Aleteia
Dziś wspominamy świętego...

Czwartek, 12 października 2017

Bł. o. Jana Beyzyma

prezbitera

Udostępnij

Przyszedł na świat 15 maja 1850 roku w majątku Beyzymy Wielkie na Wołyniu (dzisiejsza Ukraina). Na misje wyjechał bardzo późno - kiedy dobiegał już pięćdziesiątki, 26 lat po wstąpieniu do zakonu. Bardzo łatwo pomyśleć, że został wysłany za karę; plotka taka krąży zresztą do dziś. Tym bardziej, że jezuita - przyznają jego biografowie - miał sposób bycia raczej szorstki. On sam mawiał o sobie "jego tatarska mość", robiąc aluzje nie tylko do nazwiska (przodek dał się tak bardzo we znaki Tatarom najeżdżającym Wołyń, że nazwali go " Bey-Zymu"), ale również do niełatwego charakteru. - Był bardzo energiczny, surowy i sprawiedliwy, a przy tym nie znosił próżnej gadaniny i ospalstwa - tłumaczy o. Stanisław Groń SJ, autor wielu artykułów o o. Beyzymie.

Wyjazd na Madagaskar nie był jednak karą. Jeszcze na początku 1898 r. (rok przed wyjazdem) o. Beyzym pisał do generała zakonu Ludwika Martina: "Przepraszam pokornie, że śmiem dokuczać tak natrętnie, ale jak sobie wspomnę, że tyle tysięcy trędowatych tak silnie cierpi i umiera bez pomocy tak duchowej, jak i doczesnej, (...) to trudno mi czekać spokojnie tak długo na rozkaz odpływu".

Twardy, prostolinijny zakonnik szybko zyskał miłość Malgaszy. Przez pierwsze trzy lata (1899-1902) opiekował się trędowatymi w państwowym schronisku w Ambahivoraka. Nie bał się żadnej pracy: opatrywał rany, mył chorych, robił zastrzyki. - Żeby zrozumieć, co to naprawdę znaczy, trzeba wiedzieć, jak wygląda ciało zaatakowane trądem i jaki zapach wydziela - zauważa o. Groń. W jednym z listów o. Beyzym próbował opisać smród ran - trochę podobny do zgniłego sera, trochę słodkawy. Ludzie zarażeni tą straszna chorobą mieli oszpecone twarze - pozbawione nosów i uszu, a zamiast rąk i nóg - kikuty. O. Beyzyma maluje się w fartuchu nałożonym na sutannę. Nosił go z bardzo praktycznych powodów - ropiejące rany tryskały, kiedy się je opatrywało. Biografia, którą napisał jezuita o. Czesław Drążek, nosi tytuł "Posługacz trędowatych".

Wybrał taką służbę, przekonany, że miłość i szacunek należą się każdemu człowiekowi - nawet najbardziej pogardzanemu. Chciał dotrzeć do nich z Ewangelią i sakramentami. "Jeszcze ich języka nie umiem - pisał tuż po przyjeździe - ale mieszkam między nimi, aby biedacy mieli Mszę św. i ratunek w razie konania".

W 1902 r. o. Beyzym postanowił wybudować na Madagaskarze ośrodek, w którym trędowaci mieliby zapewnioną opiekę medyczną i duchową. Dość szybko udało mu się zebrać fundusze (głównie od rodaków z Polski), i w 1911 r. w Maranie został oddany nowoczesny szpital pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Należał do najlepiej wyposażonych i zorganizowanych na świecie. Jezuita przeprowadził swój plan mimo olbrzymich problemów finansowych i organizacyjnych, oporu władz kolonialnych (w listach wiele pisze o antyklerykalnym, a nawet antychrześcijańskim nastawieniu kolonialnej administracji francuskiej), a nawet niezrozumienia ze strony współbraci.

Niemal do ostatnich dni chciał jeszcze wyjechać na Sachalin - wyspę miedzy syberyjską Rosją a Japonią - miejsce zesłania wielu polskich patriotów, ale i zwykłych kryminalistów. Podjął już starania w Petersburgu, miał obmyślaną podróż. Nie zdążył - zmarł w 1912 r.

KAI

Chcesz przeczytać więcej historii o świętych? Kliknij tutaj!
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail