Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Włodzimierz Matuszak o „Plebanii”: To było 11 lat mojego życia! [wywiad]

Archiwum prywatne
Udostępnij

„Kiedy przyjechaliśmy na zdjęcia, wyszedłem ucharakteryzowany w sutannie i koloratce, podszedł do nas gospodarz, około 80-letni człowiek i pocałował mnie w rękę. Cała ekipa zamarła” – wspomina Włodzimierz Matuszak.

Wiernym zależało na tym, aby proboszcz „nie stał na koturnach”, nie był ponad nimi. Aby – jak papież – wyszedł z papamobile i podszedł do zwykłego człowieka, pobłogosławił mu. Taki był właśnie proboszcz z Krasiczyna, z serialowej „Plebanii” – opowiada Włodzimierz Matuszak.

 

Jolanta Tokarczyk: „Plebania” to jeden z seriali, które przyciągały widzów przed ekrany telewizorów przez długie lata. Wcześniej przyzwyczajały nas do tego seriale „W labiryncie” i „Klan”. Jak zaczęła się Twoja przygoda z „Plebanią”?

Włodzimierz Matuszak: W 2000 roku zostałem zaproszony na zdjęcia próbne. Po pierwszym spotkaniu zapanowała dość długa cisza, później zaproszono mnie na drugie spotkanie i kolejne już z partnerami, którzy również mieliby zagrać w serialu. Przyjeżdżałem do Warszawy trzy-czterokrotnie, aż zapadła decyzja o moim udziale w tej produkcji.

 

Włodzimierz Matuszak w „Plebanii” – jak to się zaczęło?

Czy od razu producenci widzieli Cię w roli proboszcza, czy casting odbywał się również do innych ról?

Od razu zaproponowano mi rolę proboszcza. Początkowo byłem jednak trochę sceptyczny. Powiedziałem, że zanim podejmę decyzję, chciałbym przeczytać scenariusz. Otrzymałem scenariusze bodajże trzech odcinków i przekonałem się, że są interesujące. I tak się zaczęło.

Jakie uczucia towarzyszyły Ci przez ponad dekadę, kiedy grałeś tę rolę?

W serialu grałem przez jedenaście lat, ale wszystko zaczęło się od scenariusza. Jeśli scenariusz jest interesujący, aktor nie ma specjalnych oporów, aby wchodzić w swoją rolę, nawet jeśli praca ma potrwać długo. A tamte scenariusze były ciekawe. Nie kręciliśmy telenoweli z udziałem „gadających głów”, lecz wszystkie historie, które zostały tam opowiedziane, były wzięte z życia. Czasami były one niewiarygodne, a jednak prawdziwe. Scenarzyści inspirowali się reportażami, jakie emitowano na antenie lubelskiego radia, a które nawiązywały do wydarzeń z tamtych stron. Przenoszono je później na ekran.

Czy początkowe zainteresowanie nie ustępowało miejsca znudzeniu, a nawet zniechęceniu?

Po kilku latach grania tej samej postaci zastanawiałem się, czy nie zrezygnować, zwłaszcza że w tym czasie nie dostawałem innych propozycji aktorskich. Czułem lekkie zniechęcenie i zmęczenie, ale producent wyprowadzał mnie z tego stanu. Obawiałem się jednak, że jeśli dłużej pogram w „Plebanii”, będę miał problemy z zagraniem innych ról. Po zakończeniu pracy przy serialu moje przewidywania częściowo się sprawdziły.

 

Najpopularniejszy proboszcz w Polsce

Czy zaproponowano Ci jeszcze kiedyś podobną rolę?

Tak, po wielu latach od zakończenia zdjęć do „Plebanii” dostałem propozycję zagrania w „Pierwszej miłości”, również rolę proboszcza. Natomiast po około trzech-czterech latach od czasu rozpoczęcia pracy przy „Plebanii” otrzymałem propozycję współpracy przy dokumencie kręconym przez BBC i to była pewna odskocznia od serialu. Poczułem się lepiej. Były też drobniejsze propozycje, ale w umowie miałem zapis, że nie mogę przyjąć głównej roli w żadnym innym serialu. Kiedy po jedenastu latach skończyliśmy pracę, przez dwa lata telefon milczał. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim przyszły kolejne propozycje. Serial bardzo mocno utkwił nie tylko w pamięci widzów, ale i tych, którzy decydują o angażowaniu aktorów.

Czy podejmując pracę przy „Plebanii” podejrzewałeś, że tak długo ona potrwa?

Nie, co roku wszyscy odnawialiśmy umowy i na pytanie, jak długo to jeszcze potrwa słyszeliśmy, że może jeszcze przez następny rok. Tak było przez jedenaście lat.

To znaczy, że widzowie pokochali ten serial, bo gdyby nie było widowni, nie byłoby też „Plebanii”.

Serial miał ogromną rzeszę zwolenników, ale też sporą grupę przeciwników. Spotykaliśmy się z różnymi ludźmi i niektórzy mówili: „Ja myślałem, że to będzie typowo kościelny serial, dotyczący tylko wiary i tego, co się dzieje w środowisku kapłanów”. Kiedy obejrzeli kilka odcinków, przekonywali się, że serial mówi o zwykłym życiu. Bardzo trzymaliśmy się kalendarza, dlatego kiedy danego dnia wypadała Wigilia, my na ekranie też ją obchodziliśmy. Jeśli w rzeczywistości był na przykład poniedziałek, u nas też był filmowy poniedziałek. „Plebania” to jeden z nielicznych seriali, tak bardzo aktualnych, dlatego widz miał wrażenie, że to co ogląda, dzieje się właśnie dzisiaj. Popularność była ogromna i niespodziewana. Producent ostrzegał mnie, że będę musiał zapuścić brodę i zakładać ciemne okulary, ponieważ nie przejdę spokojnie ulicą. I rzeczywiście tak było.

Jeśli nie widzisz wideo kliknij TUTAJ

 

Serial o normalnych księżach

Statystyki podają, że dominująca część polskiego społeczeństwa to katolicy. Czy z punktu widzenia Twojej pracy było to pomocą czy przeszkodą? Czy obawiałeś się, że widzowie będą krytykować ewentualne potknięcia, czy raczej nie myśleliście w ten sposób?

Nie myśleliśmy w ten sposób, natomiast przekonaliśmy się, że serial zrobił „dobrą robotę”. Ludziom potrzebny był tego typu serial i taki kapłan, który „normalnie” z nimi rozmawiał. Czasami na spotkaniach z widzami dowiadywaliśmy się, że nie mają takiego księdza w parafii, a bardzo chcieliby mieć… Księża z kolei wspominali, że jeśli nie mogli obejrzeć jakiegoś odcinka, prosili kogoś z najbliższego otoczenia, aby go nagrać. Serial prezentował nieco inne spojrzenie na kościół. Ludzie mieli różne doświadczenia, a my poruszaliśmy również tematy, o których rzadko mówiło się w parafiach. Mieliśmy nawet odcinek o spadku powołań kapłańskich. W tej różnorodności wątków tkwiła siła produkcji.

Jak przygotowywałeś się do wykonywania swoich filmowych obowiązków?

Przygotowania zaczęły się dużo wcześniej, zanim zaczęliśmy nagrywać pierwsze odcinki. Kiedy zdecydowano, że to właśnie ja będę grał rolę proboszcza Antoniego, produkcja zorganizowała wyjazd do Krasiczyna, do proboszcza Stanisława Bartmińskiego, który był stałym konsultantem serialu, a nawet pomysłodawcą niektórych wątków. Pojechałem więc w Bieszczady i przez tydzień mieszkałem w wikarówce. Moje zadanie polegało na tym, aby dużo rozmawiać, a jeszcze więcej obserwować. Obserwowałem przygotowanie do odprawiania mszy św., byłem obok, kiedy proboszcz rozmawiał ze swoimi wiernymi. Starałem się zwracać uwagę na pewne rzeczy, które są typowe dla księdza.

Jakie to rzeczy „typowe dla księdza”?

Z naszych spotkań z widzami wyłaniał się wizerunek człowieka, który przede wszystkim stoi przy ołtarzu, a rzadziej po prostu rozmawia z ludźmi. Wiernym zależało zaś na tym, aby proboszcz „nie stał na koturnach”, nie był ponad nimi. Aby – jak papież – wyszedł ze swojego papamobile i podszedł do zwykłego człowieka, pobłogosławił mu. Taki był właśnie proboszcz z Krasiczyna. Kiedy kończyła się msza on wychodził przed ołtarz, podchodził do ławek i mówił na przykład: „Co tam słychać pani Ciesielska, pamiętam, że miała pani ostatnio jakieś problemy”… Ksiądz proboszcz zasłynął z tego, że wraz ze swoimi parafianami odnowił zaniedbany żydowski cmentarz. Przekonał ludzi, żeby zebrali macewy, którymi była wybrukowana droga jeszcze za czasów niemieckich i wspólnie zrobili coś dobrego. Nie wszystkim się to podobało, ale takie wątki również przenieśliśmy do serialu.

 

Ciepło wspominam kręcenie u ks. Drozdowicza

Czy w pracy na planie pomagali konsultanci?

Zawsze mieliśmy konsultantów, jeśli nie ksiądz Bartmiński to inny proboszcz czy wikary obecny był w czasie zdjęć w kościele, więc filmowanie obrzędów nie stanowiło problemu. Szukałem natomiast wnętrza, aby zbudować wiarygodną postać. Taką, by widzowie uznali proboszcza Antoniego za swojego człowieka, który nie oddala się od nich, ale jest niemal na każde zawołanie. Pracując w serialu przekonałem się, że ludzie przychodzą do księży z różnymi sprawami i czasami może być to męczące. Naszego proboszcza wyposażaliśmy przede wszystkim w atrybuty dobra, bo tego najbardziej ludziom brakowało.

Który odcinek, sekwencja najbardziej zapadły Ci w pamięć?

Często rozmawiałem ze scenarzystką i w czasie jednego ze spotkań wpadłem na pomysł, że dobrze byłoby, gdyby filmowy proboszcz Antoni wsiadł na konia. Należało jednak jakoś to uzasadnić, bo przecież nie sygnalizowaliśmy wcześniej, że ma takie hobby. Nastąpiło długie milczenie, aż któregoś dnia dostałem scenariusz. Scenarzysta wpadł na świetny pomysł – proboszcz Antoni wyjechał do sąsiedniej parafii do jakiegoś księdza, który zasłabł. Jechał samochodem, a że jako przykładny kapłan miał jedynie starego poloneza, w tzw. szczerym polu samochód się zepsuł. Na szczęście nadjechała dwójka turystów na koniach i oni poratowali go w trudnej filmowej sytuacji, pożyczając swoje wierzchowce. Było to świetne zadanie aktorskie, które wspominam do dzisiaj.

Gdzie kręcono filmową plebanię?

Kuchnię zbudowaliśmy na hali zdjęciowej, natomiast zdjęcia w kościołach przez wiele lat były kręcone w wiejskim kościółku w Okuniewie za Sulejówkiem. Kiedy akcja serialu przeniesiona została do miasta (filmowy proboszcz został skierowany do innej parafii), zdjęcia kręciliśmy w kościele na Bielanach u księdza Drozdowicza. Wspominam ten czas z ogromną sympatią!

Czy w serialu grali również miejscowi?

Tak, przez wiele lat w „Plebanii” grali mieszkańcy Okuniewa. Nakręciliśmy wiele odcinków z ich udziałem podczas mszy św. i uroczystości, na przykład procesji Bożego Ciała.

 

„Na pewno nigdy nie był pan księdzem?”

W takich okolicznościach zapewne nieraz widzowie mylili aktora z filmową postacią…

Tak było przez cały czas emisji serialu i utrzymuje się do dzisiaj. Kilka dni temu na dworcu we Wrocławiu zaczepił mnie młody, około dwudziestoletni chłopak. „Czy Pan jest aktorem?” – zapytał. „No tak” – odpowiedziałem, ale młody człowiek ciągnął dalej: „No i na pewno nie był pan księdzem”? „No nie, nie byłem” – odpowiedziałem patrzącemu na mnie z niedowierzaniem młodzieńcowi. W czasie zdjęć mieliśmy jeszcze inny przypadek. Jeden z odcinków miał być kręcony w starym gospodarstwie rolnym. Realizowaliśmy wtedy zdjęcia na podstawie prawdziwej historii, szeroko zresztą komentowanej w mediach. Okazało się mianowicie, że dzieci zataiły przed urzędnikami śmierć jednego z rodziców, aby dalej pobierać ich emeryturę. Kiedy przyjechaliśmy na zdjęcia, a ja wyszedłem ucharakteryzowany w sutannie i koloratce, podszedł do nas gospodarz, około 80-letni człowiek i pocałował mnie w rękę. Cała ekipa zamarła w oczekiwaniu, nikt nie wiedział jak się zachować. Czy powiedzieć, że jestem tylko aktorem i gram w serialu? Ostatecznie jednak nie komentowaliśmy tego i nikt przy starszym człowieku nie zwracał się do mnie po imieniu. Uznaliśmy, że może tak będzie lepiej, choć w takich sytuacjach nie wiadomo, co jest lepsze.

Od zakończenia zdjęć do serialu minęło siedem lat, ale wciąż bardzo ciepło mówisz o swojej postaci…

To było jedenaście lat mojego życia. Tworzyliśmy prawdziwą rodzinę, na planie panowała dobra atmosfera, a jeśli pracujesz z kimś tak długo i wszystko się układa, to dostrzegasz głównie pozytywy, nawet jeśli człowiek jest zmęczony i czasami ma dość. Jednym z największych pozytywów tej pracy był inspirowany życiem scenariusz. Chciałbym się kiedyś dowiedzieć, co spowodowało, że „Plebania” zeszła z anteny. Oglądalność była wysoka, udziały reklamodawców również, ale wszystko ma swoją przyczynę…

Co dał Ci udział w serialu?

Ogromne doświadczenie, mimo że przez cały czas grałem tylko jedną postać. W każdej postaci szuka się jednak całego wachlarza emocji. Ta praca dała mi również duże obycie z kamerą. Pierwsze lata po zakończeniu serialu były jednak trudne, nie dostawałem propozycji. Potem pojawiły się propozycje udziału w widowiskach telewizyjnych, ale nie było to stricte aktorskie zadanie, do czasu aż dostałem rolę w filmie „Git”. Grałem tam więźnia, takiego mąciciela w więzieniu w Łęczycy. Pamiętam, jak w czasie zdjęć koledzy z ekipy przynieśli miejscową gazetę, w której widniał ogromny tytuł „Ksiądz z Plebanii trafił do więzienia”. I moje zdjęcie w celi. Dopiero pod spodem było wyjaśnione, że to tylko film.

Co jeszcze raz potwierdza opinię, że aktorstwo i życie dzieli tylko cieniutka linia…

To właśnie fenomen telewizji, która daje popularność. Kino, choć bardziej prestiżowe – daje tę popularność w mniejszym stopniu, ale mimo to każdy aktor chciałby grać w fabułach. Prawda jest jednak taka, że zazwyczaj gramy tam, gdzie możemy i tam, gdzie nas chcą. I na tym również polega urok naszej pracy!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail