Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Joanna – mój owoc stosowania naprotechnologii

Jerry Lai/Flickr
Udostępnij

Patrzę, jak Asia, której właśnie wyrzynają się ząbki, z uśmiechem żuje policzek swojej mamy - instruktorki Modelu Creighton. Swego czasu okazało się, że „szewc chodzi bez butów”.

Z Małgorzatą Bechler-Mąsiorską spotykam się w kawiarni w jednym z warszawskich centrów handlowych. Towarzyszy nam jej kilkumiesięczna, energiczna córeczka – będziemy rozmawiać między innymi o tym, jak pojawiła się na świecie. Jej mama jest certyfikowanym instruktorem Modelu Creighton, wcześniej prowadziła także szkolenia z metody termiczno-objawowej dr. Rötzera. O płodności i kobiecym cyklu wie bardzo dużo, ale kiedy wyszła za mąż okazało się, że „szewc chodzi bez butów”.

Starania o dziecko

„Tuż przed planowanym ślubem, zrobiłam pakiet badań. Byliśmy zdecydowani na rozpoczęcie starań o dziecko od razu. Z obserwacji za pomocą CrMS wynikało, że moje cykle nie były idealne, ale wyniki miałam dobre, poza drobnymi nieprawidłowościami, jeśli chodzi o tarczycę. Tak to wtedy widziałam, dlatego nie konsultowałam się z lekarzem” – wspomina.

Młodzi małżonkowie zaczęli starania o dziecko, ale tu nic nie działa na zawołanie. Pierwszy cykl po ślubie, pewnie z powodu stresu związanego z weselnym zamieszaniem, był nieco zaburzony. Dzieciątko poczęło się w trzecim, a dzięki obserwacji cyklu rodzice wiedzieli o tym bardzo szybko. Gosia wspomina: „Ta wiadomość była trochę szczęśliwa, a trochę nie. Szczęśliwa, bo był to znak, że jesteśmy płodni. Nieszczęśliwa, bo wyniki badania poziomu hormonów były na granicy, co wskazywało, że istnieje ryzyko poronienia”. Rzeczywiście – ciąża trwała zaledwie osiem tygodni i zakończyła się stratą.

„Od razu zaczęliśmy pytać, co jest nie tak. Postanowiłam wykorzystać, teraz już bardziej starannie, moją wiedzę. Zrobiłam jeszcze raz badania, zaczęłam analizować ich wyniki i dopiero wtedy zrozumiałam – aż się zdziwiłam, że nie wzięłam tego wcześniej pod uwagę – że nieprawidłowości w poziomie hormonów tarczycy wcale nie są takie drobne” – opowiada kobieta.

Leczenie

To oznaczało, że problem nie jest typowo ginekologiczny, choć ma duży wpływ na możliwość poczęcia i przebieg ciąży. Gosia wspólnie z prowadzącym ją lekarzem naprotechnologiem doszli do wniosku, że najbardziej prawdopodobną przyczyną poronienia była choroba tarczycy. Ponieważ organ odpowiada za gospodarkę hormonalną całego organizmu, problemem była nie tylko jego niedoczynność, ale także zaburzenie pracy reszty hormonów.

„Trzeba było na trzy miesiące przerwać starania, by wprowadzić leczenie. Od razu weszłam w program napro, bo prócz rozwiązania problemu endokrynologicznego chciałam wziąć pod lupę cały mój organizm” – dodaje. Po wymaganej przerwie, kiedy pojawiło się zielone światło, para zaczęła ponownie starania o dziecko.

„Najśmieszniejsze jest to, że prowadząc szkolenia, wielu parom mówiłam o potrzebie cierpliwości, jeśli jedno z nich często wyjeżdża i to utrudnia starania lub przedłuża okres wstrzemięźliwości. A teraz sama tego doświadczyłam – mój mąż jeździł w delegacje, w domu był tylko w weekendy. Prowadząc ze mną kartę, zapisując informacje, wiedział, kiedy możemy liczyć na czas płodny i okazało się, że nie będzie to weekend. W związku z tym postanowił wziąć urlop i przyjechać na tę jedną noc, ale mi to jakoś nie grało w sercu. Miałam wrażenie, że to zbyt techniczne podejście. Miał o to do mnie nawet żal. Dzwonił w środę (owulacja miała być w czwartek) i dopytywał, czy może jednak wziąć wolne. Kiedy odmówiłam, obraził się, że on stara się, kombinuje, a ja go spławiam. Było ostro” – wspomina Gosia.

Szansa

Mimo to, w tamen czwartek Małgorzata poszła na USG, żeby potwierdzić dane z karty obserwacji. Okazało się, że wszystko przebiegło prawidłowo, widać było piękne ciałko żółte – znak, że owulacja odbyła się poprawnie. „I wtedy zapytałam panią doktor otwartym tekstem, czy jest szansa, że doszło do poczęcia, bo wie pani, mąż w niedzielę jeszcze był…” – opowiada ze śmiechem moja rozmówczyni. Okno płodności w cyklu zaczyna się cztery-pięć dni przed owulacją, więc lekarka uznała, że skoro była owulacja, to należy na wszelki wypadek zacząć suplementować progesteron, zrobić badania jego poziomu za kilka dni i test.

„Test był pozytywny. Asia jest naszym drugim dzieckiem, ale dzięki naszej znajomości cyklu i rozpoznaniu problemu miała szansę się urodzić. Natychmiastowa reakcja na wyniki obserwacji i badań dała szybki efekt. Dzięki karcie CrMS wiedzieliśmy, że nie mamy problemu z niepłodnością, bo dochodziło do poczęcia, tylko z utrzymaniem ciąży. Napro, o czym mało się mówi, to metoda także dla par, które mają problem z nawracającymi poronieniami. W klasycznym podejściu terapię rozpoczyna się dopiero po trzecim z nich, w napro leczy się od razu, w czym skutecznie pomagają dane z karty obserwacji CrMS. Po co czekać?” – pyta Małgorzata.

Patrzę, jak Asia, której właśnie wyrzynają się ząbki, z uśmiechem żuje policzek swojej mamy. To prawda, nie ma potrzeby czekać.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail