Aleteia

Małżeństwo? Nie korzystać!

@poczatekwiecznosci.pl/Instagram
Udostępnij
Komentuj

Wtedy nie wiedziałem nawet o istnieniu ks. Dolindo. Za to, znając historię swojego życia i wszelkie własne słabości, nie mogłem nie oddać mojego małżeństwa pod Jego stopy.

On nigdy się nie zmieni!

W zasadzie codziennie dostajemy z żoną wiadomości dotyczące relacji. Nie skłamię, jeśli napiszę, że 99% z nich pochodzi od kobiet. „Dogadujemy się, ale nie jest już jak dawniej”, „Kocham go, ale on mówi, że się nie zmieni”, „Ja już nie wiem, co się musi stać w życiu mężczyzny, żeby…” to tylko niektóre z tekstów, które wypełnione są… obawami o przyszłość.

Na kilka godzin przed własnym ślubem, klęczałem przed Najświętszym Sakramentem i modliłem się słowami: Ty się tym zajmij!”. Wtedy nie wiedziałem nawet o istnieniu ks. Dolindo. Za to, znając historię swojego życia i wszelkie własne słabości, nie mogłem nie oddać mojego małżeństwa pod Jego stopy. Bo choć obserwatorzy mojego „starego” życia mogli powtarzać: „on się nigdy nie zmieni”, to jednak, dzięki Bogu, nie mieli racji. Dlaczego?

 

Wziąć krzyż i naśladować

Zdarza się, że w małżeństwie „nie idzie” tak, jakby się chciało. Ba, czasem w ogóle nie da się iść. Człowiek „leży i kwiczy”. Z bezsilności, z nieprzebaczenia, z buntu. Buntu przed wzięciem krzyża. Papież Franciszek napisał kiedyś:

Wszystkie małżeństwa miewają trudne momenty. Te jednak spotkania z krzyżem mogą umacniać na drodze miłości.

O jakie spotkania z krzyżem chodzi?

Pokusą, której długi czas ulegałem, jest myślenie, że chodzi o krzyż Chrystusa. Ten z Golgoty. Znak, któremu sprzeciwiać się będą. W głowie mężczyzny to wielki, majestatyczny bój o coś, co już dawno „wykonało się”. Tymczasem On mówi: „wyrzeknij się siebie”, „weź swój krzyż” i „strać życie”. Tylko w ten sposób będziesz mógł mnie naśladować.

 

 

Oddaj kanapkę. Oddaj życie!

 Wróciłem niedawno do książek Johna Eldredge’a. W jednej z nich pisze on:

Chciałem być rycerzem, ale nie chciałem krwawić (…). Problemem numer jeden mężczyzn i ich kobiet jest to, że my, mężczyźni, kiedy mamy naprawdę o nie walczyć… wahamy się. Ciągle staramy się ocalić siebie; zapomnieliśmy o głębokiej radości płynącej z oddawania życia za drugich.

Nie sposób się nie zgodzić. Często powtarzam, że współczesny mężczyzna stoi w rozkroku, trzymając nogi w dwóch rzekach. Nurty te choć nie zawsze płyną ze źródła Brak Ojca, to najczęściej nazywają się Strach i Chciwość. Tymczasem w tej całej opowieści zgadza się tylko rozkrok, bo bez niego ciężko wsiąść na konia i popędzić do walki.

Nawet jeśli ma to być walka (z samym sobą) o oddanie swojej kanapki głodnej małżonce, czy wstanie w nocy do dziecka, nie mówiąc o niezaplanowanym sprzątaniu przed nagłym przyjazdem teściów. Te „błahostki” pokazują jak daleko mi do oddawania życia w mojej codzienności.

 

 

Małżeństwo? Nie korzystać!

 Kiedy przychodzi przeszkoda, przeciwność losu, jak np. choroba, zwyczajnie, po ludzku boimy się postawy służby i krzyża. Nie trzeba jednak tragedii, żeby żyjąc w postawie „oczekuję, że”, „należy mi się” zmarnować nasz małżeński czas umierania dla drugiego. Doświadczenie tajemnicy krzyża przynosi bowiem pokój, którego nie może przynieść nic innego.

Odkąd to sobie uświadomiłem, nie chcę uciekać od umierania w małżeństwie! Co więcej, ostatecznie nie znam w małżeństwie słodszych chwil. Nie zawsze potrafię – egoizm nie pozwala. Ale widzę swojego Mistrza. Uczę się od Niego, by nie korzystać… ze sposobności bycia na równi, nawet jeśli moja męska duma mi w tym przeszkadza. Ubrany w piórka mniemania o sobie próbuję ogołacać samego siebie i, jak potrafię, służę żonie, będąc – ja, buntownik – posłusznym aż do moich codziennych śmierci. Bo choć słysząc dzisiejsze Słowo, w pierwszym odruchu myślę: „ale dlaczego?!”, wiem, że On wtedy, na kilka godzin przed naszym ślubem, usłyszał i… zajął się.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail