Aleteia

Św. Leopold Mandić – męczennik konfesjonału: Nie potrafiłem wzbudzić żalu u penitenta [Wszyscy Świetni]

LEOPOLD MANDIC
Udostępnij

Metodę miał genialnie prostą. Żalu za grzechy i dobrej intencji dopatrywał się już chociaż w tym, że ktoś zdecydował się przyjść do konfesjonału i uklęknąć. Przyszedłeś, a więc czujesz, że coś jest nie tak…

Żałujesz? Żałuję. Nie potrzeba niczego innego. To wystarcza, żeby stać się dobrym, być nim dzień po dniu. A jeśli znowu upadnę? A nie mógłbyś umrzeć, zanim upadniesz?
– św. Leopold Mandić

 

Leopold (w świeckim życiu: Bogdan) Mandić urodził się w 1866 r. w przepięknym, malowniczym mieście Herceg Novi, leżącym u wejścia do Zatoki Kotorskiej. Z pochodzenia był Chorwatem. Choć całe dorosłe życie spędził we Włoszech, zawsze niósł ze sobą w sercu swoje rodzinne strony, w których żyjący obok siebie ludzie wierzyli w Boga na miliard różnych sposobów (ponad dwie trzecie ludności wyznawało prawosławie, jedna piąta – islam, katolików było tam pewnie jedynie tylko około pięciu procent).

 

Jedność chrześcijan

Mając 16 lat, zdecydował się wstąpić do kapucynów (zrobił to w Udine, na północy Włoch). Od samego początku zakonnej drogi nie opuszczało go przekonanie, że jego powołaniem jest staranie się o jedność chrześcijan. Wciąż powtarzał, że jego przeznaczeniem jest Wschód, był gotów poświęcić wszystko by – powiedzmy to sobie wprost – jak największą liczbę prawosławnych przekonać do wiary katolickiej.

Dziś patrzymy pewnie na to mądrzejsi o cały XX wiek, Sobór Watykański II, historię wojen światowych, wojenek etnicznych i religijnych, dramaty rozgrywające się jeszcze nie tak dawno na Bałkanach, Ukrainie. Wiemy (większość z nas chyba już wie), że budowanie jedności nigdy nie może polegać wyłącznie na próbach zapisania „tamtych” do naszego klubu.

Oni też mają swoje racje, prawa, tradycję – będąc na ich miejscu, też nie bylibyśmy skłonni, ot tak, ich porzucić. Rzecz więc nie w tym, żeby się zwerbować, ale żeby się spotkać. I spotykać tak długo, aż zrozumiemy, że liczy się nie strój ani sposób, w jaki maszerujemy, oraz to, jakie śpiewamy przy tym pieśni, ale wspólny kierunek.

 

Męczennik konfesjonału

Opatrzność jednak zaproponowała mu inną drogę realizacji intuicji, że najważniejszym zadaniem w życiu księdza jest godzenie ludzi z Bogiem i przed Bogiem. Święty Leopold Mandić znany jest bowiem przede wszystkim jako męczennik konfesjonału, w którym spędził prawie pięćdziesiąt lat.

Próbował zajmować się w zakonie innymi rzeczami: wykładać, głosić kazania, wychowywać młodzież, trochę pisać. Parę razy wyrwał się na bałkańskie misje. Ostatnia trwała miesiąc. Po tym czasie otrzymał pismo przełożonego, który prosił go, by jednak wracał do Padwy. Naciskał biskup, naciskały środowiska twórcze miasta, profesorowie, studenci, księża, ale też „zwykli” ludzie.

Przełożony o. Leopolda, składając mu tę propozycję nie do odrzucenia, przypomina mu w liście świętego Antoniego, który też bardzo chciał płynąć na misje do Afryki, ale uparty wiatr stale zawracał statek do włoskich wybrzeży. Tak to czasem bywa w życiu ludzi, którzy zdecydowali się oddać lejce swego życia Panu Bogu, że jedyną ich modlitwą staje się: „co zrobisz, jak nic nie zrobisz”.

 

„Nie potrafiłem wzbudzić żalu u penitenta”

Ojciec Leopold do końca życia będzie nawet po kilkanaście godzin dziennie spędzał w małej spowiednicy, opierając się o słowo przekazane mu kiedyś przez jedną z osób, które wyspowiadał: „Jezus mnie zobowiązał, by powiedzieć ojcu, że każda dusza, której ojciec towarzyszy w spowiedzi jest ojca Wschodem”.

Jakim spowiednikiem był o. Leopold? Ludzie wychodzili od niego nie tylko „moralnie oczyszczeni”, ale radośniejsi, spokojniejsi, z jasnym spojrzeniem, optymistyczni, pełni zapału. Nie miało dla niego zupełnie żadnego znaczenia, czy u spowiedzi nie było się pięć dni, czy pięćdziesiąt lat. Idąc zupełnie w poprzek ówczesnych spowiedniczych trendów – o. Leopold bardzo rzadko (jeśli nie w ogóle) odmawiał człowiekowi rozgrzeszenia. Gdy zapytał go o to jeden z jego braci, odpowiedział:

Niestety, tak! Kiedy byłem młody, w pierwszych latach kapłaństwa odmówiłem trzy lub cztery razy rozgrzeszenia. Ale było to przez mój brak doświadczenia i dlatego, że nie potrafiłem wzbudzić żalu u penitenta.

Jasne, bywali tacy, którzy oskarżali go w związku z tym o nadmierne poluzowanie norm, o patologiczną pobłażliwość, on jednak wiedział i robił swoje. Przychodzili więc do niego ludzie nawet ze środowisk często stroniących od Kościoła, bojących się w nim jakiejś swoistej niedelikatności, nieumiejętności zrozumienia złożoności ludzkiego życia, zbyt prostych i kategorycznych osądów.

 

Wystarczy, że przyszedłeś do konfesjonału

Metodę miał genialnie prostą. Żalu za grzechy i dobrej intencji dopatrywał się już chociaż w tym, że ktoś zdecydował się przyjść do konfesjonału i uklęknąć. Wystarczył mu taki drobiazg, pomijany przez wielu jego kolegów po fachu, wyczekujących na to, aż z ust człowieka popłyną słowa. Przyszedłeś, a więc wiesz, czujesz, że coś jest nie tak, że coś powinno się zmienić. Może nie masz siły, może nie wiesz jak, ale to są rzeczy, które trzeba czasem zostawić Duchowi Świętemu.

Jego (ojca Leopolda) świadomość własnych ograniczeń była wręcz wstrząsająca. „Jestem naprawdę człowiekiem do niczego, jestem nawet śmieszny” – mawiał. Do niskiego (135 cm) wzrostu dołączyła się niepełnosprawność związana prawdopodobnie z RZS (reumatoidalnym zapaleniem stawów), chroniczne zapalenia spojówek i przekrwienie oczu, a przede wszystkim wada wymowy.

Nigdy nie pokazywał zmęczenia czy znużenia. Wszystkim powtarzał, by – niezależnie od tego, co robią, do jakiej klasy należą, co dzieje się w obecnie w ich życiu – najlepiej codziennie przyjmowali komunię.

 

Boży prąd w spowiedzi

W dniu śmierci (umarł w 1942 roku na raka układu pokarmowego) interesowało go tylko jedno: czy będzie mógł odprawić Eucharystię, przyjąć Jezusa. Co też było przecież realizacją jego pragnienia łączenia ludzi: przecież w Eucharystii spotykamy się wszyscy, niezależnie od majątku, poglądów politycznych, ilości lektur, wizji.

Nie zostawił po sobie żadnych książek, fundacji, organizacji dobroczynnych. Jedynym i wystarczającym dowodem jego świętości stało się dobro, które zostawił w ludziach.

Odkąd o nim usłyszałem, próbuję westchnąć do niego zawsze, gdy mam iść do spowiedzi – to oczywiste. Nie po to, by lała się tam retoryczna słodkość, ale by pojawił się w niej Boży prąd. By usłyszeć właśnie te słowa: „Żałujesz? Żałuję. Nie potrzeba niczego innego. To wystarcza, żeby stać się dobrym, być nim dzień po dniu. Jeśli znowu upadnę? A nie mógłbyś umrzeć, zanim upadniesz?”.

 

Jest to tekst Szymona Hołowni z cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”.