Aleteia

5 powodów, dla których nie publikuję zdjęć dzieci na Facebooku

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Nie chcę lajków i komentarzy, choćby były same pozytywne. Otrzymuję codziennie werbalne komentarze od zachwyconych dziadków i najbliższych mi ludzi. Lajki sam wyrażam za pomocą buziaków, przytulasów i codziennych rozmów z córkami.

Prowadząc bloga ojcowskiego i aktywny fanpage, musiałem dokonać wyboru. Albo upublicznię wizerunek moich dzieci, albo będę jednym z tych twórców internetowych, którzy ten wizerunek chronią. W pełni rozumiałem argumentację rodziców, którzy umieszczają na portalach społecznościowych zdjęcia swoich dzieci. Bliższa była mi jednak filozofia tych, którzy nie zdecydowali się upubliczniać zdjęć swoich pociech.

Od razu napiszę, że ten tekst to nie jest zbiór narzucanych mądrości: „Dlaczego masz nie wrzucać zdjęć dzieci na Facebooka”. To subiektywna opinia ojca-blogera i próba wytłumaczenia, dlaczego wybrałem taką drogę zaistnienia w rodzicielskim i blogowym świecie.

Jakie są moje powody?

 

Nie da się tego cofnąć

Nawet gdybym wrzucał zdjęcia swoich dzieci na Facebooka, nawet gdybym zdawał relacje z wyjazdów, z pierwszych kroczków, urodzin i wspólnych zabaw, nawet gdybym uważał, że to świetna sprawa, że moi znajomi śledzą rozwój moich dzieci, to co by było, gdybym nagle zmienił zdanie?

Na przykład pod wpływem jakiegoś przykrego wydarzenia, jakie spotkało moich znajomych – kradzież czy przeróbka zdjęcia, szykany w szkole itp. Niestety, w internecie nic nie ginie, wrzuconego zdjęcia nie da się stamtąd wyciągnąć. Likwidacja konta na Facebooku to tylko pozorne wyjście z sytuacji.

 

Nie mam do tego prawa

Ściślej mówiąc, po części mam, ponieważ nie wszystkimi prawami dziecko jest w stanie rozporządzać. Bardziej chodzi mi o przyzwoitość w stosunku do tego maleńkiego dziecka, które urośnie pewnie szybciej niż bym tego chciał i zapyta mnie, co robią jego zdjęcia w internecie.

Nie muszą być kompromitujące. Nie muszą być z kąpieli czy plaży. Co odpowiem wtedy nastoletniej córce? Wolałbym, żeby sama zadecydowała o obecności w internecie – wtedy, gdy zrozumie, czym on jest i jakie są zalety oraz wady umieszczania w nim swojego wizerunku.

 

To i tak nikogo nie obchodzi

Poprawka, obchodzi. Moich rodziców, najbliższą rodzinę i kilku przyjaciół. Czyli tych wszystkich, z którymi mam na tyle częsty kontakt, że i tak widzą moje dzieci na żywo. Ewentualnie podsyłam im MMS-y i filmiki z naszymi dzieciakami.

Cała reszta? Przescrolluje dalej, bo to nie ich dzieci i oczywiście, że nie są w nie tak zapatrzeni, jak my. Co więcej, nie przypominam sobie, żeby moja mama biegała z albumem po ulicy i pokazywała moje zdjęcia dalszym sąsiadom. Wrzucanie zdjęć dzieci na Facebooka bez przeklikania się przez zaawansowane ustawienia prywatności, są dla mnie właśnie takim narzucaniem się przypadkowym ludziom.

 

Nie wiem, kto to ogląda

Zawsze uważałem, że argument o zboczeńcach oglądających zdjęcia dzieci na portalach społecznościowych jest trochę przesadzony i że to się dzieje głównie na filmach. Po części tak – w realnym życiu to są rzeczywiście skrajne przypadki. Zachowajmy zdrowy rozsądek.

Mimo wszystko nie publikuję zdjęć dzieci na Facebooku, ponieważ w realnym życiu również nie pokazuję zdjęć obcym osobom, nie przedstawiam im dzieci i nie zostawiam córek bez opieki. Cały czas mam poczucie, że zdjęcia moich dzieciaków byłyby zdjęciami właśnie bez opieki – nie wiem, kto je ogląda i co może z nimi zrobić.

 

Nie odczuwam takiej potrzeby

Po prostu. Nie chcę lajków i komentarzy, choćby były same pozytywne. Otrzymuję codziennie werbalne komentarze od zachwyconych dziadków i najbliższych mi ludzi. Lajki sam wyrażam za pomocą buziaków, przytulasów i codziennych rozmów z córkami. Nic więcej do szczęścia nie potrzebuję.

To moje zdanie. Jakie jest wasze?

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail