Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jola Szymańska: Milczeć czy nie milczeć? Jak znalazłam swoje miejsce w dyskusjach

Uśmiechnięta Jola Szymańska
fot. Marek Straszewski
Udostępnij

O czym pisać, siedząc trzeci dzień na wymarzonym urlopie, kiedy narzeczony smacznie już śpi? Próbowałam namówić go, żeby sam zaproponował temat, ale wyłączenie się z rzeczywistości działa u niego podobnie jak u mnie: nie mamy nic do powiedzenia.

Kiedyś o tym marzyłam. Nie, nie o wakacjach ani o narzeczonym. Marzyłam o braku potrzeby wypowiedzenia się w jakiejkolwiek sprawie. Cierpiałam na chroniczną potrzebę wyrażania swoich wniosków. W każdej dyskusji zaznaczałam swoje anegdoty, odwoływałam się do zasłyszanych opinii, dzieliłam się doświadczeniem. Nie było rozmowy, w której nie chciałam się wypowiedzieć.

Dziś zastanawiam się, jak to możliwe, bo w zdecydowanej większości dyskusji, których jestem świadkiem, w ogóle nie uczestniczę. Ba, jest to mój absolutnie świadomy wybór, choć ani anegdotki, ani opinie, ani doświadczenia nie zniknęły. Mam co powiedzieć, wiem, jak ująć mało ciekawą historię w ciekawe ramy, ale… nie chce mi się mówić. Od jakiegoś czasu zdecydowanie wolę słuchać.

 

Kto rozdaje karty?

Od dawien dawna osoby, które tylko siedziały i słuchały, obserwując dyskutujących, budziły we mnie podziw. Miałam wrażenie, że to one, nie gadatliwe dusze towarzystwa, rozdają karty. Chciałam taka być. Wypić kawę, wysłuchać, odejść. I nie mieć poczucia, że nie zaznaczyłam wystarczająco swojej obecności.

Nie chodziło mi o ukrywanie się ani o śmiesznie pojętą pokorę. Chodziło o wolność od wewnętrznego przymusu, przez który po każdej rozmowie czułam się jak przegrana. Nie dlatego, że powiedziałam coś nie tak, ale dlatego, że mówiłam.

Moim problemem nie było jednak samo mówienie. Problemem był fakt, że je sobie wyrzucałam. Starałam się być doskonała, małomówna i niedosłowna. Z całych sił wpychałam się w jakąś słowną anoreksję tylko po to, żeby poczuć się bezpieczniej. Przecież nie mówiąc nic, jestem najbezpieczniejsza. I mogę wszystko.

 

Świadome (nie)mówienie

Jak się domyślacie, niemówienie na siłę było słabą metodą budowania własnej wartości. A to o nią chodziło. Gadatliwość wydawała mi się upokarzająca i prymitywna. Wolałam białe wiersze i obrazy Marka Rothko. Nie rozumiałam, że nie zdefiniuje mnie ani żadna skrajność, ani analogia. Bo jestem bardzo dosłowną sobą, która może być dosłowna, kiedy tylko chce. I nie ma w tym niczego złego. Szczególnie, kiedy jest to świadomy wybór. Właśnie tak w praktyce wygląda wolność.

Nie pamiętam, czy doszłam do tego wcześniej, czy później, ale zanim poczułam się naprawdę wolna, rzeczywiście nauczyłam się milczenia. Dziś patrzę na to jak na dobre ćwiczenie woli. Nie muszę mówić, chociaż wiem, co. Nie muszę milczeć, nawet gdy nie mam nic do powiedzenia. I nie ma to wpływu na to, kim jestem, ani na to, jak się ze sobą czuję.

 

Turboodchudzanie

Punktem zwrotnym okazały się nie moje mozolne ćwiczenia, a… odpuszczanie sobie wysokich wymagań. Czy ja naprawdę nie mogę wrzucić na luz? Nie mogę powiedzieć czegoś głupiego? Czy moje wnioski zawsze muszą być mądre? Kiedy wreszcie odpowiedziałam sobie na te pytania soczystym „NIE!”, schudłam momentalnie o jakąś tonę. Tyle ważyły moje oczekiwania wobec samej siebie.

Dziś rzeczywiście często nie mam nic do powiedzenia. Nie chce mi się mówić, bawią mnie merytoryczne dyskusje na tematy, które nikogo z rozmawiających osobiście nie dotyczą. Lubię obserwować dyskutantów, dopatrując się drugiego dna ich motywacji i analizując logicznie ich retoryczne pomysły. Ale nie mam najmniejszej potrzeby milczenia. Nie robię tego na siłę. Po prostu wyrosłam z jałowych dyskusji. Szkoda mi czasu na wypowiedzi, z których nic nie wynika.

 

Ochota matką wynalazku

Milczę, kiedy mam na to ochotę. A kiedy chcę mówić (to wciąż się zdarza!), mówię. Nawet jeśli powiem coś głupiego, potrafię przyznać, że nie wiem wszystkiego. I zwyczajnie wybuchnąć śmiechem. To przecież tylko dyskusja!

Dopóki mogę wracać do Marka Rothki i nikt nie każe mi działać wbrew sobie, nie mam zamiaru niczego w tym względzie zmieniać. Dlatego wybaczcie, wrócę do moich bezdyskusyjnych wakacji. I narzeczonego, który, jak się okazuje, zasnął tylko na moment mojego pytania.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail