Aleteia

Polski kleryk w Afryce oddał życie za współbraci – czy zostanie błogosławionym?

KGGucwa/Wikipedia
Udostępnij
Komentuj

Tej nocy w Tarnowie, tysiące kilometrów dalej, Helena Gucwa, matka Roberta, miała sen. Widziała w nim swojego szczęśliwego syna, który chwycił ją za rękę i powiedział: „Chodź Mamo, zobacz jakie mam ładne, nowe mieszkanie”.

Listopadowy wieczór w Bimbo koło Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Bracia z placówki prowadzonej przez Stowarzyszenie Misji Afrykańskich jedzą kolacje. Nagle do ich domu wchodzi kilku uzbrojonych ludzi. Pytają o przełożonego. Zgłasza się Robert Gucwa, kleryk z Polski. Mówi, że jest przełożonym wspólnoty i że zaprowadzi ich do swojego biura w innym budynku. Po drodze ucieka, by zawiadomić mieszkających po sąsiedzku innych misjonarzy. Próbuje wrócić, by pomóc swoim współbraciom. Nie udaje się. Kule trafiają go w brzuch i klatkę piersiową.

Zanim wstąpił do Stowarzyszenia, Gucwa wiódł podobne życie jak wielu jego rówieśników: był ministrantem, formował się w Oazie, chodził na pielgrzymki, udzielał się w scholi młodzieżowej. Nic ponad to, co można znaleźć w typowej polskiej parafii. Urodził się 24 marca 1969 w Tarnowie, w wierzącej rodzinie. Przyjaciele zapamiętali go, jako osobę koleżeńską, uprzejmą, nieco skrytą, bardzo skrupulatną i inteligentną. Do wszystkiego starał się przygotować jak najlepiej, nie ważne czy to zadanie szkolne czy psalm responsoryjny podczas porannej Mszy. Kiedy wracał z kościoła pytał, jak poszło mu czytanie i zastanawiał się, co w nim poprawić następnym razem. Otoczenie powoli domyślało się, że po maturze postanowi zmierzyć się z powołaniem do kapłaństwa. Miejscowi księża namawiali go na wstąpienie do diecezjalnego seminarium w Tarnowie, ale on wiedział, że tam, w dalekiej Afryce, ludzie też czekają na Ewangelię.

Był rok 1988. Stowarzyszenie Misji Afrykańskich dopiero odnawiało swoje struktury w Polsce na fali zmian w Europie Środkowo-wschodniej. Gdy młody tarnowianin otrzymał wiadomość o przyjęciu go do zgromadzenia, pewnie nie przypuszczał, że zacznie wieść życie ciągłego wędrowca. Najpierw trzy lata studiów w Seminarium Duchownym diecezji kieleckiej. Potem nauka języków, tych najbardziej przydatnych podczas afrykańskich misji, czyli angielskiego i francuskiego. Kursy, seminaria, studia i nowe miejsca: Togo, Ghana, Calavi i Bangui.

Oprócz nauki wykorzystywał swój czas na pomaganie innym. Pracował jako pielęgniarz, przygotowywał dorosłych do chrztu, pomagał jak tylko potrafił. Dawał z siebie wszystko, tak jak to robił przez całe życie. Wolne chwile spędzał na modlitwie, szczególnie tej w ciszy, w kaplicy, kiedy inni już poszli spać. Wielu kolegów nie rozumiało jego zachowania, wydawało im się, że misjonarz to człowiek czynu, nie kontemplacji. A dla Roberta rozmowa z Bogiem była nie tylko odpoczynkiem i ładowaniem akumulatorów do dalszej pracy. Kiedy wracał do Polski na urlop, także nie oszczędzał swoich sił. Znajomi wspominają slajdy które przywoził z sobą z Czarnego Lądu. Nawet podczas pielgrzymki na Jasną Górę, ciągle mówił o misjach, czy to podczas zwyczajnych rozmów na postoju czy konferencji w trakcie drogi. Nigdy nie mówił, że w Afryce jest łatwo, ale mówił o niej tak jakby to było najszczęśliwsze miejsce na ziemi – jego miejsce.

W poniedziałkowy wieczór, 15 listopada 1994 roku, kiedy bracia jedli kolację, do domu formacyjnego wdarła się grupa uzbrojonych mężczyzn. Nie wiedzieli, że misjonarze i klerycy jedzą posiłki w osobnych pomieszczeniach. Zaczęli pytać o przełożonego wspólnoty. Odezwał się Polak, przedstawił się jako odpowiedzialny na wspólnotę i że jego pokój, gdzie trzymane są kosztowności, znajduje się w innym budynku. Oczywiście nie było to prawdą. Robert chciał chronić swoich współbraci ściągając na siebie uwagę, dlatego podał się za kogoś, kim nie był.

Kiedy wyprowadził bandytów na dwór, wykorzystał chwilę i uciekł do mieszkających po obok księży kombonianów, także katolickich misjonarzy. Ci podnieśli alarm, który miał spłoszyć złodziei. Młody misjonarz chciał wrócić do swoich, mimo że u sąsiadów był bezpieczny. Po drodze spotkał uciekających bandytów. Jeden z nich wystrzelił z broni do Polaka kilka pocisków. Pierwszy trafił w brzuch, drugi przeszył klatkę piersiową. Robert zmarł na miejscu, w wieku 25 lat.

Tej nocy w Tarnowie, tysiące kilometrów od Bimbo, Helena Gucwa, matka Roberta, miała sen. Widziała w nim swojego szczęśliwego syna, który chwycił ją za rękę i powiedział: „Chodź Mamo, zobacz jakie mam ładne, nowe mieszkanie”. Dopiero nazajutrz rodzice dowiedzieli się o tragicznej śmierci swojego syna.

Kleryk Robert Gucwa miał dwa pogrzeby. Pierwsza opłakiwała go Afryka: współbracia, misjonarze, biskup pomocniczy, a przede wszystkim zwykli ludzie: chorzy którym pomagał, wierni których katechizował, dzieci z którymi kopał piłkę i grał na gitarze. Dopiero po dwóch tygodniach od tamtego wieczoru jego ciało sprowadzono do ojczyzny. Został pochowany w grobowcu kapłańskim na parafialnym cmentarzu. W kościele na tarnowskich Mościcach, tym samym, w którym służył do Mszy, wisi epitafium przypominające byłego parafianina. Młody męczennik jest patronem jednej z ulic Tarnowa i ośrodka rekolekcyjno-misyjnego w Piwnicznej Zdroju.

Święty Jan Paweł II na koniec Mszy kanonizacyjnej św. Kingi, przypomniał wiernym zgromadzonym na starosądeckich błoniach misyjne zasługi diecezji tarnowskiej: Wielu pochodzących z tej diecezji duchownych i świeckich uczestniczy w działalności misyjnej Kościoła w różnych częściach świata. Spośród nich trzy osoby przypieczętowały misyjne powołanie ofiarą życia. O. Zbigniew Strzałkowski, franciszkanin konwentualny, ks. Jan Czuba, kapłan diecezjalny i kleryk Robert Gucwa. Proszę Boga, aby ta misyjna służba i posiew krwi wydały obfite owoce. Dziś o. Strzałkowski jest błogosławionym, ks. Czuba Sługą Bożym, a kl. Robert? Cierpliwie czeka w swoim nowym mieszkaniu.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail