Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Na starość trzeba się wyrzec marzeń z młodości?

Udostępnij

Para australijskich 70-latków sprzedała dom i wyjechała do Rzymu, by pracować jako wolontariusze podczas obchodów Roku Miłosierdzia.

Kto by pomyślał, że w wieku 70 lat można przeżyć życiową rewolucję? I to na własne życzenie! A tak stało się w przypadku Barbary i Philipa z Australii, których życie wywróciło się do góry nogami. Zresztą, za ich zgodą. Nie chcąc dłużej oszukiwać samych siebie, pewnego dnia wzięli głęboki oddech, sprzedali dom i samochód, rozdali potrzebującym meble i ubrania, i przeprowadzili się do Rzymu.

„Dzięki temu, że zdecydowaliśmy się pójść za głosem serca, codziennie odkrywamy, jak cudowną rzeczą jest życie w prostocie i cieszenie się każdą chwilą. To jak przeżyć drugą, albo i trzecią młodość!” – mówią.

Pracują jako wolontariusze obchodów Roku Jubileuszowego. Służą pomocą i wskazówką pielgrzymom z całego świata wędrującym jubileuszowym szlakiem od Castel Sant’Angelo do Drzwi Świętych Bazyliki Świętego Piotra.

„To wspaniałe uczucie, kiedy po tylu latach pracy, za którą otrzymywało się wynagrodzenie, można wreszcie spełnić potrzebę serca i zrobić coś dla innych, nie myśląc o pieniądzach” – mówi Barbara.

Teraz albo nigdy

Para Australijczyków cieszy się, że są „pierwszą twarzą” Kościoła, jaką widzą utrudzeni pielgrzymi przybywający do Rzymu. „To, że możemy pomagać innym ludziom, to dla nas autentyczny przywilej” – cieszy się Philip. „Każdy powinien pomagać drugiemu człowiekowi, jeżeli tylko ma taką możliwość. Do tego wzywa Ojciec Święty, kiedy apeluje, by okazywać przyjaźń i szacunek bliźniemu, bez względu na wyznawaną przez niego wiarę. To staramy się robić” – zapewnia.

Krewni i przyjaciele Barbary i Philipa nie kryli zaskoczenia ich decyzją. Byli również tacy, którzy otwarcie mówili, że są z nich dumni. „Niektórzy mówili, że chyba zwariowaliśmy, że powinniśmy robić rzeczy, które przystoi robić ludziom w naszym wieku. Ale nasza córka jest z nas bardzo dumna, podobnie wnuczęta” – mówią.

Decyzja o wyjeździe do Rzymu dojrzewała w nich od dawna. „Mając za sobą 50 lat udanego małżeństwa i zbliżając się do 70., pomyśleliśmy, że skoro wciąż jeszcze dopisuje nam zdrowie, warto wreszcie zaznać w życiu czegoś nowego. Spełnić nasze marzenie jeszcze z czasów młodości o tym, aby do Włoch, które tak bardzo kochamy, a zwłaszcza do Rzymu, wrócić na dłużej. Kiedy Ojciec Święty ogłosił rok 2016 Rokiem Miłosierdzia, od razu powiedzieliśmy sobie teraz, albo nigdy!” – mówią zgodnie.

Nic więcej nie trzeba

W Australii Philip i Barbara wiedli ustabilizowane życie. Z czasem poczuli, że nie potrzebują tego wszystkiego do szczęścia. „Chcieliśmy żyć prościej, w głębi duszy zawsze o tym marzyliśmy. Uznaliśmy, że nie musimy mieszkać w domu z trzema sypialniami, że poszukamy czegoś skromniejszego. Kiedy pojawiła się perspektywa wyjazdu do Rzymu, postanowiliśmy pójść za ciosem i pozbyć się dosłownie wszystkiego. Chcieliśmy przyjechać do Włoch wolni od trosk materialnych i stresu” – wyjaśnia Philip.

„Przyjechaliśmy do Włoch z dwiema walizkami. Wynajęliśmy skromne mieszkanko nieopodal Placu św. Piotra. Odkryliśmy, jak wiele rzeczy, bez których nie wyobrażaliśmy sobie życia, nie jest nam potrzebnych. Do szczęścia i spełniania nie potrzeba nam dwóch telewizorów, samochodów. Postanowiliśmy, że po powrocie do Australii będziemy starali się tak żyć. Prostota jest tym, czego potrzebujemy, aby być szczęśliwymi” – uzupełnia Barbara.

Para Australijczyków bardzo ceni przyjaźnie, jakie udało im się nawiązać z innymi wolontariuszami. „Nie zdajemy sobie sprawy, że jedynym, czego potrzebujemy do pełni szczęścia nie jest ilość, lecz jakość. A na jakość życia składają się ponadczasowe wartości takie jak miłość czy przyjaźń. W Rzymie to znaleźliśmy” – przekonuje Philip.

Bajka o Franciszku

Choć sympatyczni staruszkowie pracują już od 10 miesięcy, wprost nie mogą się doczekać, kiedy w grafiku wypadnie im następny dyżur. Gdy nadchodzi upragniony dzień, z samego rana zakładają żółte kamizelki i z entuzjazmem ruszają pełnić misję na pielgrzymkowym szlaku.

Do zadań „złotych jubilatów z krainy kangurów”, jak serdecznie nazywają Barbarę i Philipa inni wolontariusze, należy witanie pielgrzymów, rozdawanie materiałów informacyjnych oraz udzielanie wskazówek. Kiedy nie dyżurują, wyruszają na turystyczno-kulturalny podbój Rzymu. Tym bardziej, że jak sami twierdzą: „Rzym to nie tylko wieczne miasto, ale i miasto nieskończonej ilości tajemnic. Podczas każdej wędrówki odkrywamy tu coś nowego, coś fascynującego, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia”.

„Kiedy natrafiamy na szczególnie urokliwy zakątek czy zapierający dech w piersiach widok, nie robimy zdjęć. W odróżnieniu od większości turystów, mamy więcej czasu i korzystamy z tego. Philip wyciąga szkicownik i z zapałem rysuje, ja otwieram zeszyt i piszę. Kiedy zwierzyłam się z tego córce, ta z entuzjazmem zawołała do słuchawki: „O tak, pisz, mamo, pisz, masz przecież talent!”. Starszy z wnuków dodał: „Tak, babciu, napisz nam bajkę o Rzymie i o przygodach papieża Franciszka. Jak wrócisz z dziadkiem do domu, będziecie nam ją czytać wieczorami!” – wspomina rozpromieniona Barbara.

Tekst opublikowany we włoskiej edycji serwisu Aleteia
Tłumaczenie: Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail