Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Nigdy się nie poddawaj, czyli dwie inspirujące historie olimpijskie

Udostępnij

Trwają igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Jest to dobry moment, aby przypomnieć dwa wydarzenia, które stały się symbolami zmagań: zarówno sportowych, jak i życiowych.

Zrobimy to razem

Dla wielu kibiców jedną z najlepszych imprez sportowych w historii były igrzyska olimpijskie w Barcelonie z 1992 roku. Dla polskich fanów sportu jest to związane głównie ze srebrnym medalem naszych piłkarzy.

Dodatkowo piękno sportu pokazała tam drużyna koszykarzy USA, która do dziś nazywana jest „Drużyną marzeń”. Właśnie wtedy po raz pierwszy zagrali wspólnie wielcy rywale z amerykańskich parkietów, tj. Michael Jordan, Magic Johnson czy Larry Bird.

Jednak najważniejszym wydarzeniem podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie nie był ani występ amerykańskich koszykarzy, ani polskich piłkarzy. Serca kibiców skradł brytyjski biegacz krótkodystansowy Derek Redmond. Brytyjski sprinter był jednym z faworytów do medalu w biegu na 400 metrów.

Gdy sędzia dał sygnał do startu, perfekcyjnie przygotowany zawodnik ruszył ile tylko sił. Zdeterminowany, biegł po złoto. Jednak marzenia zostały przerwane 250 metrów przed metą półfinałowego wyścigu, w momencie, gdy sprinter odniósł bolesną kontuzję. Gdy poczuł ból, przyklękną tylko ze łzami w oczach. Był świadomy, że marzenia i życiowy cel nie zostaną zrealizowane.

Jednak to nie koniec historii. Ona dopiero się zaczyna. Właśnie wtedy biegacz postanowił, że dokończy wyścig. I choć nie zdobędzie medalu, to jednak minie linię mety. Utykając – a właściwie skacząc na jednej nodze – zaczął biec w kierunku mety. Co więcej, przez ochronę przedarł się jego ojciec.

– Nie musisz tego robić – powiedział ojciec do cierpiącego syna.
– Muszę – odpowiedział stanowczo.
– Więc skończymy ten wyścig razem.

Było to jedno z najwspanialszych wydarzeń, które do dzisiaj służy do motywowania w pokonywaniu życiowych trudności.

Do utraty sił

Druga historia również wydarzyła się na trasie biegu. Jest jednak kilka różnic: były to igrzyska olimpijskie w Los Angeles z 1984 roku, był to maraton, a bohaterką była kobieta.

Gabriela Andersen-Schiess, bo o niej mowa, również starała się ukończyć bieg. Choć była świadoma, że nie ma szans na dobry wynik, to jednak do utraty sił walczyła, aby dotrzeć do mety. I tu jest klucz: „do utraty sił”. Zgromadzony na trybunach tłum obserwował ledwo idącą zawodniczkę, która wyglądała jakby jedynie sekundy dzieliły ją od bezwładnego upadku na bieżnię.

Gabriela Andersen-Schiess zdawała się być samotna niczym bohater książki Alana Sillitoe „Samotność długodystansowca”. Jednak tylko do czasu. Wsparcia udzielili jej kibice, którzy nie szczędzili gardeł i oklasków, tak aby wspierać zawodniczkę w pokonywaniu kolejnych metrów.

Sportsmenka wspomina po latach, że na ostatnich metrach dosłownie nie czuła nóg. Ale miała świadomość, że to pewnie jej ostatnie igrzyska i nie chciała tak kończyć kariery. A gdy usłyszała wsparcie trybun, postanowiła iść, dopóki nie padnie.

Co mówią nam te historie? Na pewno pokazują piękno sportu. Ale to nie wszystko – przede wszystkim podkreślają, jak istotne jest wsparcie innych, zarówno w sporcie, jak i w życiu.

https://www.youtube.com/watch?v=lBasZWjd92k

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail