Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Paweł Krupa OP: Warto rozmawiać o kazaniach. I mówić je coraz lepiej

KSIĄDZ W TRAKCIE KAZANIA
EAST NEWS
Udostępnij

W kazaniach w Polsce tej warstwy treściowej, teologicznej, powiedzmy intelektualnej właśnie mi brakuje. Za dużo „jeździmy po emocjach”. Nie można w kółko powtarzać: „Jezus cię kocha” – mówi o. Paweł Krupa OP.

Dlaczego księża nie mówią ciekawie? Co jest w kazaniu najważniejsze? I jak się do niego przygotować? O mówieniu i słuchaniu kazań, ale też o tym, że powołanie do kaznodziejstwa powinno łączyć się z otwartością na krytykę – mówi o. Paweł Krupa, dominikanin, autor wydanego niedawno zbioru kazań „Krupówki warszawskie”.

 

Jola Szymańska: Mówił Ojciec w jednym z wywiadów, że księża dlatego mówią słabe kazania sztucznym językiem, bo boją się inaczej. I chyba słusznie, skoro Ojcu za mówienie się obrywa nawet od zaprzyjaźnionych redaktorów.

Paweł Krupa OP*: Wie pani co, to prawda. Ktoś kiedyś mi powiedział: „Dopóki twoja książka leży w szufladzie, to jest twoja i masz nad nią pełną władzę. Kiedy jednak pozwolisz jej tę szufladę opuścić, to książka stanie się własnością innych. I oni mają prawo ją ocenić, mają prawo jej nie zrozumieć, mają prawo się z nią nie zgodzić”. Jeżeli decydujemy się na takie powołanie, jakim jest powołanie do kaznodziejstwa, to decydujemy się też na to, że będziemy krytykowani.

Nam, dominikanom, jest może łatwiej. U nas w czasie studiów i później, w klasztorze, kazania są tematem rozmów. „Co mówiłeś na kazaniu?”, „co będziesz dziś mówił?, „a, słyszałeś tego?”, „co powiedział?” – dyskutujemy o nich. Na zajęciach homiletycznych uczy się nas oceniania kazań. Rozmawiamy o tym, czasem się śmiejemy z siebie, czasem sobie docinamy, że za długo albo że zbyt górnolotnie, albo że to „barokowy kaznodzieja”.

Oczywiście, w tych docinkach można przesadzić, ale nasz zakon tym się różni od wszystkich innych, że u nas nie ma miłości braterskiej – jest miłość bratobójcza (śmiech).

 

Tego nie słyszałam! (śmiech)

Powinno się wychowywać do tego, że kazanie to także temat do rozmów. Między księżmi, ale i między wiernymi. Oni mogą przyjść i mogą się wypowiedzieć, mogą zapytać, mogą powiedzieć: „nie rozumiem”, „czy dobrze usłyszałem?”. Mogą też stwierdzić: „ja się z tym nie zgadzam”. I o to nie wolno się oburzać, bo kazanie nie jest „twoje”. Kiedy wypowiadasz je do ludzi, ono żyje już własnym życiem.

Ale tak naprawdę kaznodzieja często sam dobrze wie, że powiedział beznadziejne kazanie. Schodzi i myśli „Boże drogi, co to w ogóle było?”. Czasem to ludzie go pocieszą. Podejdą, powiedzą: „Bardzo mi się spodobało to, co ksiądz powiedział”.

Myślę, że bardziej paraliżuje nas, wszystkich kapłanów, poczucie, że nie mamy nic do powiedzenia.

 

My, dziennikarze, też to mamy.

I to czasami z podobnych powodów! Bo ma się wrażenie, że już wszystko zostało powiedziane. A czasem ma się też poczucie „z czym ja do ludzi?”, przecież ja żuczek jestem mały. Jak ja mam czelność w ogóle wychodzić na ambonę?

Czasem boimy się, że nie mamy stylu, że pomylimy jakieś słowo, że głosu nie mamy dobrego albo pomysłu. A przecież tematem kazania może być wszystko. Kiedyś ktoś mi powiedział: „Jeśli się modlisz, mów o modlitwie. Jeśli się nie modlisz, to mów jak to jest, kiedy się człowiek nie modli”.

 

Jakie w takim razie jest według Ojca „dobre kazanie”?

Chciałbym zacząć od czasu, ale to nie jest kwestia czasu, chociaż… lepsze są krótkie kazania niż długie. To jest jasne.

Miałem wuja księdza, który regularnie głosił po pół godziny. Wyobraża sobie to pani? Był wiejskim proboszczem. Kiedyś zapytałem go: „Wujek, jak ty możesz takie kazania mówić?”. A on na to: „Ludzie idą tutaj kilka kilometrów do kościoła. Oni sobie muszą posiedzieć. Muszą odpocząć” – śmiał się, ale później powiedział: „Wiesz, kiedy miałem krótsze kazania, mówili: nie przygotował się”.

 

Jeśli nie czas, to co jest ważne? Jak się „przygotować”?

Tak naprawdę muszę wiedzieć, co chcę powiedzieć. Bardzo konkretnie. Najlepiej ująć to w króciutkim zdaniu oznajmującym albo nawet w jednym słowie. I to zdanie czy słowo staje się centrum kazania. Wszystko inne ma do niego doprowadzić i z niego wyciągnąć wniosek.

I jest jeszcze jedna ważna rzecz, która czyni kazanie dobrym – pytanie, czy mi w jakiś sposób, choćby najmniejszy, na tych ludziach zależy? Nie wychodzę na ambonę odbębnić jakąś fuchę, nie wychodzę zrobić „wykonu”. Kiedy wychodzę i patrzę na tych ludzi, to nic innego niż oni nie jest już ważne. Nawet gdybym miał po raz trzeci powtarzać te same rekolekcje, bo tak się zdarza. To nie jest ważne, bo chodzi o nich, a nie o mnie.

 

Już w pierwszym kazaniu w „Krupówkach warszawskich” cytuje Ojciec Czesława Miłosza i od niego stopniowo prowadzi do Pisma Świętego. Spotkał się kiedyś Ojciec z modnym teraz zarzutem o intelektualizowanie wiary? Czy kazania powinny być intelektualne?

Przeintelektualizowanego kazania to ja prawdę powiedziawszy nigdy w Polsce nie słyszałem. Słyszałem za to we Francji, u moich braci. Oni mieli czasem ambicję przedstawiania fragmentów tego, nad czym aktualnie pracowali naukowo.

A propos, kiedyś we Francji jeździłem z kazaniami do zaprzyjaźnionych sióstr Dominikanek z Betanii. Po kazaniu podchodzi do mnie jedna z nich i powiada: „Bardzo lubię ojca kazania, bo one są takie bezpośrednie, takie nieprzeintelektualizowane”. Poszedłem potem do jednego z moich braci, który też do tych sióstr jeździł, i mówię: „Wiesz co, siostra powiedziała mi, że mówię prosto i do serca, a nie intelektualnie, jak ty … a ja bym chciał jednak jakoś tak ambitniej”. A on na to: „Zaraz, chwileczkę… to ja nie mówię prosto?! To co, ja jestem niezrozumiały? No, dziękuję ci bardzo!”. Wydawało mu się, że mówi prosto i bezpośrednio – takie było jego kaznodziejskie marzenie, a okazało się… Każdy z nas dostał małą nauczkę.

 

A w Polsce?

W kazaniach w Polsce tej warstwy treściowej, teologicznej, powiedzmy intelektualnej właśnie mi brakuje. Za dużo „jeździmy po emocjach”. Nie można w kółko powtarzać: „Jezus cię kocha”. Oczywiście, to ważne, ale kazanie niedzielne, to dla tak zwanych „niedzielnych katolików” często jedyna katecheza. Oni nie jeżdżą na dziesiątki rekolekcji, ale spełniają „niedzielny obowiązek”. Mam 10 do 15 minut, żeby dać im do myślenia.

Wielką popularnością swego czasu cieszyły się kazania o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego w Krakowie, który zaczął tłumaczyć Credo. Po kolei, przez cały rok: „wierzę”, „w jednego Boga” i tak dalej. Na mszy świętej zbierały się dzikie tłumy, bo ksiądz tłumaczył Credo, choć przecież to nic szczególnie oryginalnego. Wielu potem naśladowało ten przykład.

Kiedy święty Tomasz z Akwinu głosił swoje kazania do ludu, to bardzo prostym językiem mówił im o tym samym, o czym pisał i wykładał dla studentów na uniwersytecie. Na przykład o herezjach trynitarnych albo o błędach filozoficznych – streszcza kurs teologii, ale robi to w przystępny sposób. Nie tylko czaruje swoich słuchaczy, ale także ich kształci.

A my… no właśnie, powtarzamy, że „Jezus jest przyjacielem”. Bardzo dobrze, trzeba o tym mówić, ale nasza wiara nie jest jedynie emocją lub zbiorem zasad moralnych. Ona ma też treść teologiczną, której pomijać nie wolno.

 

* o. Paweł Krupa OP – dominikanin, historyk mediewista, studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, w latach 1997–2010 członek Commissio Leonina przygotowującej krytyczne wydanie dzieł św. Tomasza z Akwinu; były dyrektor Instytutu Tomistycznego, obecnie kapelan sióstr dominikanek w Radoniach.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail