Aleteia

Co z miłosierdziem dla Natalii Przybysz?

REPORTER
Udostępnij

Wyznanie Natalii Przybysz szokowało. Ocena jej czynu jest jednoznaczna. Ale jako katolicy nie wykorzystaliśmy tej sytuacji. To była świetna okazja do głoszenia Miłosierdzia!

Nie chcą Przybysz w Łodzi. Środowiska katolickie chcą odwołać koncert Natalii Przybysz. I bardzo dobrze. Nie chcą Przybysz w swojej miejscowości. Zbierają podpisy przeciw. Takie nagłówki pojawiają się ostatnio w mediach.

Na pierwszy rzut oka nie dziwią. W końcu wywiad, jakiego udzieliła piosenkarka był wstrząsający, a jej argumenty nie do pogodzenia z katolickim światopoglądem. Trudno się więc zżymać na środowiska katolickie czy narodowe, że nie życzą sobie obecności osoby, która publicznie, bez cienia żalu czy skruchy, opowiada o poddaniu się aborcji.

Ale kiedy patrzę na medialne doniesienia o kolejnych miastach, które „nie chcą” Przybysz czy katolikach zbierających podpisy pod swego rodzaju krucjatą przeciwko artystce, czuję pewien dyskomfort.

Czy to jest postawa chrześcijanina?

Czy to my mamy oceniać i wydawać sądy o drugim człowieku?

Czy to jest właśnie miłosierdzie?

W mojej głowie i sercu pojawiają się te i dziesiątki podobnych pytań. Przecież w Kościele jeszcze tli się żywe wspomnienie niedawnych Światowych Dni Młodzieży, które odbywały się pod hasłem „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Przecież mamy w Kościele – wprawdzie jeszcze przez kilka dni, ale jednak – Rok Miłosierdzia, w którym tyle mówimy o nadziei dla człowieka grzesznego i niewyczerpanych zasobach Bożego Miłosierdzia.

Może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że te wszystkie manifesty, ostentacyjne zamykanie miast przed grzesznicą, która publicznie przyznała się do grzechu, nijak mają się do bycia miłosiernym. I że cała ta awantura, jaką spowodował wywiad, najwięcej mówi – paradoksalnie – nie o samej piosenkarce, ale właśnie o nas.

A przecież można było tę sytuację wykorzystać do głoszenia Miłosierdzia Bożego! Oczywiście, ono niewiele ma wspólnego z bezkresną, bezwarunkową falą łaski i miłości, która ma objąć każdego człowieka, nawet jeśli on jakoś specjalnie sobie tego nie życzy. Miłosierdzie, wbrew przyjmowanym czasem błędnie założeniom, jest jednak uwarunkowane. Człowiek musi tego miłosierdzia pragnąć.

Nie wiem, co rozgrywa się w głowie i sercu Natalii Przybysz. Tego nie wie nikt z nas. Dlatego też nikt nie powinien jej osądzać. Tym bardziej, że ona sama we wspomnianym wywiadzie przyznała, że myślała o pójściu do spowiedzi.

„W pewnym momencie trafiłam do starszego lekarza, któremu powiedziałam, jak to się stało, że doprowadziłam się do takiego stanu. Powiedział: Teraz jest Rok Miłosierdzia, proszę iść do kościoła, wyspowiadać się i to przejdzie. Nawet sobie pomyślałam: kurczę, zrobię taki eksperyment. Ale bliscy mnie powstrzymali, powiedzieli, żebym tego nie robiła, że przeżyję traumę przy konfesjonale”.

Organizując tego typu akcje, krucjaty przeciw Przybysz jedynie potwierdzamy jej obawy. Dajemy jej sygnał: Tak, Natalio, twoi znajomi mieli rację. W konfesjonale spotka cię trauma. Katolicy cię zlinczują, bo tak właśnie wygląda w praktyce głoszone przez nich miłosierdzie.

Oczywiście, może ktoś zapytać, co z miłosierdziem dla tego dziecka. Dlatego chcę wyraźnie podkreślić – nie bronię ani Natalii Przybysz, ani aborcji, którą uważam za bezwzględne zło. Czasu jednak nie da się cofnąć, a życia, którego już nie ma, przywrócić. 

Nie zmarnujmy tej „okazji” do końca. Nie zamykajmy miast przed Natalią Przybysz tak, jak nie zamykamy przed nią kościołów, a tym bardziej konfesjonałów. Dla każdego jest nadzieja. Wystarczy przecież tylko chcieć.