Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Ks. Łukasz Kachnowicz: Czego się nauczyłem od anonimowych alkoholików

ANONIMOWI ALKOHOLICY
Shutterstock
Udostępnij

Kiedy opowiadają swoje „piciorysy”, człowiek może zobaczyć, że nie jest sam ze swoją trudną historią. Czasem wydaje się, że drugi człowiek bardziej potrzebuje świadectwa naszej słabości, niż mocy.

Poproszono mnie o poprowadzenie dni skupienia dla grupy anonimowych alkoholików. Temat był o słuchaniu. Dosyć szybko zorientowałem się, że wcale nie przyjechałem tylko mówić, ale także słuchać.

Ja głosiłem konferencje i homilie, a alkoholicy mówili w czasie mityngów. Pierwszy raz wziąłem udział w takich spotkaniach i wszystkie były dla mnie niesamowicie mocnym i ważnym doświadczeniem. Czego można nauczyć się od anonimowych alkoholików?

Szczere mówienie o sobie to podstawa

Pierwsze, co mnie poruszyło na mityngach, to szczerość, z jaką mówili o swoim życiu: o tym wszystkim, co wiąże się z ich uzależnieniem, o rynsztoku, w którym się znaleźli, o cierpieniu, którego doświadczyli oni i ich bliscy, o zmaganiach z wychodzeniem z uzależnienia i wyzwaniach życia w trzeźwości, o sukcesach i porażkach.

To są naprawdę poważne i trudne historie. Stają w prawdzie i mówią o swoim doświadczeniu, takim jakie ono jest. Są naprawdę przejrzyści i to pomaga ich słuchać, bo są wiarygodni. Już samo stwierdzenie, od którego każdy z nich zaczyna swoją wypowiedź na mityngu jest stanięciem w prawdzie: „jestem alkoholikiem”.

Kiedy na jednym z mityngów podzieliłem się swoim doświadczeniem, ktoś powiedział mi później: „Dzięki Łukasz, jesteś szczery i prawdziwy, jak nie ksiądz”. Zrozumiałem, że nam, księżom też trzeba się uczyć szczerości wobec ludzi i bycia przed nimi prawdziwymi.

Twoje sukcesy i porażki są tak samo ważne

Szczere mówienie o sobie jest ważne dla całej grupy. Szczególnie, kiedy na mityng przychodzi ktoś nowy, kto rozpoczyna swoje trzeźwienie. Uczestnicy mityngów najwięcej dostają słuchając innych. Kiedy inni opowiadają swoje tzw. „piciorysy”, człowiek może zobaczyć, że nie jest sam ze swoją trudną historią.

Czasem wydaje się, że drugi człowiek bardziej potrzebuje świadectwa naszej słabości, niż mocy. Tak ważne jest odkrycie: To Ty też tak miałeś/masz? Czasem może okazać się, że historia drugiego jest jeszcze trudniejsza, a wtedy przychodzi nadzieja: skoro on z tego wyszedł, ja też mogę. Uczestnicy dzielą się swoimi błędami, porażkami po to, żeby inni mogli się na nich uczyć, ale także mówią o swoich sukcesach, o tym, co im pomagało trzeźwieć i pomaga żyć w trzeźwości.

Na mityngach zrozumiałem, że każdy element doświadczenia jest ważny i nigdy nie wiadomo, czy drugiemu człowiekowi akurat pomoże moje podzielenie się porażką czy sukcesem. Trzeba mówić o jednym i o drugim, także w wymiarze duchowym.

Wszyscy jesteśmy tacy sami, więc nie oceniaj drugiego

Na mityngu nie ma lepszych i gorszych alkoholików. Niezależnie, kto siedzi na sali, jaką ma historię, wszyscy są równi w tym doświadczeniu: wszyscy mają tę samą chorobę i podkreślają to mówiąc za każdym razem zabierając głos: „jestem alkoholikiem”. Tak samo, jak Andrzej, który mówił przede mną i jak Bożena, która będzie mówić po mnie.

Bez różnicy, czy upijałem się whisky czy denaturatem, czy piłem w zaciszu domu, w ekskluzywnej restauracji czy pod blokiem. Każdy ma inną historię picia i trzeźwienia, ale nikt nie jest w tym ani lepszy, ani gorszy.

Pewnie właśnie to pomaga mówić szczerze o swoim życiu, bo nikt nie ocenia drugiego. Wszyscy są przyjęci tacy, jacy są i mają prawo do swojej historii, i swoich doświadczeń. Chyba właśnie tak powinno wyglądać przyjmowanie siebie nawzajem w Kościele.

Wszystko jest po coś

Było jednak coś, co zrobiło na mnie największe wrażenie: alkoholicy, którzy uznają swoją historię za dobrą. Naprawdę wielu z nich mówiło w czasie mityngów wprost, że są wdzięczni za tę drogę, którą przeszli, za ich historię, która doprowadziła ich do dnia dzisiejszego.

To początkowo szokuje. Jak to? Przecież tyle cierpienia, tyle zła. Tego nikt nie negował, a jednak podkreślali: moja historia ma sens. Nawet błędy, upadki, nawet ten rynsztok, w którym się znajdowali są po coś. To zdanie wracało jak bumerang: wszystko jest po coś w naszym życiu.

Normalnie uznałbym to za frazes, ale to mówili ludzie, którzy naprawdę doświadczyli życia w różnych odsłonach, na poważnie. Z ich ust brzmi to bardzo wiarygodnie. Owszem, widzą to z perspektywy czasu, ale jednak widzą, że cała ich historia ma sens, że nie ma takiego rynsztoku, z którego nie może wyjść dobro. To była dla mnie niesamowita lekcja patrzenia na swoją (i nie tylko) historię.

W każdym może objawić się Boże piękno

Trudne są te historie spotkanych przeze mnie alkoholików. Niektóre się wyprostowały, a inne skrzywiły się na dobre. Tak, są w ich historiach zranienia, cierpienie, często do dziś noszą wewnętrzne blizny. Jeden z nich miał nawet taką bliznę bardzo widoczną na pół twarzy po tym, jak dostał padaczki alkoholowej w pracy i upadł na rozgrzaną maszynę.

Niektórzy nie mogą przystępować do Komunii, bo ich małżeństwa rozpadły się i weszli w nowe związki, a mimo to, kiedy ich słuchałem, czułem jak blisko są Boga i jak blisko nich jest Bóg. Widziałem w spotkanych alkoholikach niesamowite Boże piękno.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail