Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Mów do mnie pięknie w sieci

Shutterstock
Udostępnij

Piszę ten felieton przy kawie i tiramisu (ekstremalne kofeinowe połączenie), być może dlatego, że zamierzam opisać gorzką rzeczywistość. Rzeczywistość bycia w sieci, mówienia do siebie przez „internety”, cichych oklasków, krytykowania się daleko, daleko, daleko od horyzontu oczu.

Były sobie dwa królestwa

Żyję w dwóch królestwach. Pierwsze to moje życie – rodzina, ludzie, dla których jestem ważna i którzy są dla mnie ważni, pasje, odkrycia, drzewa, zwierzęta, muzyka, książki, wzruszenia, bliskość ciała i duszy, wegetariańskie jedzenie, modlitwy serca i praca.

Praca otwiera przede mną drugie królestwo, to wirtualne, spoglądające na mnie przez ekran laptopa i telefonu.

W tym świecie istnieją ludzie, którzy piszą o swoich radościach i kryzysach, o prawdach, ciuchach, zainteresowaniach, dzieciach, psach, kotach, statkach kosmicznych i najnowszych trendach w sztuce.

W tym świecie toczą się białe wojny, rozlewa się niewidzialną krew, dotyka się ran. Do granic abstraktu.

 

Historia „wrr”

Przyznam, że nie jestem specjalistką od rozmawiania w sieci. Po pierwsze, nie wiedziałam, że „wrr” kliknięte moją własną, osobistą ręką pod postem mojej koleżanki może sprawić jej przykrość.

Wstawiłam „wrr” i poszłam robić obiad. Zostawiłam ją z moją złością, niezgodą. Moja złość, niezgoda weszły do jej obiadu. Mój był spokojny, beztroski. Jej – być może – niekoniecznie.

Pomyślałam przez chwilę: „Matko, to tylko internet”. Tanią wymówką chciałam zakryć wstyd i niezbyt wygodne uczucie, że oto właśnie zrobiłam z siebie idiotkę, i – żeby było jasne – nie z powodu różnicy zdań między mną a moją koleżanką. Nie zgadzać się z sobą jest rzeczą ludzką.

Mój problem polegał na tym, że założyłam, iż człowiek, którego skarciłam, inaczej przeżywa złość w codzienności, a inaczej w sieci. Otóż nie. „Wrr” wszędzie smakuje tak samo. W sieci nawet bardziej gorzko, bo nie możesz spojrzeć drugiej osobie w oczy, zobaczyć w nich jego historię, lęk, potrzebę bycia przyjętym. Nie możesz uczepić się tego.

 

Internetowy pojazd

Kilka tygodni później sytuacja się odwróciła. To ja stałam się obiektem niezbyt przyjaznych westchnień. Ludzie – nieznani mi lub znani – w mniej lub bardziej bezpośredni sposób odnosili się do tego, co piszę, czuję, myślę.

Przejechała przeze mnie cała masa interpretacji. Wywrócono moje intencje na drugą stronę. Próbowano mnie zdeprecjonować, wskazując na moją płeć, wiek, zbyt wrażliwe usposobienie. Stałam się punktem odbicia. I pobicia.

Pierwszy raz w życiu doświadczyłam najboleśniejszego internetowego syndromu – rozmytych granic pomiędzy „ja” a „Ty”. Chłopak, który nigdy osobiście mnie nie poznał, wygłaszał w moją stronę pełne politowania sądy. Moja bliska koleżanka, z którą od pewnego czasu nie miałyśmy sposobności spotkać się na kawie, znalazła czas, aby trzykrotnie zalajkować deprecjonujące mnie posty. Pewna kobieta przywoływała w rozmowie moich rodziców, daleko przekraczając granicę mojej prywatności.

Gdy niektórzy mówili: „Olej to, tak wygląda pisanie z sobą na Facebooku”, ja zadałam sobie proste pytanie: „Czy naprawdę nie mogę nic z tym zrobić?”.

Wiem, że istnieje w sieci wiele profili, do złudzenia przypominających alternatywną rzeczywistość, świat odwrócony z serialu Stranger Things. W tych miejscach ludzie piszą sobie rzeczy, których nie wypowiedzieliby w realu. Nigdy. Nawet po pięciu setkach.

Tym bardziej poczułam to, jak bardzo potrzebujemy przebudzenia. Jak daleko zapędziliśmy się w sposobie wygłaszania swoich racji, uczuć, zdań. Internet nie oddalił nas od siebie. On po prostu dał nam złudzenie, że ludzie po drugiej stronie nic nie czują. Że pociski jakimś magicznym sposobem, omijają ich serca. Że słowa nie mają mocy.

Postanowiłam, że skoro wyeksponowałam w sieci własne miejsce – rzecz działa się na moim fanpage’u – skoro to moje „małe królestwo”, oznacza to, że mam sprawczość w budowaniu go według tego, jak czuję. Na moich warunkach.

 

Jak do siebie mówić

Tak powstały moje cztery prywatne wskazówki internetowego mówienia do siebie. Pięknego. Chciałabym się nimi z wami podzielić.

  1. Zanim napiszesz pierwsze słowo swojego komentarza, wyobraź sobie człowieka, do którego kierujesz swoje słowa.
  2. Wyobraź sobie, że ta osoba siedzi naprzeciwko ciebie. Stwórz taki komunikat, jaki mogłabyś – bez wstydu – skierować do niej w osobistej rozmowie.
  3. Jeśli sytuacja jest krytyczna, miotają tobą uczucia i nie masz w sobie przestrzeni, aby zdobyć się na spokojny komentarz, wyobraź sobie, że ta osoba trzyma na kolanach swoje dziecko. Nie mów do niej. Mów do jej dziecka.
  4. Pamiętaj, że ty oraz każdy inny człowiek, którego spotykasz w internecie, posiada swoją historię i doświadczenia. Jeśli jego komentarz jest obraźliwy – skasuj go. Jeśli widzisz, że ktoś się zapędza – przypomnij mu o swoich granicach i poproś, aby ich nie przekraczał. Bądź odważna. Bądź klarowna. Bądź ludzka. Pozwól innym na ich zdanie. Przyjmuj ich w otwartości głowy i serca. Mów do innych pięknie, zwłaszcza w internecie.

Czytaj także: Kultura hejtu – czy można się przed tym uchronić?

Czytaj także: Jak traktować hejt? Zobacz 4 mądre lekcje YouTuberów

Czytaj także: Jak radzić sobie z własną złością i trudnymi emocjami, żeby nie okazać się hejterem?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail