Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
„Nawet jeśli w całym naszym małżeńskim życiu uratujemy tylko siedem osób – to już jest ogromnie ważne. Potrzebujemy ciebie!” – mówi April. I pokazuje, jak wygląda Kościół budowany przez zwykłych ludz.
Domowy Kościół jak łódź ratunkowa
W 1940 roku, gdy ponad 300 tysięcy alianckich żołnierzy zostało uwięzionych w Dunkierce, wielkie okręty nie mogły ich uratować. Wtedy wypłynęła flotylla małych, prywatnych łodzi – zwykłych ludzi, którzy zrobili to, co mogli. Właśnie tę historię przywołuje ojciec José Noriega, kapłan Wspólnoty Uczniów Serc Jezusa i Maryi, by opisać sytuację Kościoła dzisiaj.
„Każdy dom jest jak taka mała łódź z Dunkierki” – mówi. Wielkie instytucje kościelne są dziś osłabione: atakowane ustawami, marginalizowane przez kulturę, czasem nawet podkopywane przez własnych członków. Ale domowy Kościół, jakim jest każda wierna rodzina, nadal ma moc – łaskę, która może ratować dusze.
April, żona i matka z Kansas, przyjęła tę metaforę do serca. Na sympozjum „Transforming Culture” w Benedictine College opowiedziała, jak wygląda ten ratunek w praktyce.

Miasto łodzi ratunkowych
„Chcecie wiedzieć, jak wygląda Dunkierka w Atchison, Kansas?” – pyta z uśmiechem. Zna moc parafii, bo sama przygotowuje młodych do bierzmowania, ale wie, że prawdziwa przemiana dokonuje się też w domach.
Zaczęło się od tego, że Cathe Sienkiewicz zobaczyła bezdomnego śpiącego pod mostem. Jak opowiedział jej mąż, Jeremy, „nie mogła dłużej żyć po chrześcijańsku i nic z tym nie robić”. Tak narodziły się comiesięczne kolacje w salce parafialnej – z jedzeniem, rozmową i wspólnym śpiewem prowadzonym przez dziecięco-rodzicielski zespół muzyczny.
Inna inicjatywa – „Sleep in Heavenly Peace” – stawia dzieciom łóżka. Ich motto: „W naszym mieście żadne dziecko nie śpi na podłodze”. Inżynier Patrick O’Malley z Benedictine College mówi, że jego dzieci od początku brały udział w montażu tych łóżek razem z rodzinami, które je otrzymywały. „Duch służby wszedł w naszą tożsamość jako rodziny. To formujące doświadczenie”.
Efekt? Dzięki zaangażowaniu studentów i rodzin powstało już 1 350 łóżek.

Małe łodzie, wielka siła
April przypomina, że najmniejsza łódź Dunkierki – Tamzine – miała zaledwie 12 stóp długości. „Nawet jeśli uratujemy tylko siedem osób przez całe nasze życie – to coś wielkiego” – mówi. „Potrzebujemy was!”.
Wspomina o ojcu, który codziennie odmawia jutrznię z Liturgii Godzin. Najpierw zaprosił swoich synów, potem ich kolegów. Teraz chłopcy przychodzą rano rowerami, pieszo – a po modlitwie idą na mszę świętą. Towarzyszy im brat Maksymilian z opactwa św. Benedykta i… klasztorny pies Pambo.
Są też inne „łodzie”: chłopięce przejażdżki rowerowe kończące się poranną mszą, nieformalna grupa „Rycerzy św. Benedykta”, spotkania dziewcząt w prywatnym domu, „łańcuchy obiadowe”, skrzynki z pieluchami i domowym jedzeniem, wspólne spotkania kobiet i mężczyzn.
„Każdy domowy Kościół może być taką łodzią Dunkierki!” – zachęca April. „Znajdźmy sposób, by wypłynąć. Czasem wystarczy po prostu zaprosić kogoś do tego, co i tak już robimy”.
Zostań częścią floty
Historia Dunkierki to nie tylko opowieść o odwadze i strategii. To przypomnienie, że wielkie rzeczy zaczynają się od małych kroków. Że nie potrzeba nam wielkich programów i funduszy, by ratować ludzkie dusze – wystarczy serce gotowe służyć, dom otwarty na drugiego człowieka i odrobina odwagi, by zrobić to, co możliwe.
„Jeśli staniemy się flotyllą małych łodzi, które pomagają sobie nawzajem, możemy naprawdę dużo zdziałać” – mówi April.
I może to jest właśnie obraz Kościoła, który potrzebujemy dziś zobaczyć: nie twierdzy, ale wspólnoty łodzi, które nie boją się wypłynąć, bo wiedzą, że w ich centrum jest Chrystus – Ten, który śpi w łodzi, ale nigdy nie pozwala jej zatonąć.
