Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Serce i rozum – czy jest między nimi złoty środek?

MĘŻCZYZNA W SKLEPIE
Caleb Lucas/Unsplash | CC0
Udostępnij

Nie ma chyba zdrowej osoby, która dałaby się zabić w imię zarabianych pieniędzy, ale sądzę, że (na szczęście!) nie brakuje ludzi, którzy byliby gotowi zginąć za tych, których kochają, którym poświęcili swoje życie.

Wybierz własną drogę i bądź jej wierny

Kiedy człowiek przychodzi na świat nie jest istotą nieograniczoną w możliwościach, posiadającą pełną dowolność sposobu swojego postępowania, swoich decyzji. Rodzi się w konkretnej przestrzeni kulturowej, z konkretnymi danymi fizycznymi, z określonym pochodzeniem. Tak samo też żyje – kształtowany przez ludzi wokół, przez doświadczenia nabywane z wiekiem, przez decyzje, które podejmuje.

Chociaż na wiele rzeczy nie ma wpływu, to jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dysponuje pewną autonomią w kierowaniu swoim losem i choć życie może wydawać się odgórnie wytyczoną drogą to między jej jedną, a drugą krawędzią mamy wystarczająco wiele miejsca, aby móc obrać własny szlak. A u progu tego wyboru jest niezmiennie pytanie o tożsamość i sens. Szczególnie mocno pyta się o to w chwilach, gdy jakieś wydarzenie zmienia (choć na chwilę) spojrzenie na rzeczywistość.

 

Słuchać serca czy rozumu?

Pytając o to, szuka szczęścia i sposobu, aby takim być. A odpowiedź? Myślę, że znajduje się gdzieś na drodze życia między jedną krawędzią, a drugą – między sercem, a rozumem; między idealizmem, a skrajnym realizmem. Bo to właśnie między nimi toczy się pozorny spór o to, co robić, bo chociaż chcą nas prowadzić, ku temu samemu celowi, to wskazują różne ścieżki.

Szczególnie widać to dzisiaj, w otwartym świecie wielkich możliwości, który też łatwo podsuwa jeden sposób – kariery i racjonalnego podejścia do rzeczywistości. Tego też często się oczekuje – doskonałej pracy, udanego życia osobistego, czerpania przyjemności ze świata, samorealizacji, dobrego miejsca w światowej piramidzie finansowej. Pieniądze jednak w większości nie są celem samym w sobie, ale mają stać się środkiem zaspokojenia potrzeb i dodania trochę szczęścia. Idealnie zostało to ujęte w filmie „Wilk z Wall Street”: „Z problemami wolę sobie radzić siedząc z tyłu limuzyny w garniturze za 200 000€ i z zegarkiem za kolejne 40 000€”.

Łatwo też potrafi przyjść skupienie na samym sobie i swoich sprawach. Zawsze istnieje ryzyko, że spłyci się swoje życie i nie wejdzie w głąb. Nauczyliśmy się wykorzystywać to, co daje nam współczesność, aby ograniczyć siebie, a później coraz częściej korzystamy z takich metod, bo boimy się wkroczyć w dżunglę własnych uczuć i przemyśleń.

 

Ustatkowanie i spokój – najwyższa wartość?

Czy naprawdę wiemy, kim jesteśmy? Czy rzeczywiście idąc tylko drogą kariery i biznesu staniemy się szczęśliwi? Jakiś czas temu przebadano grupę ludzi pytając ich o to, co według nich sprawia nam najwięcej bólu. W ogromnej większości odpowiedzią była miłość. Czy dlatego nie lepiej skupić się na sobie, swojej drodze i nie zostawiać miejsca dla drugiej osoby, na której miałoby nam zależeć? Przecież boimy się tego, że gdy oddamy komuś nasze serce to może nas to wiele kosztować i bardzo boleć, gdy nasz wybór zawiedzie.

Może dlatego właśnie dzisiaj stawiamy miłość z boku, bo wolimy wybrać to, co pewne, niż uganiać się za wiatrem w polu. Unikamy zaangażowania, które mogłoby okazać się nietrafione, bo boimy się zranień. Znamy dobrze swoje potrzeby związane z drugą osobą w naszym życiu, ale chętnie idziemy na to, by zaspokajać je w sposób nie angażujący naszego serca. Nie chcemy zostać na lodzie. Rozum wstrzymuje nas przed dużym ryzykiem.

 

Czy miłość jest nam jeszcze potrzebna?

Czy zatem miłość jest już nam niepotrzebna? Czy ogółem idealizm to ślepa uliczka skazująca idących nią na nieustanne bieganie i próbowanie schwytania niemożliwego? Chociaż boimy się to tęsknimy za prawdziwymi wartościami, autentyczną miłością. W głębi siebie czujemy, że tak naprawdę nic innego nie zapewni nam pełnego szczęścia. Znaczna większość wytworzonej przez ludzi kultury wskazuje na to, że choć obecnie z dojrzewaniem odchodzimy od ideału miłości to konsekwentnie jej poszukujemy.

Nie ma tak naprawdę dzieła, w którym nie istniałoby jakiekolwiek odniesienie do tego fundamentu. Dużo większą czcią darzymy bohaterów (nawet fikcyjnych), którzy potrafili przełamać schemat codzienności i ruszyć w nieznane, by osiągnąć coś niesamowitego, niż ludzi, którzy choć osiągnęli bardzo dużo, ale ich droga była stricte racjonalna.

Niewątpliwie większe emocje wzbudza w nas Matka Teresa z Kalkuty, która z miłości poświęciła się ludziom potrzebującym, niż Alexander Bell, chociaż bez istnienia telefonu nie wyobrażamy sobie życia.

 

Serce i rozum – złoty środek

Czy da się zatem znaleźć złoty środek między sercem, a rozumem? Myślę, że doskonale obrazuje to na pewnym przykładzie Charles Duhigg w swojej słynnej książce „Siła nawyku”. Opisuje on pewną futbolową drużynę, którą trener nauczył korzystania (bardzo racjonalnie) z nawyków na boisku. Strategia ta miała doprowadzić zespół do sukcesów. I chociaż rzeczywiście drużyna zaczęła wygrywać większość meczy (po kilku sezonach przegranych z kretesem) to w decydujących meczach finałowych przegrywała.

Czegoś brakowało, sama naukowa taktyka nie skutkowała, nie było decydującego elementu. Zmieniło się to wtedy, kiedy trener drużyny przeżywał trudne chwile w życiu prywatnym (stracił syna), a piłkarze postanowili dać z siebie wszystko, aby chociaż zwycięstwem w finale dać mu trochę radości.

Jak sami podkreślają, to, czego im brakowało, to była wiara. Myślę, że to idealnie przekłada się na naszą codzienność. Faktycznie, w przeciętnej sytuacji warto iść za rozumem – uczyć się, pracować, piąć się w górę po biznesowej drabinie, dążyć do tego, co wielkie docześnie, ale ostatecznie to właśnie nasza wiara w wartości jest czynnikiem najbardziej istotnym w decydujących sytuacjach. Nie ma chyba zdrowej osoby, która dałaby się zabić w imię zarabianych pieniędzy, ale sądzę, że (na szczęście!) nie brakuje ludzi, którzy byliby gotowi zginąć za tych, których kochają, którym poświęcili swoje życie.

Bardzo podoba mi się pytanie z filmu „Dziewczyna z sąsiedztwa”: „Kiedy ostatnio zrobiłeś coś szalonego?”. Wierzę, że warto pójść w ciemno, warto zaryzykować, by złapać wiatr w polu, by zrobić coś niemożliwego.

Możemy zostać po tej stronie ścieżki, gdzie są barierki, łańcuchy i jest się czego złapać, ale (tak jak to bywa w górach) najlepsze widoki są tam, gdzie nie ma zabezpieczeń i trzeba zaryzykować. Zmieniając swoje podejście nie chodzi o to, aby je zrewolucjonizować, ale nadać mu inny wymiar. I faktycznie, jeśli uwierzymy, to droga rozumu nabierze głębi prowadzącej nas ku zwycięstwu, ku miłości. Bo co mi z tego, że miałbym tak wielką wiedzę i wszystko posiadał, gdybym nie miał miłości? Byłbym niczym, jak to ujął św. Paweł (por. 1 Kor 13).

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail