cierpienie, a nawet zyskuje dzięki niemu większą autonomię: dorasta, cieszy się życiem. Wystarczy jednak, aby w tym ciągu separacji jedną z tych sytuacji dziecko przeżyło w nieodpowiednich warunkach, a pojawia się ryzyko, że będzie tkwiło w tym cierpieniu, co nie pozwoli mu się rozwijać. Wszystkie sytuacje, analogiczne do tego traumatycznego doświadczenia rozłąki, będą powodować wzmocnienie blokady i wywoływać reakcje łączące się z pierwotnym cierpieniem.

W jaki sposób objawia się taki lęk?

Mogą to być problemy ze snem lub zaburzenia odżywiania, reakcje wybuchowe, odmowa chodzenia do szkoły, głęboki smutek, porażki szkolne łączące się z paraliżującym lękiem, dolegliwości psychosomatyczne, kompensacja poprzez jedzenie, picie, narkotyki, trudności w relacjach itd.

Ależ można odnieść wrażenie, że każde dziecko, wcześniej czy później, przejawia takie symptomy! Kiedy należy zacząć się niepokoić?

Kiedy dziecko cierpi i sprawia też cierpienie swojemu otoczeniu. Zwykle obserwujemy dwa typy reakcji u dzieci. Te, które stają w opozycji, mają tendencję do buntowania się i wszystko chcą robić same, co przejawia się też ryzykownymi zachowaniami. Są nieufne wobec miłości i nie chcą nikomu nic zawdzięczać. Niektóre „sprawdzają” nieustannie miłość rodziców, próbując się im sprzeciwiać, stawiając ich w trudnych sytuacjach poprzez swoje nieustannie prowokacyjne i nieakceptowalne zachowania. Nie można pozwolić, by nas zniszczyły, ale też nie można im pozwolić, aby same siebie zniszczyły.

Z drugiej strony, mamy te dzieci, które nie chcąc podjąć ryzyka cierpienia z powodu nowej separacji, odrzucają wszelką autonomię i wymagają relacji miłości wyłącznej. Chronią się w zależność. Są też takie, które odrywają się od życia i pozwalają sobie płynąć z prądem: „Nie jestem kochany, życie mnie nie interesuje, równie dobrze mogę iść na dno”.

Skoro separacja jest niezbędna dla naszego rozwoju, dlaczego wydaje się nieodmiennie łączyć z lękiem?

Lęk separacyjny wiąże się ze zranieniem, które wynika z porzucenia. To wewnętrzne zranienie oznacza jakiś brak wobec tego bezbrzeżnego pragnienia bycia kochanym, jakie znajduje się w każdym z nas. Jest ono u korzenia wszystkich naszych zranień i jest czymś nieuniknionym, jako bezpośrednia konsekwencja odłączenia od Boga, którym jest grzech pierworodny. Istotnie już od łona matki jesteśmy zranieni, ponieważ jesteśmy oddzieleni od miłości Boga, dla której zostaliśmy stworzeni.

Z tego powodu stajemy się podatni na zranienie wynikające z wszelkiego braku miłości lub tego, co wydaje się nam brakiem miłości, a więc zranienie wynikające z rozłąki. Stworzeni na obraz Boga, dążymy do miłości doskonałej, której jednak jesteśmy pozbawieni, ponieważ nikt, nawet nasi rodzice, nie jest doskonały. Właśnie ten nieunikniony brak miłości, który dochodzi do pierwotnego zranienia, pociąga za sobą cierpienie, lęk i zwątpienie w miłość.

Przed grzechem pierworodnym rozłąka nie wiązała się z żadnym cierpieniem. To nawet dzięki niej mogło dokonać się dzieło Stworzenia: w Księdze Rodzaju widzimy, że Bóg stwarzanie rozpoczyna od rozdzielenia światła od ciemności, wód od ziemi, kobiety od mężczyzny, biorąc jedno z żeber Adama. I „widział Bóg, że było [to] dobre”! Po grzechu jednak wszystko się popsuło. Wychowanie jest sztuką uczenia akceptowania separacji i frustracji, która z niej wynika, ponieważ ostatecznie będziemy musieli zostawić wszystko i wszystkich, aby osiągnąć całkowitą komunię z Bogiem. Chronienie dzieci przed wszelkim zranieniem, jakie łączy się z rozłąką, nie jest wychowywaniem ich.

Nie możemy więc uchronić naszych dzieci przed zranieniem?

Nie. Nikt nie może wydać na świat „nieskazitelnego” dziecka. Jeśli chcemy dziecka bez zranień, lepiej wówczas w ogóle go nie mieć. Podkreślam raz jeszcze: idealni rodzice nie istnieją. Jest więc nieuniknionym to, że rodzice ranią swoje dzieci. Oczywiście będą starać się zrobić, co w ich mocy, aby je kochać, ponieważ to miłość leczy rany.

Ważne, aby dziecko zrozumiało, że jego rodzice nie są Bogiem, że nie są doskonali, ale wraz z miłością, którą od nich otrzymuje, nawet jeśli ma ona swoje braki, może wzrastać i żyć szczęśliwie. Kult doskonałości w wychowaniu może mieć katastrofalne skutki. Rodzice chcieliby, aby ich wychowanie przyniosło „efekty”, ale to dzieło, które wymaga czasu. Czasu, który do nas nie należy. Nie wymaga się od nas, byśmy „odnieśli sukces”, ale byśmy kochali najlepiej, jak potrafimy. A Pan uczyni resztę.

Czy zranienia związane z narodzinami lub te związane z jakimś wstrząsem jeszcze w łonie matki są nieodwracalne?

Mogą zostać znacząco zminimalizowane, w takiej mierze, w jakiej matka, gdy tylko poczuje się lepiej, lub ojciec, lub inna głęboko życzliwa osoba będzie rozmawiać z dzieckiem z głębi serca, czy nawet z głębi „trzewi”, i pocieszać je. Dziecko „rozumie” ponad słowami, mając świadomość miłości – tę zdolność, którą posiada już od łona matki, do odczuwania miłości lub nie-miłości, której jest podmiotem. Rozumie, że jest kochane. Zranienie nie ma wówczas aż takich konsekwencji.

A jeśli kolejne reakcje wskazują na ranę, która się nie zabliźnia?

Istnieje jeszcze możliwość złagodzenia ciężaru lęku dziecka poprzez wyjaśnienie traumatycznych wydarzeń, na ile to możliwe, przez osobę trzecią, na przykład psychoterapeutę, pod warunkiem, że objaśnienia te zostaną przedstawione z miłością i współczuciem. Nigdy nie jest za późno. Im wcześniej jednak zainterweniujemy, tym lepiej.

Czy słowa są wystarczające?

Nie. Konieczne jest również okazywanie czułości dziecku poprzez spojrzenie i czułe gesty – pieszczoty, pocałunki, masaż… Ważne jest, by budować jego poczucie własnej wartości poprzez uzasadnione komplementy: „Jesteś piękny, jestem z ciebie dumny, kocham cię…”. Zarazem jednak należy unikać ciągłego trzymania go w kokonie bezpieczeństwa i pozwalania mu na wszystko. Minimalna frustracja jest czymś niezbędnym. Dziecko musi się nauczyć, że nie jest pępkiem świata… a przynajmniej swojej rodziny.

Czy należy posunąć się aż do szukania takich okazji do rozłąki?

Tak, ale pod warunkiem, że je odpowiednio przygotujemy, bez względu na wiek dziecka. Należy zawsze uprzedzić dziecko, powiedzieć, że nas nas nie będzie, ale wrócimy, że ma prawo być smutne, jednak życie toczy się dalej. Odwołanie się do jego pragnienia dorosłości może pomóc mu zaakceptować to tymczasowe rozstanie. Jest to szczególnie ważne około 8/9. miesiąca życia, w wieku szczególnej wrażliwości, gdy pojawia się lęk, a my zaczynamy stopniowo naukę rozłąki z dzieckiem, zostawiając je z opiekunką, w żłobku…

A później?

Od 2/3. roku życia do 7. roku życia rozłąki będą się mnożyć, urozmaicać i wydłużać. Jeśli pierwsze rozstania, przed ukończeniem 2. roku życia, przebiegały prawidłowo, maleje ryzyko lęku, ale znowu konieczny jest brak traumatycznych wydarzeń (jak żałoba, rozwód…) czy niezręczności! Ojciec ma tutaj ważną rolę do odegrania: tego, który rozdziela. To on jest tym, który powinien nie dopuścić do „fuzji” pomiędzy matką a dzieckiem. Powinien być głównym wychowawcą po 7. roku życia.

Ogólnie rzecz biorąc, jak dobrze przeżyć tę „małą śmierć”, jaką jest rozłąka?

Mamy wybór. Albo odrzucimy przeżywanie tego doświadczenia, zamykając się w sobie, niszcząc samych siebie i niszcząc innych, w sposób pośredni lub bezpośredni, i wybierzemy drogę śmierci… Albo zaakceptujemy doświadczenie lęku i cierpienia, pozostając wierni miłości, i pójdziemy dalej drogą życia. Przed nami droga, którą powinniśmy stopniowo przejść – od bolesnego poczucia opuszczenia do zawierzenia siebie w ręce Miłości. To trudna droga, którą pokonał Jezus, gdy na krzyżu przeszedł od poczucia opuszczenia („Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”) do zawierzenia w zaufaniu („Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”). To droga Zmartwychwstania.

Jeśli Miłość jest naszym towarzyszem w cierpieniu („W Jego ranach jest nasze zdrowie” czytamy w Księdze Proroka Izajasza), możemy przejść przez dolinę śmierci i rozłąki. Ta droga, która powinna była nas unicestwić, sprawi coś odwrotnego, pozwoli nam wzrosnąć i sprawi, że będziemy jeszcze bardziej żyli. Nasze zranienia, miejsce naszej kruchości, staną się okazją, by bardziej kochać. Naszym zadaniem jest tak żyć, aby „nasze rozstania stały się pęknięciami wypełnionymi miłością”.


bebe grands parents

Czytaj także:
Dziadkowie w roli niani: czy istnieją granice pomocy dzieciom przy wnukach?


DZIECKO

Czytaj także:
Trzy mistyczki i heretyczka. Kobiety, które Bóg wybrał już od dziecka

Tags:
dziecilęk
Wesprzyj Aleteię!

Jeśli czytasz ten artykuł, to właśnie dlatego, że tysiące takich jak Ty wsparło nas swoją modlitwą i ofiarą. Hojność naszych czytelników umożliwia stałe prowadzenie tego ewangelizacyjnego dzieła. Poniżej znajdziesz kilka ważnych danych:

  • 20 milionów czytelników korzysta z portalu Aleteia każdego miesiąca na całym świecie.
  • Aleteia jest aktualizowana codziennie i publikowana w ośmiu językach: po francusku, angielsku, arabsku, włosku, hiszpańsku, portugalsku, polsku i słoweńsku.
  • Każdego miesiąca nasi czytelnicy odwiedzają ponad 50 milionów stron Aletei.
  • Prawie 4 miliony użytkowników śledzą nasze serwisy w social mediach.
  • W każdym miesiącu publikujemy średnio 2 450 artykułów oraz około 40 wideo.
  • Cała ta praca jest wykonywana przez 60 osób pracujących w pełnym wymiarze czasu na kilku kontynentach, a około 400 osób to nasi współpracownicy (autorzy, dziennikarze, tłumacze, fotografowie).

Jak zapewne się domyślacie, za tymi cyframi stoi ogromny wysiłek wielu ludzi. Potrzebujemy Twojego wsparcia, byśmy mogli kontynuować tę służbę w dziele ewangelizacji wobec każdego, niezależnie od tego, gdzie mieszka, kim jest i w jaki sposób jest w stanie nas wspomóc.

Wesprzyj nas nawet drobną kwotą kilku złotych - zajmie to tylko chwilę. Dziękujemy!

Modlitwa dnia
Dziś wspominamy świętego...





Top 10
WIGILIA W PANDEMII
Katolicka Agencja Informacyjna
Rząd: święta na nie więcej niż 5 osób. Jest p...
Theresa Aletheia Noble
Dobra spowiedź. 10 cennych rad od księży
Redakcja
Cytat z Biblii dla ciebie na dziś [23 listopa...
SAINT THERESE OF LISIEUX
Dział Foto
Tu mieszkała Mała Tereska. Piękne zdjęcia z j...
Web católico de Javier
Pełne humoru cuda ojca Pio
Redakcja
Modlitwa dla ciebie na dziś [24 listopada]
BIBLE
Redakcja
Cytat z Biblii dla ciebie na dziś [25 listopa...
Zobacz więcej