Aleteia

„Kiedy widzisz tylko ból, tracisz mnie z oczu”. Jak odzyskać dobre patrzenie?

Photographee.eu/Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Jedną ze straszniejszych rzeczy, którą sami sobie robimy, jest żywienie nienawiści. Na końcu najbardziej poszkodowanym jest ten, który ową nienawiścią żyje.

Ma 7 lat. Ubłagała rodziców o chomika. Jest biały i ma czerwone, paciorkowe oczy. Wie, że tata za zwierzątkiem nie przepada i zgodził się tylko pod warunkiem, że nie będzie się plątał po domu. Ale chomik rośnie i któregoś dnia akurat udało mu się wydostać z akwarium, kiedy tata wracał do domu. Wchodząc do mieszkania pewnie postawił krok. Chomik był bez szans. I choć wszystko było nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ona przez trzy noce nie może przestać płakać, a tatę z całego serca nienawidzi.

Teraz Ty. Przypomnij sobie, proszę, jakiś moment, kiedy czułeś się skrzywdzony, kiedy może życzyłeś sprawcy swojego bólu, żeby kiedyś sam odczuł, jak to jest. Śmiało. Chyba każdy z nas ma coś takiego za uszami. A teraz pytanie: czy zatrzymując się na poziomie tego bólu, przypominania sobie, że wydarzyło się nam coś dramatycznego, że właśnie to kształtuje naszą postawę i życiową sytuację, jest nam dobrze? Tak samym ze sobą? Czy rośniemy? Czy chcemy dobra dla innych? Czy wchodzimy w relacje, w których możemy całkiem oddać siebie?

A może motorem działania staje się dla nas – mniej lub bardziej świadomie – restrykcyjne poczucie sprawiedliwości: nie może być przecież tak, że nikt za moją krzywdę nie odpowie. To prawda, że jesteśmy rozumnymi istotami, poczucie sensu jest dla nas jedną z istotniejszych zasad funkcjonowania, co jednak, jeżeli pytanie o sens pozostaje bez odpowiedzi? Bo czasem nie jest ona racjonalna, albo jest niedostępna. W filmie „Jackie” doświadczony kapłan powiada, że kiedy to dostrzeżemy, możemy albo popełnić samobójstwo, albo zaakceptować fakt braku odpowiedzi i przestać jej uporczywie szukać. Zakładając, że zgadzasz się, że odebranie sobie życia to żadne rozwiązanie, że zależy nam na nas samych – na naszym szczęściu i dobrostanie, proponuję inne „ćwiczenie”. Odpuść i przebacz.

Bo co ci szkodzi? Decydując się na przebaczenie, gorzej już nie będzie, możesz tylko zyskać: spokój, pogodę ducha, równowagę, z czasem przychodzi także radość i czułość. Niekoniecznie względem kogoś. Po pierwsze względem siebie. Łatwo mówić. Jasne. Zwłaszcza, kiedy nie mówi się o sobie. Bo przecież moja krzywda, ból, rozczarowanie, zawiedzione zaufanie – to wszystko mnie boli najbardziej. Tu nie ma miejsca na obiektywne porównywanie. Na licytację.

Zawsze moje cierpienie jest tym największym na świecie. Bo dotyka mnie. Bo to mnie niesprawiedliwie osadzono. Bo to mnie umarła ukochana osoba. Bo to ja zostałam oszukana. Bo to ja zapadłam na poważną chorobę. To, że rodzi się w nas żal, gorycz, smutek, złość – wszystko jest zrozumiałe. Ale kiedy widzimy tylko ból, tracimy z oczu większy obraz, zapominamy o tym, co jest poza naszą krzywdą. Dlatego puszczenie tych emocji, decyzja: przebaczam, potrafi zadziałać jak odcięcie kuli u nogi. Być może od razu nie pofruniemy, nadal możemy odczuwać złość i niechęć, ale jeśli nie pielęgnujemy w sobie chęci odwetu, przestajemy życzyć źle, po kolei opadają z nas łuski.

Jestem przekonana, że jedną ze straszniejszych rzeczy, którą sami sobie robimy, jest żywienie nienawiści. Brak przebaczenia to tylko inna jej forma. To nienawiść skierowana do środka. Może być też projektowana na innych. Wtedy sami stajemy się częścią błędnego koła – naszą krzywdą krzywdzimy innych. Na końcu jednak i tak najbardziej poszkodowanym jest ten, który ową nienawiścią żyje.

Jeżeli nie wierzysz mnie, jakiejś tam autorce jakiegoś tam felietonu, wybierz się do kina i obejrzyj „Chatę” i zobacz, jak przebaczenie przemienia tego, który decyduje się przebaczyć. Jak odmienia jego percepcję rzeczywistości. Ba! Zmienia nawet postrzeganie tego, kto wyrządził mu krzywdę.

Jej – przebaczenie odmieniło postrzeganie taty. Ma 37 lat i opowiada, jak w wieku lat 4 razem z młodszą siostrą jechały „w trasę”. Czyli pakowały się do ciężarówki, którą tata jeździł jako zawodowy kierowca. Mama dała im na drogę kanapki. A do tego pomidory, których ona jako dziecko nie cierpiała. Na postoju gdzieś na lubelskich rogatkach tata wyjął te kanapki, dał córkom. A przewidzianego dla niej pomidora zjadł, powiedział, że kupi jej zaraz ogórka i mrugając dorzucił, że mamie nie muszą o tym mówić. Choć żałuje, że po swoim tacie ma tylko czułe strzępki pamięci, to jednak powtarza zdanie: miałam ojca najlepszego, jakiego mogłam mieć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail