Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Agnieszka Musiał o radości z „konsumpcyjnych” Świąt

fot. Paweł Wiśniewski
Udostępnij

Wiosną ukazał się jej album „Błogo”, jesienią zobaczyliśmy teledysk do jej piosenki „Miłość”. Jaka jest Agnieszka Musiał i dlaczego denerwuje ją „świętoszkowatość”?

Zacznę najgorszym pytaniem na świecie: czym jest miłość?

Na pewno nie uczuciem. Można ją wyrażać uczuciami, ale ona sama jest czymś więcej. To odróżnia moje pojmowanie miłości od tego, co się dookoła słyszy. Miłość jest stanem, który się nie zmienia.

A jeżeli ktoś zmieni zdanie?

Że kogoś kocha? Kochanie jest bardziej związane z emocjami, niż sama miłość. Może być wyrażaniem miłości, ale dla mnie to nie to samo. Miłość to stan. Miłość to Bóg. Coś, co nigdy nie przemija.

Śpiewając o miłości nie używasz słowa „miłość”, ale przewija się tam refren „rozwijaj mnie”. O to prosisz miłość? To jest jej wartość?

Miłość ma wiele imion i wiele cech. Jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości – tak jak w „Liście do Koryntian”. Ale miłość jest też decyzją, czy chcę dojrzewać. A ja bardzo, bardzo chcę się rozwijać.

W jaki sposób?

W sensie duchowym i emocjonalnym. W sensie poznawania świata, samej siebie i zacieśniania relacji z Panem Bogiem. To ona rozwija mnie najbardziej. Kiedy pracuję nad nią, nie na zasadzie klepania pacierzy o określonej godzinie, tylko rozmawiając z Panem Bogiem i zatrzymując się nad Bożym Słowem, naprawdę się rozwijam. Wszystko jest wtedy prostsze i piękniejsze.

Czytaj także:
Kto się boi miłości?

 

Miłość nie przemija

To wtedy czujesz się „błogo”? Tak zatytułowałaś swoją płytę.

(Śmiech) Błogo jest mi w wielu momentach! Błogość to stan, w którym wiem, że jestem kochana, wyczekiwana i chciana. Stan, w którym czuję się wolna i wiem, że na nic nie zasługuję, ale jestem przepełniona wdzięcznością za to, co dostaję.

Taki idealny stan, który każdy chciałby osiągnąć, ale mało kto wierzy, że to możliwe?

Ja w to wierzę. Nie żyję w ten sposób, cały czas zmagam się z wieloma swoimi „potworami”, ale wierzę, że to możliwe. Święci pokazują, że tak jest. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus zapytała Pana Boga, co jest jej powołaniem i wiesz, co usłyszała w sercu? „Twoim powołaniem jest miłość”. Odpowiedziała wtedy: „Chcę być miłością”.

Taka miłość to duże ryzyko. W końcu wiąże się z wycofaniem z walki o swoje.

Ignacy Loyola mówił: „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Pytanie, czy to „działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie” to walka, na którą nakręca nas świat, czy raczej spokojne przeżywanie tego, co przynosi dzień? Żeby mieć co jeść, muszę zarabiać, iść do pracy i jak najlepiej ją wykonać. To jasne. Ale nie muszę zabijać się dla samej idei, bo wszyscy mówią, że trzeba się rozpychać. Wydaje mi się, że dobra walka o siebie nie wywołuje lęku. To, co budzi w nas lęk w złym tego słowa znaczeniu, nie pochodzi od Pana Boga.

Ciężko to wyważyć. Z jednej strony szukamy pokoju serca, a z drugiej potrzebne jest też przełamanie własnych barier i ograniczeń.

Tak, ale wychodzenie ze strefy komfortu, a działanie wbrew temu co jest dla nas dobre, to dwie różne rzeczy. Jeśli coś jest dobre, a ja mimo wszystko się boję, to może jednak warto spróbować, podjąć wyzwanie.

 

Miłość daje pokój i nadzieję

Na nasze emocje bardzo wpływa też muzyka, a albumy kierowane do kobiet są głównie smutne i melancholijne. Myślałaś o tym, nagrywając „Miłość”? Bo ten utwór jest pełen pokoju i nadziei.

Właśnie nie, zdałam sobie z tego sprawę dopiero, kiedy materiał był już zrealizowany. Wtedy zobaczyłam, że rzeczywiście w tekstach, w muzyce, a nawet w wizualnej oprawie albumów, 80 procent rzeczy mówi o zdradzie, cierpieniu, smutku i o trudnych relacjach. To nie znaczy, że mamy od tego uciekać, ale cały czas wałkując ten temat człowiek nie może się od niego uwolnić.

Może słuchamy piosenek o trudnych emocjach, bo nie mamy alternatywy?

Może tak, ale kto by nie chciał sobie z tymi negatywnymi emocjami poradzić? 99 procent kobiet zapytane, czy chcą być szczęśliwe, odpowie: „tak”. Pytanie, czy wiedzą jak to zrobić. My, chrześcijanie, wiemy przynajmniej gdzie się zwrócić. Chociaż nie znaczy to, że nagle wszystko jest piękne, kolorowe, wąchamy kwiatki, latamy po łące i jest super.

To życie chrześcijanina nie jest idealne? (śmiech) Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w byciu w Kościele?

Dla mnie bycie w Kościele to bycie we wspólnocie, z ludźmi. Bez ludzi ciężko jest się uświęcać. To własnie w relacji z drugim człowiekiem możemy najwięcej odkryć i nauczyć się o innych, ale też o sobie samych. Ta nauka jest często bardzo trudna. Mam wrażenie, że pokutuje w nas jeszcze błędny obraz osoby wierzącej. Widzimy człowieka, który składa równo ręce do pacierza, jest poukładany, dobry i grzeczny. Do tego nie wychodzi poza szereg i musi się zawsze uśmiechać. A co, jeżeli ja nie mam na to czasami ochoty?

Przecież bycie chrześcijaninem nie zamyka się tylko w tym, co widać na zewnątrz. Spotykam się często z takim stereotypem w stosunku do mojej osoby. W związku z tym, że opowiadam śpiewem o mojej relacji z Bogiem ludzie spodziewają się osoby grzecznej, poukładanej w każdym calu. Tak jednak nie jest.

 

Miłość pozwala się skupić na drugiej osobie

I oczekują pewnych zachowań.

Tak, że będę się uśmiechać i że nie mogę się skrzywić. Wiesz, zadaję sobie teraz pytanie, kim jest katolik? Wydaje mi się, że to osoba, która czerpie ze wszystkich dóbr Kościoła – z sakramentów, które są najwspanialszym darem, jaki mogliśmy dostać – i pogłębia swoją relację z Panem Bogiem poprzez rozważanie Słowa Bożego. A co najważniejsze, nie skupia się na sobie, tylko na drugiej osobie. Stara się kochać i być z innymi.

Bardzo rzadko patrzymy na „bycie katolikiem” w ten sposób. Częściej zamiast pracy nad sobą i rozwoju duchowego, wybieramy naśladowanie innych. Szczególnie tych, którzy mówią nam, jak „powinniśmy” żyć.

O tak, to jest bezpieczne.

Katolik powinien czuć się bezpiecznie?

Nie, Kościół potrzebuje szaleńców. Wiadomo, że przy Panu Bogu wszyscy czujemy się bezpiecznie ale nie w takim sensie, o którym mówisz. Powinniśmy cały czas wychodzić i łamać stereotypy. I przełamywać w tym wszystkim siebie. W Polsce to w ogóle złożona sprawa – jest tradycja kościelna, a obok żywa wiara. I to często się nie łączy.

Na szczęście, kiedy żyje się wiarą, tradycja jest bardzo miłym dodatkiem. Co najbardziej lubisz w adwentowej tradycji?

Roraty, na które rzadko kiedy chodzę (śmiech). Bardzo lubię też taką zachodnią tradycję kalendarzy adwentowych. W tym roku kupiłam sobie kalendarz z kosmetykami. Masz w środku 24 miniaturki kosmetyków ziołowych i codziennie jeden rozpakowujesz. To naprawdę bardzo przyjemne odliczanie dni do Świąt Bożego Narodzenia. Polecam wszystkim kobietom. Miałam jeszcze pomysł na 24 torebeczki ze Słowem Bożym – modlisz się za kogoś i wybierasz te 24 fragmenty. W przyszłym roku zrobię taki kalendarz dla najbliższych.

Ostatnio widziałam kalendarz adwentowy z Angry Birds, więc tradycja weszła do nas już na dobre.

(Śmiech) Tak, wiadomo że wszystko to się wiąże z konsumpcjonizmem, ale wiesz, uwielbiam taki świąteczny klimat. Mikołaja z długą brodą i ciężarówki Coca-Coli. Moim marzeniem jest pojechać w grudniu do Nowego Jorku na łyżwy, na lodowisko przed Rockefeller Center. Ubierasz ciepły szalik, jeździsz na łyżwach i słuchasz świątecznych piosenek. Nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób w Kościele mówi, że to jest złe, że to tylko czysty konsumpcjonizm.

Bo my jesteśmy tacy dalecy od konsumpcjonizmu! (śmiech)

Dokładnie! (śmiech) Zabieramy sobie tą radość, zamiast z tego korzystać. Skoro tak już jest, cieszmy się.

A propos, Dorota Paciorek (Dayenu) powiedziała mi kiedyś, że Kraków to katoDisneyland. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, co pół godziny jest msza, a roraty są oprawione piękną liturgią. Może ludziom z mniejszych miejscowości ciężej jest cieszyć się życiem we wspólnocie Kościoła?

Też bywam czasem w takich miejscach, ale lata temu postanowiłam sobie, że przychodzę do Kościoła dla Pana Boga. Nie dla księdza. I wierzę, że Bóg naprawdę ma na nas wszystkich sposób. To kwestia tego, czy chcemy się na Niego otworzyć. I tutaj nie pomogą piękne msze – one mogą pomóc potem, w przeżywaniu liturgii. To cudowne iść do dominikanów na 13:30, gdzie śpiewa świetna schola, ale Pan Bóg jest wszędzie, w każdym kościele. Bardzo łatwo jest się wymówić księdzem czy sąsiadem, kiedy Pismo Święte leży zakurzone na półce.

To wymaga dojrzałości.

Tak, poukładania priorytetów. I decyzji. Dlatego wszystko odnosi się do miłości. Naprawdę.

 

fot. Paweł Wiśniewski
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.