Aleteia

Matka to nie ofiara, a macierzyństwo to nie cierpiętnictwo

Treasures&Travels/Stocksy United
Udostępnij
Komentuj

Nie zamierzam prowadzić matek na barykady wolności. Chcę jedynie pokazać, że miarą zaangażowania, a tym samym miłości do dziecka nie jest liczba niedogodności czy wyrzeczeń.

Przeglądam blogi parentingowe, czytam rozmaite artykuły o macierzyństwie, a wśród znajomych mam sporo matek w różnym wieku. Chociaż w większości potrafią o byciu mamą mówić i pisać pięknie, to… bywa, że ich narracja sprowadza się do narzekania.

 

Matka w cierniowej koronie

A może nie tyle narzekania, co wprost kreowania się na ofiarę. Z tych relacji o niedoli wyłania się smutny obraz matki w powyciąganych, workowatych swetrach, z nieświeżymi włosami, szarą cerą i odrapanymi paznokciami. Matki zaniedbanej, bo w końcu całkiem oddanej dbaniu o dziatwę. Ale kiedy po raz kolejny czytam o tym, jak to matka nawet kawy ciepłej nie może wypić, bo tak jest zajęta wiecznym doglądaniem dzieci, a kiedy one śpią albo są zajęte sobą, ona i tak wypija zimną, cienką lurę (już z przyzwyczajenia), to coś się we mnie buntuje.

Owszem, bywa różnie. Raz dziecko utnie sobie długaśną drzemkę, podczas której można nie tylko wypić kawę, ale przejrzeć prasę, odpisać na maile czy spokojnie poczytać książkę. A innym razem brzdąc dokazuje i domaga się zainteresowania. Są też różne dzieci. Ale jestem mamą od dwudziestu trzech miesięcy, a nie pamiętam, żebym kiedykolwiek piła zimną kawę (a pijam ich kilka dziennie, więc prawdopodobieństwo duże). Znam też mamy z dłuższym stażem, niż ja (i większą gromadką), które również nie mają na koncie takiego „cierpiętnictwa”.

Wiem, kawa to tylko metafora. Taki przykład, pierwszy z brzegu. Ale to można przełożyć na wiele innych płaszczyzn, a efekt finalny będzie zawsze ten sam – smutna, umęczona matka. Obserwując różne relacje na temat macierzyństwa, mam wrażenie, że niektóre mamy uznały, że miarą ich zaangażowania, a tym samym miłości do dziecka są właśnie symboliczne zimne kawy (nadprogramowe kilogramy, zerwane kontakty towarzyskie, odłożone na wieczne „później” książki, etc. – tu można wpisać naprawdę dużo). Jakby chciały pokazać światu, że im więcej niedogodności znoszą, tym lepszymi są matkami, bo w końcu nie myślą o sobie, tylko o dziecku.

Mam problem z taką wizją macierzyństwa. I to z kilku powodów.

 

Perfekcjonistka i wycofany ojciec

Macierzyństwo to dar, zadanie, wyzwanie, przygoda – można wpisać wiele określeń, ale ostatnim, na które bym się zgodziła, jest poświęcenie. Dlaczego? To zła perspektywa. Poświęcenie stawia dziecko w pozycji tego, dla którego poświęca się (zdrowie, karierę, rozwój osobisty, marzenia, pasje – tu też można wiele wpisać), a w konsekwencji stawia je w niezręcznej roli tego, który musi się matce za to poświęcenie odwdzięczyć. Jednym słowem – może wywołać u dziecka poczucie winy („to przeze mnie mama zrezygnowała z… – przeze mnie jest nieszczęśliwa”).

Bycie matką-cierpiętnicą wynika po trosze z bycia perfekcjonistką, która zawsze wie najlepiej, co podać dziecku do jedzenia, w co ubrać, czym się bawić. W efekcie znacznie ogranicza się przestrzeń działania dla ojca, który przecież nie wykąpie tak idealnie, jak mamusia, nie ukoi tak szybko łez po rozbitym kolanku, nie zabawi, nie zajmie się dobrze, etc.

Nie oszukujmy się, niektórym facetom to na rękę. Tylko czy dziecko na tym korzysta? Kiedyś pokutowało przekonanie, że w pierwszych latach życia dziecku potrzebna jest wyłącznie matka, a później – już odchowane, przechodzi pod skrzydła ojca. Ale czy takie dziecko nawiąże relację, głęboką więź z kimś, kto przez pierwsze lata jego życia praktycznie nie istniał? Ojciec staje się w takim układzie jedynie majaczącą na horyzoncie figurą, która wydaje polecenia, godzi się na coś albo karze. Wszystko najlepiej wie/zrobi mama, która ma dla siebie jeszcze mniej i mniej czasu. Błędne koło.

Wreszcie, syndrom matki-cierpiętnicy (jak go nazywam) jest niebezpieczny, bo grozi… szybkim wypaleniem się kobiety. Dąży ona do zaspokojenia wszelkich potrzeb dziecka, rezygnuje dla niego ze wszystkiego, ale jednocześnie ma poczucie uciekającego jej przez palce życia, tego, że ono toczy się gdzieś obok. Z czasem takie cierpiętnicze macierzyństwo może zostać sprowadzone do taśmowego wykonywania rozmaitych czynności wokół dziecka, zaspokajania jego fizjologicznych potrzeb, a sama matka zaczyna się dusić i pragnie jednego – uciec z domu.

 

Co zatem?

Nie mam prostych recept. A ten tekst nie ma charakteru rewolucyjnego – nie zamierzam prowadzić matek na barykady. Nie nawołuję do porzucenia matczynych uczuć, ciepła, troski. Chodzi raczej o perspektywę, odpowiednie rozłożenie akcentów. Bycie mamą naprawdę nie polega na niemyśleniu o sobie. Wręcz przeciwnie – mama powinna myśleć o tym, co daje jej szczęście, o swoich pasjach i marzeniach. Także po to, by móc świadomie wybierać i z czegoś rzeczywiście rezygnować (albo odłożyć na później). Oczywiście, nie da się tego wszystkiego zrobić bez mądrych, dojrzałych i zaangażowanych ojców, którzy potrafią przejąć stery w domu, dając tym samym swojej kobiecie nieco przestrzeni. Dla niej samej.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail