Aleteia

Pojechała na pielgrzymkę do Rzymu autostopem. Na wózku inwalidzkim

Barbara Turek
Udostępnij

Razem z dwójką przyjaciół przejechała ponad tysiąc pięćset kilometrów. Na wózku inwalidzkim. Autostopem. Wszystko po to, żeby zanieść Papieżowi Franciszkowi ponad 10 tysięcy zebranych intencji.

O Bogu, który mówi „Jestem”, miłosiernym muzułmaninie, różańcu bez krzyża i węgierskiej łazience, która mogła wszystko zniszczyć, Basia opowiada mi u siebie w domu. Mówi spokojna i uśmiechnięta, a ja… staram się w jej opowieści nie przeszkadzać.

Barbara Turek*: Wyjechaliśmy pod koniec maja. Tak, żeby dojechać na zesłanie Ducha Świętego. Minęły trzy miesiące, a ciągle zbieram owoce. I mam w głowie myśl, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ten Rzym dał mi wielkiego kopa.

Jola Szymańska: To, że się udało dotrzeć?

Tak. I samo miasto, ludzie. Jeden z poznanych w drodze panów zaprasza mnie ciągle do Turcji i jest jednym z moich najczęstszych lajkerów na Fejsie. Teraz wreszcie, kiedy mogę wychodzić do ludzi i opowiadać im o wyjeździe, widzę konkretne owoce.

Skąd pomysł, żeby jechać autostopem do Rzymu?

Kolega chciał jechać tam stopem na 50-lecie lecie Odnowy w Duchu Świętym. Kiedy powiedział, że „stopem”, pomyślałam, że też tak chcę. Trochę dlatego, że nie miałam kasy na tę wyprawę.

Ale mówiąc „pojedźmy autostopem” trochę żartowałam. Jestem w osiemdziesięciu procentach zależna fizycznie od innych ludzi. I jestem duża. Myślałam, że się nie uda.

 

Ale nie miałaś jechać sama.

Kinga Szuba od razu podeszła do tematu poważnie. W ostatniej chwili dołączył Hubert Wawrzkowicz. Nagle wszystko zaczęło się samo układać. Wtedy już wiedziałam, że mamy jechać.

Skąd?

Zaczęłam się pytać Boga, czego On chce i co mamy zrobić. Wtedy pojawiło się we mnie jedno słowo: „Jestem”.

Zaczęłam szukać w Piśmie Świętym tego „Jestem” i znalazłam je przy powołaniu Mojżesza. Jakoś mi się to poskładało, że Mojżesz był taki słaby, że jąkała, że nic nie mógł… Zaczęłam tak siebie oglądać i pomyślałam, że to trochę jestem ja.

Zaczęłam czytać, co ten Mojżesz miał zrobić. A miał iść i obwieścić narodom, że Jego imię jest „Jestem”. Powiedział też Mojżeszowi: nie martw się, będę z Tobą, ja Ci powiem co masz mówić. Czytając te słowa, poczułam spokój.

Jak wyglądała Wasza trasa?

Zaczęliśmy w Czarnym Dunajcu. Siostra Kingi poprosiła nas tam o modlitwę. Nie zdążyliśmy się pomodlić. Potem staliśmy jedenaście godzin w Chyżnym, na granicy Słowackiej. Po tych jedenastu godzinach wróciliśmy, żeby pomodlić się z Kasią.

Następnego dnia tata Kingi zawiózł nas aż do Győr na Węgrzech. Śmiał się: „Tylko już nie wracajcie!”.

fot. Hubert Wawrzkowicz

 

Cztery zasady

Tam przyjęliśmy cztery zasady: koronka jest o piętnastej, modlimy się tak jakby wszystko zależało od Pana Boga i tłumaczymy kierowcom, żeby zabierali nas jak najdalej. Jeżeli jedna osoba ma kryzys, to pozostałe dwie będą się za nią modlić – ta zasada była chyba najważniejsza. I ostatnia – jeśli jedna osoba chce czegoś innego, niż pozostałe dwie, to ma problem.

Na dzień dobry to ja miałam problem. Nie chciałam czekać na przystanku w Győr. Ale zabrał nas stamtąd Mikołaj. Podwiózł nas 45 km.

Pamiętasz moment kryzysowy?

Tak. To był nasz drugi dzień, utknęliśmy na Węgrzech, a szanse na dotarcie do Rzymu na czas były minimalne. W restauracji była łazienka. Ale nie wiedzieliśmy, że ma zepsutą spłuczkę. Byliśmy wykończeni po wielu godzinach podróży i trzech przesiadkach pociągami. Rozlała się woda.

Kiedy jest mokro i ślisko, dużo trudniej wydostać mnie na wózku. Kiedy się udało, zastanawiałam się, Boże, co ja tu robię, przecież mogłam być w Polsce i obejrzeć sobie to w telewizji…

Poczułam, że moja niepełnosprawność jest ciężarem, który dźwigają wszyscy. Że beze mnie byłoby dużo prościej.

Ale kiedy wyszliśmy, Kinia wyjęła swoje ukulele, stanęliśmy przy drodze zrezygnowani. I nagle zatrzymał się tir.

 

Perra Italiano

Nie planowaliście jeździć tirami?

Nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby wkładać mnie do tira! Trudniej mnie tam ulokować, a kierowcom chyba nie wolno otwierać paki i wkładać tam wózka. Kabinka jest na niego za mała.

Kiedy go zobaczyłam, miałam wrażenie że Pan Bóg zatrzymał nam najbardziej abstrakcyjne auto ever.

Kinga i Hubert zapytali kierowcy, gdzie jedzie. A on na to: „Perra Italiano!”. Rozpłakałam się wtedy.

On prawie nic nie mówił po angielsku. Powtarzał tylko „no problem!”. Wózek zapakował z tyłu na pakę. Był jak stary, dobry dziadek, który zabiera swoje wnuki na świetną wycieczkę. Mówił, że strasznie się cieszy, że może mnie zawieźć do mojego przyjaciela. Bo powtarzałam w kółko, że jedziemy do „Papa Francesco”.

Przewiózł nas przez całą Słowenię, aż do granicy z Włochami.

fot. Hubert Wawrzkowicz

 

Miłosierny muzułmanin

Tam zatrzymaliśmy się na parkingu dla tirów. Wyskoczyliśmy ze swoimi różańcami do niego i wtedy dopiero powiedział nam, że ma problem z krzyżem.

Nie jestem szybko kapująca, więc myślę sobie, jaki można mieć problem z krzyżem? A on powiedział, że jest muzułmaninem.

Rozbeczałam się ze wzruszenia, kiedy pomyślałam, ile w nim było dobra, cierpliwości. Pozwolił nam się modlić w swoim samochodzie. Dał nam wszystko, co miał. I mówił, że strasznie się cieszy, że może nam pomóc.

Ale miałam ze sobą też zepsuty różaniec. Bez krzyży. I on go wziął.

Rozmawialiście?

Tak. Na parkingu jego kolega zaprosił nas na obiad. Siedzieliśmy parę godzin, obaj mało mówili po angielsku, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się przy nich modlić taką piosenką braci franciszkanów „W twarzy mojego wroga widzę swojego brata”.

Ten człowiek powiedział nam wtedy, że tak strasznie by nie chciał, żebyśmy skupiali się na tym, co nas dzieli, ale na tym co nas łączy. Tłumaczył, że żadna religia nie pozwala zabijać.

 

Dużo mieliście jeszcze wtedy czasu?

Żeby zdążyć na noc zesłania, następnego dnia powinniśmy być w Rzymie. Zaczęliśmy się modlić. Brzmi to jak science-fiction, ale po kwadransie podjechał busik na polskich numerach. Kinga podbiegła do niego. Było tam dwóch Ukraińców.

Nie dowierzali, że jedziemy do Papieża. I nie wzbudzali zaufania. Ale z przodu auta mieli mikroskopijny obrazek Jana Pawła II i zaryzykowaliśmy podróż z nimi.

Zrobili z nami 900 kilometrów. Jechaliśmy całe popołudnie i noc. Dali nam kanapki z kotletem i zawieźli nas do samego Watykanu. Wysiadając, pobłogosławiłam ich obu. A oni się rozpłakali. Wzieli nasze obrazki i nagle, jakbyśmy rozmawiali z innymi ludźmi…

 

Ale najtrudniej było w samym Rzymie.

Przyjechaliśmy w środku nocy. Czternaście godzin bez łazienki. Po trzech dniach drogi.

Nikt nie wierzył w to, że doręczymy intencje Papieżowi. Najtrudniej było dotrzeć do domu św. Marty. Ponad 10 tysięcy intencji, tyle drogi, jazda tirem. Zostawiliśmy je gwardii szwajcarskiej z listem do Ojca Świętego. Nie minął miesiąc, a dostaliśmy odpowiedź z Watykanu.

Bardzo chciałam spotkać się z Papieżem, no ale…

Pamiętam, że kiedy Papież był w Krakowie, miałaś plan, żeby jechać z nim tramwajem.

I spotkanie wtedy się udało, ale w innym miejscu. Nie udało się w tramwaju, ale udało się podczas spotkania z wolontariuszami. Przypadkiem się tam znalazłam. I okazało się, że jestem jedną z trzech niepełnosprawnych osób. Pobłogosławił nas, kiedy schodził ze sceny.

 

Nie masz czasem ochoty odpuścić sobie tych wszystkich akcji, wyjazdów i zostać w bezpiecznym, wygodnym domu?

Wiesz, odkąd siedem lat temu udało mi się wyjść z domu, zamieszkać samodzielnie bez rodziców i zacząć swoje życie, jest mi dużo trudniej się poddać. Mimo że jest mi dużo trudniej żyć.

Codziennie potrzebuję pomocy około czterech osób, żeby czuć się bezpiecznie. Nie wiem jak to jest, że żyję tak od siedmiu lat, bo ci ludzie nie są opłacani. Po prostu są.

Co dała Ci cała ta wyprawa?

Dodała mi pewności siebie. I pewności w to, że Pan Bóg naprawdę jest. Niezależnie od tego, co mówią ludzie, jeżeli On czegoś chce, to to zrobi. Nawet, jeśli to brzmi abstrakcyjnie.

Wiesz, to nie było tylko dla mnie, ale dla ludzi. Dla choćby jednej osoby, którą ta historia otworzy na Pana Boga.

 

*Basię Turek i jej inicjatywy można obserwować na jej Facebooku.