Aleteia

Małżeński Pakiet Lojalnościowy – zbieraj punkty i wymieniaj na nagrody

wavebreakmedia/Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Nie udawajmy, że elementem małżeństwa nie jest „wzajemne świadczenie usług”, a mówiąc jeszcze precyzyjniej: służenie sobie nawzajem.

Żona nie chce Cię puścić na paintball? Musiałeś zwrócić bilety na mecz po karczemnej awanturze w domu? A może, by oszczędzić sobie słuchania jej wyrzutów, już nawet nie napomkniesz, że kumple z pracy chcą iść w sobotę na kręgle? Możliwe, że twoja żona przesadza. Możliwe, że jest niesprawiedliwa i zaborcza. Możliwe jednak, że sam na to zapracowałeś. A właściwie nie zapracowałeś – nie zebrałeś wystarczająco dużo punktów w małżeńskim pakiecie lojalnościowym.

Czy to stacja benzynowa, sklep z ciuchami czy… małżeństwo! Zasady pakietu wyglądają podobnie – zbierasz punkty i wymieniasz na nagrody. Zacznij więc jak najszybciej nadrabiać straty: 20 punktów za założenie nowej rolki papieru toaletowego, 25 za wyrzucenie śmieci, 50 punktów za to samo, ale bez przypominania. 80 za usypianie dzieci, a 1000 za zostanie z nimi przez cały dzień, gdy mama ma wychodne.

Wiem, że może to wyglądać absurdalnie czy śmiesznie, ale powiedzmy sobie szczerze, czy nie jest tak w rzeczywistości? I nie, nie twierdzę, że małżeństwo to tylko barter. Oczywiste jest, że tak bliska relacja z drugim człowiekiem niesie ze sobą dużo, duuuużo więcej, więc jeszcze raz podkreślam: nie chodzi o zawarcie kontraktu, o handel wymienny czy manipulację. Nie udawajmy jednak, że elementem małżeństwa nie jest „wzajemne świadczenie usług”, a mówiąc jeszcze precyzyjniej: służenie sobie nawzajem. Ktoś mądry kiedyś powiedział: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!”. Zastanów się więc nie nad tym, ile może dać Ci współmałżonek, ale ile Ty możesz z siebie dać?

Może dużo pomagasz w obowiązkach domowych i opiece nad dziećmi, ale prawda jest taka, że to właśnie nie o pomoc chodzi. Bo dom, dzieci, małżeństwo – to nie jest sprawa żony lub męża, a sprawa żony i męża. Nie jest tak, że jedna osoba jest do tego dedykowana, a druga łaskawie pomoże. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie twierdzę, że źle jest dzielić się obowiązkami, wręcz przeciwnie, nie sposób się nimi nie dzielić i nie zwariować. Sednem jest zmiana nastawienia z podejścia w stylu „ mój kawałek ogródka jest ogarnięty, Ty ze swoim radź sobie sam/sama”, na wzięcie pełnej odpowiedzialności przez obie strony za… wszystko, co dotyczy naszej rodziny. I porządek w domu, i wychowanie dzieci, i bezpieczeństwo finansowe i kontakty z teściami.

To dotyczy obu stron, mężczyzn i kobiet. Na dłuższą metę spalanie się bez otrzymywania niczego w zamian, jest niemożliwe i nie taki jest cel czy sens małżeństwa. Piszę jednak bardziej do Was mężczyźni, bo mimo wszystko wydaje mi się, że kobietom pełne zaangażowanie przychodzi dużo naturalniej (choć oczywiście na pewno są odstępstwa i od tej reguły). Służenie, opieka, poświęcenie jest jakby wpisane w kobiecy sposób pojmowanie miłości. Myślę, że miał to na myśli George Bernard Shaw mówiąc, że „miłość jest częścią życia mężczyzny, jest natomiast całym istnieniem kobiety”.

Rozumiem, że pracujesz ciężko, często po godzinach, a gdy wracasz do domu potrzebujesz chwili ciszy i spokoju. Zamiast tego, gdy tylko przekręcisz drzwi w zamku żona wręcza ci niemowlę i tonem pełnym wyrzutu pyta „co tak długo?”. Bo ona czuje dokładnie tak samo – tak samo swoim etatem jest wykończona i potrzebuje chwili ciszy i spokoju, a zarazem może tak jak Ty, czuje się kompletnie niedoceniana? Komu się więc ten spokój należy bardziej? Kto ciężej na niego zapracował? Będziemy się licytować?

Jak w każdej ważnej misji, ktoś musi zrobić ten pierwszy krok. Ktoś musi przerwać pętlę wzajemnych oczekiwań i wznieść się ponad „mi się też należy!”. Jeśli tak jak mój mąż jesteś nastawiony zadaniowo, może pomóc właśnie taka wewnętrzna gra w zbieranie punktów. To oczywiście jest tylko porównanie, z którego sami się śmiejemy, np. czując nadchodzącą sprzeczkę rzucam czasem niby groźnie: „oj bo polecą ujemne punkty!”, ale gra jest warta świeczki.

Są takie miesiące, że cały nasz domowy chaos jest tylko na mojej głowie i choć jest mi wtedy bardzo trudno, wiem, że nie wynika to z wygody czy lenistwa mojego męża, tylko z tego że haruje jak wół i robi to dla nas. Wraca późno, czasem w nocy, więc nie daje rady jeszcze po powrocie wstawić zmywarki. Ale wiem o tym, rozumiem to dlatego, że w „normalnych” warunkach (czyli wtedy gdy „nie pada na twarz” już w windzie), angażuje się we wszystkie nazwijmy to upraszczając domowe aktywności. Więc jeśli nie jest to stan wyjątkowy, a ta nasza zwykła codzienność, to zupełną podstawą jest zbieranie punktów w domu, a nie tylko w pracy.

Ale uwaga, jeśli już wdrożyłeś podstawowe zasady, musisz wiedzieć, że istnieje też wyższy poziom tej zabawy, dla zaawansowanych. To wyzwanie dla twardzieli, bo jego reguły są bardzo wymagające. Ten wariant gry polega na tym, że nawet gdy trwa właśnie stan wyjątkowy, gdy wracasz nocą zestresowany i naprawdę okropnie zaharowany, to właśnie wtedy wstawiasz tę zmywarkę lub wstajesz w sobotę rano do dzieci (i jeszcze dodatkowo premiowany bonus: przynosisz żonie śniadanie do łóżka!).

Gdy mój mąż mimo zmęczenia przeznacza najcenniejszą porę dnia, którą nazywamy „gdy dzieci już śpią” na to, by odgruzować zlew, jest mi go nawet trochę żal. „Kotek, nie musiałeś, ja to jutro powoli ogarnę” proponuję i słyszę w odpowiedzi „wiem, że nie musiałem, ale chciałem żeby Ci było trochę lżej”.

Totalnie zalewa mnie wtedy wdzięczność. Gdy wiedział, że nie będzie w stanie mi pomóc wysprzątać mieszkania przed Wielkanocą, umówił panią do sprzątania i mycia okien. W środy stara się wyjść z pracy wcześniej i dać mi możliwość wyjścia z domu samej. Czasem się udaje, czasem nie, ale już samo to staranie sprawia cuda.

Wysyła sygnał: troszczę się o Ciebie, wiem że to, co dla nas robisz to ciężka praca i potrzebujesz odpoczynku. Czuję wtedy, że jestem dla niego priorytetem i po prostu czuję się kochana. Wtedy też dużo łatwiej jest mi zrozumieć jego potrzebę spędzenia czasu poza domem, gdy czuję się przez niego zadbana, to nawet chcę, by wychodził „do ludzi”. Przecież do domu wraca wtedy „lepszy” mąż: zainspirowany jakąś rozmową z kumplem, zrelaksowany wysiłkiem na basenie czy pozytywnie nabuzowany kibicowaniem na meczu. Oboje potrzebujemy oderwania od pracy czy domu, zamknięcie w tej podstawowej chociaż licznej, ale jednak wciąż tej samej drużynie, nikomu nie służy dobrze.

Jeśli więc chcesz od czasu do czasu iść na piwo z kumplami lub sam na ryby bez słuchania wyrzutów Twej drugiej połowy, może rozejrzyj się po domu i sam zgadnij, co jest jeszcze do zrobienia (nawet gdy wydaje się że nic, to tylko złudzenie, kobieta wie, że zawsze jest jeszcze coś ;)) i spróbuj zbierać te punkty. Przełożą się nie tylko na Twoje udane wyjście, ale w ogóle na Waszą relację – gwarantuję lepszą atmosferę w domu i więcej życzliwości między Wami.

Decyzja o dołączeniu do pakietu lojalnościowego może zmienić małżeństwo, bo w zdrowej relacji dar rodzi dar, poświęcenie rodzi poświęcenie, a te z kolei owocują wdzięcznością. Także nagroda Cię nie ominie.

Ten artykuł jest otagowany:
małżeństworodzinapomocżonamąż
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail