Aleteia

Muzyka chóralna ma uzdrawiającą moc!

Godong | UIG/Getty Image
Udostępnij
Komentuj

Jest śmieciowe jedzenie, jest i śmieciowa muzyka – w supermarkecie, na plaży czy na stoku. I tak jak zaczynamy unikać śmieciowego jedzenia, tak samo możemy wybierać zdrową muzykę. Zwłaszcza, że ta dobra leczy.

Nie zapomnę tego koncertu szwedzkiego chóru męskiego, który przyjechał zaśpiewać w krakowskim kościele świętej Katarzyny podczas nieformalnego, ale odbywającego się parę lat temu w każde wakacje, festiwalu chórów i orkiestr, zapraszanych tu z całego świata przez organistę kościoła, Jacka Sajkę. Darmowe koncerty zwykle zaczynały się wieczorem, na początku mało rozreklamowane, gromadziły czasem tylko kilkanaście osób. Ta garstka mogła liczyć na przykład na przyjemność wysłuchania ponadstuosobowej, amerykańskiej, orkiestry uniwersyteckiej. Były w niej dwie harfy, które z resztą instrumentów transportowano czasem tylko na ten jedyny w Polsce występ podczas europejskiej trasy zespołu. Z koncertu na koncert publiczności zaczęło w kościele przybywać.

Tym razem chór Szwedów mógł zaśpiewać tylko w czwartek w południe. Gdyby nie to, że miałam newsletter od organisty i czas w środku dnia, nie uczestniczyłabym w jednej z największych duchowych uczt, jakie były mi dane.

Słuchaczki były trzy. Bo tylko ja i dwie moje znajome mogłyśmy sobie pozwolić na to, by akurat w to czwartkowe południe przyjść na koncert. A było warto.

Śpiewać zaczęli w niewielkiej, rzadko dostępnej kaplicy św. Doroty, będącej najstarszą, pierwotną częścią gotyckiej świątyni. Potem przez otwarte drzwi, niespiesznie i naturalnie, chór śpiewając przeszedł przez klasztorne krużganki, pozbawione podobnie jak kaplica niepotrzebnych mebli, figur i ozdób. Byli tylko oni i ich śpiew. Tylko dźwięk.

Kiedy z krużganków przeszli, nomen omen, śpiewająco, do prezbiterium kościoła, dźwięk ludzkich głosów w wysokiej, niemal pustej, doskonale rezonującej świątyni był niesamowity, lecz gdy w finale zaśpiewali pod łukiem tęczy, czyli w centrum kościoła, skąd dźwięki rozchodzą się najlepiej, po raz kolejny w tym gotyckim wnętrzu zrozumiałam, co to może być muzyka sfer, obejmująca i przenikająca ciało i duszę. 

Muzyka to najlepszy lek na cierpienie. Nie znajdziesz podobnego w żadnej aptece, ale znajdziesz go w drugim człowieku, bo to on właśnie pomaga uwolnić się muzyce.

To byli zwykli śpiewający Szwedzi. Poza naszą, trzyosobową publicznością, w tym koncercie towarzyszyły im tylko własne żony.

Co szósty obywatel Szwecji śpiewa w chórze. To ich ulubiona forma spędzania wolnego czasu, dlatego istnieją tam nawet chóry dla tych, „którzy nie umieją śpiewać’. Nie dziwi zatem, że to Szwedzi zbadali ostatnio wpływ śpiewu chóralnego na zdrowie. Z kolei badacze z Tenovus Cancer Care i Royal College of Music w Wielkiej Brytanii odkryli, że śpiewanie w chórze pomaga niektórym w walce z rakiem. Poprawiając nastrój wzmaga ich nastawienie do przyjęcia skutecznego leczenia i utrzymania remisji, czyli cofania się choroby. Pomaga.

Jak się okazuje ma to swoje przyczyny: szwedzkie badania wykazały zwiększony poziom tlenu i oksytocyny – hormonu szczęścia – u ludzi, którzy śpiewają razem. Zarówno tlen, jak i oksytocyna przyczyniają się do obniżenia poziomu stresu i ciśnienia krwi. Z innych badań wynika, że członkowie chórów rok po przyłączeniu się do zespołu odznaczali się mniejszą niż wcześniej nerwowością.

Dlaczego tak się dzieje? – Głównym fizjologicznym przejawem wpływu muzyki na nastrój jest pobudzenie autonomicznego układu nerwowego – pisze psycholog, Tomasz Ciećwierz na portalu Psychologia.net.pl.– Oddziałuje ona także na produkowanie przez mózg neuroprzekaźników – dodaje. – Badacze twierdzą, że w mózgu istnieją specjalne struktury odpowiedzialne za odbiór muzyki i jej znaczenia. Z kolei reakcja emocjonalna na nią jest efektem współdziałania wielu obszarów. Zaangażowane są ośrodki zainteresowania, emocji, nagrody i motywacji. Różnimy się jako ludzie, stąd też tak odmienna reakcja każdego z nas na muzykę i odmienne gusta słuchaczy.

Agnieszka Gutfeld, psycholog prowadząca zajęcia z muzykoterapii dla osób chorych onkologicznie, której w dzieciństwie rak zabrał mamę, tak wspomina jedną ze swoich pacjentek:

– Kiedy Teresa przyszła do mnie na pierwsze zajęcia, była bardzo spięta. Jej usta układały się w podkówkę i ledwo mogła wydobyć z siebie kilka słów, żeby się przedstawić. Była tak smutna, zamknięta w sobie i zesztywniała z powodu napięcia, że pomyślałam sobie, że już zapewne nie wróci. Byłam więc bardzo zdziwiona, kiedy pojawiła się na kolejnych zajęciach, choć tak jak poprzednio nie zdradzała cienia pozytywnych emocji. Tak było przez kilka sesji. Przychodziła jednak systematycznie i w końcu, pewnego dnia coś pękło…

To był prawdziwy cud. Zaczęła się istna metamorfoza. Z zajęć na zajęcia Teresa promieniowała coraz większą radością, otwartością, kobiecością, pewnością siebie. Bardzo otworzyła się przed grupą, nabrała chęci do życia i zaczęła się pięknie uśmiechać. Wiosną, z kobiety smutnej, ubranej zawsze w ciemne, smutne stroje, przeistoczyła się w kobietę, u której zaczęłyśmy podziwiać kreacje w przepięknych energetycznych kolorach od błękitu po karmazynową czerwień. Mimo dojrzałego wieku zaczęła się też ubierać w odważne błękitne, koronkowe sukienki, a każdy element stroju i wyglądu dopasowany był do całości z niezwykłą precyzją.

Teresa opowiadała kiedyś w grupie, że gdy poszła do swojej prowadzącej pani doktor, ta nie mogła uwierzyć własnym oczom. Powiedziała Teresie, że wygląda pięknie jak kwitnący kwiat. Kiedy zapytała: – Co się stało, że tak wspaniale pani wygląda? Jak pani to zrobiła? – usłyszała odpowiedź: – Chodzę na muzykoterapię. Pani doktor uśmiechnęła się tylko i powiedziała: – To proszę robić to dalej.

Jako dowód pewności siebie i piękna, które w sobie odkryła, Teresa wzięła udział w sesji zdjęciowej do kalendarza charytatywnego „Kocham Życie”, wydanego przez Fundację Tam i z Powrotem, gdzie między innymi prowadzone są zajęcia z muzykoterapii.

Teresa do dziś stanowi piękny przykład tego, że jeśli się chce, to można przejść metamorfozę i nawet największe cierpienie przekuć w pozytywną transformację.

Muzykoterapia pomaga wydobyć wewnętrzny potencjał każdego człowieka, niezależnie od jego umiejętności czy predyspozycji muzycznych – podkreśla Agnieszka Gutfeld. – Jej dobroczynny wpływ może przynieść korzyści każdemu, na co dzień, zarówno w ramach profilaktyki zdrowotnej, jak i w leczeniu rozmaitych chorób. Muzykoterapeutka twierdzi, że odpowiednio dobrana muzyka uczy przeżywania przyjemności, rozładowuje negatywne emocje, wspomaga pracę systemu immunologicznego, pomaga w odnalezieniu sensu i celu w życiu, wpływa na poprawę relacji interpersonalnych, zmniejsza poziom odczuwanych dolegliwości, takich jak ból, zmęczenie i osłabienie. Daje nadzieję, wiarę i pobudza ducha do walki z chorobą.

Moja od trzydziestu lat walcząca z przewlekłą, nieuleczalną chorobą koleżanka, która przeszła już kilkanaście operacji, mówi, że muzyka to najlepszy lek na cierpienie. – Nie znajdziesz podobnego w żadnej aptece, ale znajdziesz go w drugim człowieku, bo to on właśnie pomaga uwolnić się muzyce.

Moja koleżanka jest muzykiem, przez wiele lat śpiewała w chórze zawodowym, jak jednak uczy przykład Szwedów, niezależnie od tego, czy śpiewasz jak Adele, czy słoń nadepnął ci na ucho, trudno zaprzeczyć, że samo w sobie śpiewanie to niezła zabawa. Radość zwiększa się, kiedy śpiewamy razem w większej grupie – czy to na piłkarskim stadionie podczas rozgrywek Euro 2016, czy siedząc na pniu drzewa przy ognisku, czy też w kościelnych ławkach albo zorganizowanym chórze. Każdy, kto się przyłączy, dostaje zastrzyk energii.

Nie jest trudno znaleźć chór, który nas przyjmie – w pobliskim kościele, szkole czy na uniwersytecie. Miłośnicy wspólnego śpiewu stworzyli chórtownię, portal społecznościowy, w którym łączą się chórzyści wszystkich chórów, i to nie jest slogan na wyrost. Portal zawiera listę chórów i festiwali na całym świecie, a przede wszystkim forum wymiany informacji: gdzie jest nabór do zespołu, gdzie poszukują dyrygenta, dokąd udać się na koncert, kiedy upływa termin rejestracji na warsztaty i festiwale w Paryżu, Rzeszowie czy Spychowie. Słowem, wszystko, co chcesz wiedzieć o chórach, chórzystkach i chórzystach.

– Ucha nadstawiam, słucham jak gra. Muzyka we mnie, w muzyce ja – w „Ale jestem” pięknie napisała Magdalena Czapińska, a Anna Maria Jopek wyśpiewała, bo „trzeba żyć naprawdę”.

Ten artykuł jest otagowany:
muzykaterapia
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail