Aleteia

Biskup Barron: „Milczenie” Martina Scorsese i męczennicy znad morza

Cappa Defina Productions
Udostępnij
Komentuj

Laickie elity są nader skłonne odżegnywać się od ludzi żarliwie religijnych jako niebezpiecznych, gwałtownych i, nie oszukujmy się, niezbyt bystrych.

Od dawna jestem zagorzałym fanem filmów Martina Scorsese. Taksówkarz, Wściekły byk, Chłopcy z ferajny, Aviator, Gangi Nowego Jorku, Ostatni walc, Kasyno itp. należą do filmów kształtujących ostatnie 40 lat kina. A Infiltracja w jego reżyserii, dramat kryminalny z 2007, była przedmiotem mojego pierwszego w ogóle komentarza na YouTube. Z pewnością katolicyzm reżysera, jakkolwiek złagodzony i skonfliktowany, znajduje odbicie w większości jego dzieł. Jego najnowsza propozycja, bardzo oczekiwane Milczenie, oparta na powieści Shusaku Endo o tym samym tytule, jest godnym dodatkiem do twórczości Scorsese. Podobnie jak wiele innych jego filmów, odznacza się wspaniałą pracą kamery, wybitnymi kreacjami zarówno głównych bohaterów jak i postaci drugiego planu, trzymającą w napięciu fabułą i tematyką na tyle złożoną, że dostarcza materiału do długich przemyśleń.

Rzecz dzieje się w połowie XVII wieku w Japonii, gdzie trwają gwałtowne prześladowania wiary katolickiej. Do tego niebezpiecznego kraju przybywają dwaj młodzi księża jezuici (w tych rolach Adam Driver i Andrew Garfield), duchowi potomkowie św. Franciszka Ksawerego, wysłani, aby odnaleźć księdza Ferreirę, ich mentora i profesora seminarium, który, jak głosi plotka, zaparł się wiary podczas tortur i faktycznie przeszedł na drugą stronę.

Natychmiast po wyjściu na ląd spotykają niewielką grupę japońskich chrześcijan, którzy od wielu lat podtrzymują swą wiarę w ukryciu. Z powodu skrajnego zagrożenia młodzi księża są zmuszeni do ukrywania się w ciągu dnia, ale nocą mogą angażować się w tajną posługę: chrzczą, katechizują, spowiadają, odprawiają Mszę. Dość szybko, jednak, władze dowiadują się o ich obecności, a podejrzani o bycie chrześcijanami zostają wyłapani i są torturowani w nadziei, że w ten sposób uda się wywabić z ukrycia kapłanów.

Jedną z najbardziej pamiętnych scen w filmie, przynajmniej dla mnie, było ukrzyżowanie nad morzem czterech z tych odważnych świeckich wiernych. Przywiązani do krzyży nad brzegiem morza, są przez kilka dni chłostani przez fale przypływu, aż w końcu toną. Następnie ich ciała zostają umieszczone na stosach ze słomy i spopielone, ukazując się całemu światu jak ofiara całopalna złożona Panu.

Z czasem, kapłani zostają schwytani i poddani wyjątkowej i strasznej formie tortury psychicznej. Film koncentruje się na zmaganiach księdza Rodriguesa. Gdy japońscy chrześcijanie, mężczyźni i kobiety, którzy ryzykowali życie, by go chronić, są torturowani w jego obecności, jest on nakłaniany do wyrzeczenia się swojej wiary, by tym samym położyć kres ich mękom.

Gdyby tylko podeptał chrześcijański wizerunek – wystarczy tylko taki zwykły znak zewnętrzny, czysta formalność – mógłby uwolnić swych towarzyszy od ich cierpień. Jako dobry wojownik, Rodrigues odmawia. Nawet wtedy, gdy japoński chrześcijanin zostaje ścięty, nie poddaje się. Wreszcie, i to jest najbardziej porażająca scena w filmie, prowadzą go do księdza Ferreiry, mentora którego szukał od momentu przybycia do Japonii.

Wszystkie pogłoski okazują się prawdziwe: ten dawny mistrz życia chrześcijańskiego, ten jezuicki bohater, wyrzekł się swojej wiary, pojął za żonę Japonkę i żyje jako swego rodzaju filozof pod ochroną państwa. Stosując różne argumenty, zhańbiony ksiądz stara się przekonać swojego byłego ucznia, by zrezygnował z zadania ewangelizacji Japonii, którą charakteryzuje jako „bagno”, w którym nasienie chrześcijaństwa nigdy nie może się ukorzenić.

Następnego dnia, w obecności straszliwie torturowanych chrześcijan, powieszony głową w dół w jamie wypełnionej odchodami, Rodrigues dostaje jeszcze jedną propozycję podeptania wizerunku oblicza Chrystusa. W szczytowym momencie udręki, opierając się z głębi swego serca, słyszy głos, który bierze za głos samego Jezusa, w końcu przerywającego boskie milczenie, mówiący mu, by podeptał obraz. Kiedy to robi, w oddali pieje kogut.

W następstwie swojej apostazji idzie w ślady Ferreiry, stając się osobą pod kuratelą państwa, żyjącym w dostatku filozofem, regularnie wzywanym do podeptania chrześcijańskiego obrazu i formalnego wyrzeczenia się wiary chrześcijańskiej. Przyjmuje japońskie imię, bierze za żonę Japonkę i żyje wiele lat w Japonii, aż umiera w wieku 64 lat i zostaje pochowany w buddyjskiej ceremonii pogrzebowej.

Co właściwie mamy począć z tą dziwną i niepokojącą historią? Jak każdy wielki film czy powieść Milczenie oczywiście opiera się jednoznacznej czy jednostronnej interpretacji. W sumie, prawie wszystkie komentarze, które przeczytałem, zwłaszcza ludzi wierzących, podkreślają jak Milczenie pięknie przedstawia kompleksowy, wielowarstwowy, dwuznaczny charakter wiary.

W pełni uznając głęboką psychologiczną i duchową prawdę tego twierdzenia, zastanawiam się, czy mógłbym dodać nieco odrębny głos do tej debaty? Chciałbym zaproponować porównanie, całkowicie uprawnione z racji upodobań Ignacego Loyoli, dawnego żołnierza i założyciela zakonu jezuitów, do którego należeli wszyscy misjonarze w filmie Milczenie.

Załóżmy, że mały oddział świetnie wyszkolonych komandosów amerykańskich został przerzucony za linie wroga w niebezpiecznej misji. Załóżmy ponadto, że byli oni wspierani przez lojalnych cywilów, którzy w końcu zostali pojmani i okazali się gotowi raczej umrzeć, niż zdradzić misję. Przypuśćmy wreszcie, że sami żołnierze zostali w końcu schwytani i, torturowani, zrzekli się lojalności wobec Stanów Zjednoczonych, przeszli na stronę przeciwnika i wiedli odtąd komfortowe życie pod egidą swoich dawnych wrogów. Czy ktoś byłby chętny, aby celebrować wieloaspektową złożoność i bogatą niejednoznaczność ich patriotyzmu? Czy nie postrzegalibyśmy ich raczej po prostu jako tchórzy i zdrajców?

Boję się, że cały ten nacisk na złożoność, wielowartościowość i niejednoznaczność służy współczesnej elicie kulturalnej, która nie różni się aż tak bardzo od japońskiej elity kulturalnej przedstawionej w filmie. Chodzi mi o to, że laickie elity zawsze wolą chrześcijan, którzy są niezdecydowani, niepewni, podzieleni i chętnie godzą się, że ich religia to sprawa prywatna. A są one nader skłonne odżegnywać się od ludzi żarliwie religijnych jako niebezpiecznych, gwałtownych i, nie oszukujmy się, niezbyt bystrych.

Przeanalizujcie jeszcze raz mowę Ferreiry do Rodriguesa o rzekomo uproszczonym chrześcijaństwie Japończyków, jeśli mi nie wierzycie w tym względzie. Zastanawiam się czy Shusaku Endo (a może Scorsese) w istocie nie zachęcają nas, byśmy przenieśli wzrok od kapłanów na tę wspaniałą grupę odważnych, pobożnych, oddanych ludzi świeckich, którzy zachowali żywą wiarę w najbardziej niesprzyjających warunkach jakie można sobie wyobrazić, a którzy w decydującym momencie swoim życiem przyznali się do Chrystusa. Zważywszy, że specjalnie przeszkoleni Ferreira i Rodrigues zostali płatnymi lokajami tyrańskiej władzy, ci prości ludzie pozostali cierniem w boku tej tyranii.

Wiem, wiem, Scorsese pokazuje trupa Rodriguesa w trumnie trzymającego mały krucyfiks, co dowodzi, jak sądzę, że kapłan pozostał w pewnym sensie chrześcijaninem. Tyle tylko, że to właśnie takie chrześcijaństwo, jakie lubi panująca kultura: całkowicie sprywatyzowane, ukryte, nieszkodliwe. Więc dobrze, być może Rodriguesowi należą się malutkie brawa, ale za to hip-hip-hura na cały głos męczennikom ukrzyżowanym nad morzem.

Tekst opublikowany w angielskiej edycji portalu Aleteia

Tłumaczenie: Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail