Aleteia

Mąż: Camino zmieniło mnie bardziej, niż miesiące kursów i wiele książek

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Ruszyliśmy z żoną na Camino. Pierwsze wspólne – tylko my i trasa do Santiago. Było pięknie, było trudno i było inaczej niż sobie wyobrażałem. Nie zamieniłbym jednak tego czasu na żadne Chorwacje, Grecje i Teneryfy.

Nietypowa podróż poślubna

To był piękny miodowy miesiąc. Od początku naszej relacji wiedzieliśmy, że po  ślubie chcemy ruszyć w drogę do Santiago de Compostela (z hiszpańska i w skrócie znanym jako Camino de Santiago). Zresztą, nie pierwszy raz odwiedziliśmy grób św. Jakuba Apostoła.  Za to pierwszy raz – jako małżeństwo.

Tym, co napiszę, złamię zmowę milczenia wokół mitu „idealnej” podróży poślubnej. Nie zawsze jest sielankowo. I moim zdaniem nie musi być. W naszym wypadku poza tym, że był to piękny czas, był to trudny czas.

Bo nie wszystko podczas wędrówki jest przyjemne. Kolejne kilometry i kilogramy na plecach dają się we znaki. Do tego dochodzą nie zawsze komfortowe warunki w albergues (czyli schroniskach dla pielgrzymów). To wystawia na próbę charaktery „najcudowniejszej” żony i „najwspanialszego” męża.

Dlaczego warto ? Okiem męża

Skoro nie było idealnie, to dlaczego twierdzę, że nie zamieniłbym tej podróży na żadną inną? Powody są co najmniej trzy.

  1. Zweryfikowałem obraz siebie.

Był to czas weryfikacji naszych oczekiwań i spojrzenia na siebie i świat. To właśnie camino (czyli droga) zmieniło mnie bardziej niż miesiące kursów i wiele książek. Ono zmieniło także nasze małżeństwo. Zobaczyłem wyraźniej moje słabości – niecierpliwość, egoizm i perfekcjonizm. Zobaczyłem, że nie jestem idealnym mężem. I nigdy nie będę. I co najważniejsze – moja żona tego nie oczekuje.

 

  1. Zacząłem słuchać mojej żony

Właśnie, to jest dowód na to, że naprawdę warto słuchać. Moja żona nie oczekuje ideału – ona wybrała mnie, a nie wymyślonego supermana. Przekonałem się też, że stereotypy się nie sprawdzają. A kobiety, jeśli mówią „nie”, to zazwyczaj oznacza „nie”.

„Nieba bym Tobie przychylił” – mówimy. I ja też bym dla mojej żony tak zrobił. Tylko co z tego, jeśli ona wcale tego nie chce? Droga boleśnie otworzyła mi oczy (i uszy) na to, czego pragnie moja żona. Pozwoliła mi zobaczyć różnicę pomiędzy tym, co JA CHCĘ zrobić dla mojej żony, a tym czego ONA CHCE. Naprawdę warto SŁUCHAĆ drugiej osoby. Szczególnie, gdy już NAPRAWDĘ ma dosyć wyręczania i pomagania jej we wszystkim.

 

  1. Doświadczyłem, że nie jestem zbawicielem.

Bo np. pogody nie zmienię. Co z tego, że w całej Hiszpanii jest upał. Co z tego, że żona pragnie w głębi serca poopalać się na hiszpańskim słońcu. A akurat u nas jest max. 24 stopnie i czasem słońce, czasem deszcz. I choćbym zmówił tysiąc litanii. I choćbym przejrzał setki prognoz, to pogody nie zmienię.

Nie jestem w stanie spełnić wszystkich pragnień mojej żony. I nigdy nie będę w stanie. Niby to wiedziałem, ale widocznie potrzebowałem przekonania się o tym w praktyce. Może po to, żeby pamiętać, że to Jezus jest Zbawicielem, a nie ja. A małżeństwo nie polega na tym, żebyśmy dla siebie byli wybawicielami, ale byśmy razem patrzyli ku Niebu i tam szli.

To, co zyskałem podczas camino warte było odrobiny trudu. I chwała Bogu, że nie była to „idealna” podróż poślubna. Dzięki temu jesteśmy bliżej siebie – jesteśmy lepszym małżeństwem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail