Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Prawie zginąłem tuż po urodzeniu, czyli historia pewnego szczęściarza

fot. Shutterstock
Udostępnij

W jednych domach, gdzie żyje się skromnie, mówi się, że „nic” to pół litra na dwóch. W moim domu „nic” to odciski na dłoniach mojego taty, gdy wracał po 12 godzinach pracy.

Jestem szczęściarzem. I dlatego piszę ten tekst, siedząc w kawiarni i popijając kawę, za cenę której moja mama ugotowałaby obiad.

Na dwa dni.

Od urodzenia byłem szczęściarzem. Znajoma mojej mamy jest pielęgniarką w okolicznym szpitalu. Była przy moim porodzie. Oprócz mojej mamy, oczywiście. Lekarki nie było, wyszła gdzieś, bo miała coś ważniejszego do zrobienia niż zajęcie się kobietą, która „nie krzyczy, bo dziecko jeszcze nie pcha się na świat”. Dziecko jednak miało inne plany. Jakoś tak wyszło… Dosłownie.

Owa pielęgniarka zauważyła kątem oka, że mały Dawidek jest już bardziej na świecie niż w mamie i zmierza, niczego nieświadom, ku spotkaniu z płytkami na podłodze. Bo jeszcze niczego nie przygotowali. W końcu – „nie krzyczy, nie histeryzuje mi tu, ja tu jestem lekarz”.

Gdyby nie refleks pielęgniarki, pewnie dziś ludzie zastanawialiby się, czy to, co znajduje się powyżej mojej szyi, to aby na pewno twarz. Jedną nogą byłem już na tamtym świecie. Na szczęście, za drugą złapała mnie pani Helenka.

Także ten. W życie wszedłem na pełnej petardzie, jak mawiał klasyk. „Centymetry od podłogi” – zarzekała się Helenka.

Spokojnie, nie będę opowiadał Ci całego mojego życia. Tylko te ważniejsze momenty. Wytrzymaj. Na końcu jest coś, czym bardzo chcę się z Tobą podzielić. Nie, to nie kupon rabatowy. 😉

Otóż, jak już Ci wspomniałem, piję teraz wcale nie najdroższą (jak na stolicę) kawę, czyli dwudniowy obiad w moim rodzinnym domu. Owszem, nie przelewało się, ale ten obiad jest dobrym przykładem zaradności moich rodziców. W jednych domach, gdzie żyje się skromnie, mówi się, że „nic” to pół litra na dwóch. W moim domu „nic” to odciski na dłoniach mojego taty, gdy wracał po 12 godzinach pracy.

A i tak nie wystarczało. Na ciuchy ze sklepu. Na wakacje w wakacje. Na satelitę, żeby oglądać „Dragon Ball Z”. Żeby na wszystko inne starczyło, mama nie wykupowała czasem sobie wszystkich leków. Nie myśl, że nie wiedziałem, mamo…

Jestem szczęściarzem. Tylko nieco późno się zorientowałem.

Moi lepiej sytuowani koledzy w wakacje jeździli na Kretę, ja co najwyżej wychodziłem na kretyna, jedząc w McDonaldzie kanapki z domu, podczas szkolnych wycieczek. Czy też bojąc się korzystać z windy – jak nigdy się z niej nie korzystało to ilość przycisków mogła oszołomić, prawda?

 

View this post on Instagram

#dancretu #venus #elevator #contemporary

A post shared by Dan Cretu (@dan_cretu) on

 

W szkole trzymałem się zawsze z ludźmi ze wsi, choć sam byłem w 100% mieszczuchem z 5-tysięcznej metropolii. Myślisz, że w mieście, gdzie po ulicach ganiały czasem krowy, nie było różnic my-oni? Ha! Zdziwiłbyś się, ile razy moi koledzy słyszeli za sobą gorzką melodię przeciągliwego „wsiurrr” albo „wieśniak”.

Teraz sobie myślę, że byli mi bliżsi też dlatego, że ich ręce z czasem zaczęły przypominać dłonie mojego taty. Krowy same się nie wydoją, a ziemniaki nie zbiorą… Ja w ciągu roku nie pracowałem. „Ucz się, żebyś nie musiał biegać z łopatą tak jak ja” – mówił tata. Pracował w wykończeniówce. Wykańczał przede wszystkim siebie i swoje zdrowie.

Pomagając mu w wakacje w pracy, nauczyłem się malować, szpachlować, kłaść panele, wymieniać gniazdka, kontakty. Mówię Ci, jestem szczęściarzem!

Czy czułem się gorszy? Nie wiem, trudno powiedzieć, uczyłem się całkiem nienajgorzej, byłem dość wygadany (za co pewnie wcale nie jesteś teraz mi wdzięczny, bo obiecałem, że NA KOŃCU będzie coś ważnego). Na pewno czułem się inny, czułem, że ci zamożniejsi mają swój świat, do którego mi w niemarkowych butach nie wypada włazić.

 

 

Nawet teraz, siedząc w kawiarni, mam wrażenie, że trochę tu nie pasuję. Ciągle nie mam Raybanów, nie piszę tekstu na najnowszym MacBooku, nie mam modnych ciuchów i wąsika à la Wołodyjowski. Nie dyskutuję o ostatnim albumie nepalskiego tamburynisty o izraelskich korzeniach. Nie chwalę się moją 364 fotką z wakacji w Miami. No dobrze, ale odbiegam od tematu… Sorry!

Otóż nie odkryłbym, że jestem szczęściarzem, gdyby ktoś pod koniec liceum nie powiedział mi, że mogą mi płacić za to, że mam niski dochód, jestem z małego miasta i dobrze się uczę. „Zacny interes, milordzie!” – pomyślałem sobie, widząc już oczami wyobraźni, jak wchodzę do sklepu obuwniczego, cały na biało, i kupuję w końcu te reeboki, które zawsze mi się podobały. 239 zł, do dziś pamiętam. Fortuna!

Tym razem to ja czułem się, jakbym złapał kogoś za nogi. Dokładniej – Pana Boga. Okazało się, że mogę do tego wszystkiego dostać indeks na studia i to na uniwerku w Warszawie. Czyli była szansa, że nie pójdę na kierunek „cośtakiegożebyśpotemrobotęmiał” w miejscowości Bliżej i Taniej.

Nie będę wdawał się w szczegóły (tak, też się cieszę, że już zaczynam kończyć to, co chcę powiedzieć), ale zasadniczo dostałem tak indeks, jak i stypendium. Na drogę do Warszawy dostałem też mnóstwo słoików, jak na wieśniaka przystało. W końcu stałem się jednym z moich kolegów ze szkoły.

Na miejscu okazało się, że, i tu Cię zaskoczę, jestem naprawdę szczęściarzem.

Instytucja, która dała mi indeks i stypendium, miała wśród swoich podopiecznych o wiele bardziej dramatyczne historie. Poznawałem je w miarę czasu, jaki spędzałem razem z nimi podczas organizowanych spotkań i wyjazdów. Przejęła Cię opisana powyżej historia o spracowanych rękach mojego taty?

To spróbuj wyobrazić sobie, jak ciężko musieli pracować rodzice mojego kolegi, mając na utrzymaniu piętnaścioro dzieci. Co musiała przeżywać moja koleżanka, której samotnie wychowująca ją matka, niedługo po śmierci ojca, zachorowała na raka mózgu? Ile musiało kosztować ją rzucenie wymarzonych studiów, by zająć się chorą?

Co czuł chłopak (pierwszy z wyższym wykształceniem w rodzinie!), którego rodzice – nie radząc sobie z alkoholizmem – obciążyli go spłatą kilku chwilówek i utrzymaniem dwójki rodzeństwa? Co miała w sercu dziewczyna, której matka targnęła się na swoje życie, nie radząc sobie z problemem alkoholowym męża?

To nie scenariusze telewizyjnych paradokumentów, choć może tak brzmią. To historie, które po dłuższych rozmowach zostały wyszeptane lub wypłakane do mnie lub w mojej obecności. Opowiadały je osoby, których nigdy bym o taki życiorys nie podejrzewał – piękne, odważne, uśmiechnięte i otwarte na drugiego człowieka. Nie bój się temu nie wierzyć – ja też na początku nie wierzyłem.

Jestem szczęściarzem też dlatego, że wśród podopiecznych tej organizacji znajdowały się osoby naprawdę wybitne. Do dziś zastanawiam się, czemu mnie przyjęli. Laureaci olimpiad, stypendyści renomowanych instytucji, reprezentanci Polski, pasjonaci. Pod żadną kategorią nie mogę się podpisać, niestety. No dobrze, średnią miałem całkiem niezłą, ale zdobywaną, jak przystało na dziecko, które zaczęło swoje życie od zaliczenia (prawie) gleby – cały czas „na przypale”.

 

 

Gratuluję Ci, dobrnęliśmy już do końca! No, prawie…

Otóż, dlaczego ja Ci to wszystko piszę na katolickim portalu? Ok, moi rodzice chodzili do kościoła, zabierali mnie ze sobą. Zapewne, jak jakieś 80% rodziców w Polsce. Mała wiara w dużym mieście ginie jednak nadzwyczaj szybko. Dziś wiem, że łaską dla mnie byli właśnie ci ludzie z tej organizacji – dzięki nim rzuciłem się na głęboką wodę poszukiwania wiary.

Nie wspomniałem Ci, że to katolicka organizacja? Przepraszam. Nie będę już owijał w bawełnę – tą organizacją jest „żywy pomnik Jana Pawła II”, czyli Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”.

Od początku tego tekstu miałem jeden cel – chciałem Ci powiedzieć, jak wiele ludziom z tej Fundacji zawdzięczam, jak bardzo mi pomogli i jak świetną robotę robią, pomagając ludziom takim jak ja albo tym bardziej potrzebującym i jeszcze zdolniejszym.

Jeśli możesz – pomóż im w zbliżającej się zbiórce pieniędzy na fundusz stypendialny. Jako wolontariusz lub, jeśli Cię stać, jako darczyńca wpłacając jakąś kwotę na ich konto. Może spotkamy się na ulicach Warszawy, gdzie ja też będę kwestował na ich rzecz.

 

Klikając tutaj możesz dowiedzieć się więcej o Fundacji oraz o tym, jak można im pomóc.

 

Dziękuję, że poświęciłaś/eś mi tych kilka chwil, by wysłuchać tego, co chciałem Ci opowiedzieć. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego tekstu dojdziesz do wniosku (jeśli jeszcze tego nie wiesz), że też jesteś szczęściarą/rzem. 🙂

 

Napisałem Ci to, co leżało mi na sercu, więc wybacz, że zmieniłem swoje imię, a także szczegóły historii osób, które tu przedstawiłem. Zrozum, proszę, że niektórzy – identyfikując mnie – mogliby zidentyfikować także opowiedziane tu życiorysy, które są czymś, co częściej szepcze się na ucho, niż pisze na dużym portalu… Dziękuję.

Dawid

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail