Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Słoń miał w sobie coś z geniuszu”. Rozmowa z autorem biografii Artura Hajzera

ARTUR HAJZER
EAST NEWS
n/z Artur Hajzer
Udostępnij

Artur Hajzer powtarzał: nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, nie ma powodów do paniki. O jego pasjach, wadach, Alpinusie i programie Polski Himalaizm Zimowy rozmawiamy z Bartkiem Dobrochem.

Wraz z Jerzym Kukuczką Artur Hajzer jest pierwszym zimowym zdobywcą Annapurny. Wytyczył nowe drogi na Sziszapangmę, Manaslu. Brał udział w akcji ratunkowej po Andrzeja Marciniaka na Evereście. Jest też pomysłodawcą programu Polski Himalaizm Zimowy. O Arturze Hajzerze rozmawiamy z autorem jego biografii „Droga Słonia” Bartkiem Dobrochem.

Marta Brzezińska-Waleszczyk: Dlaczego Hajzer?

Bartek Dobroch: To postać intrygująca, budząca emocje. To też życiorys symboliczny dla polskiego himalaizmu. W biografii Hajzera odbijają się jego koleje: początki harcerskie, szkolenia w Tatrach, kolejne stopnie wtajemniczenia, złota era lat 80., śmierć partnerów, transformacja, biznes, burzliwy powrót w góry, tragiczny koniec. Postać Hajzera jest dla mnie osią do opowiedzenia o epoce.

 

„Jerzy Kukuczka był dla Artura Hajzera jak ojciec”

Był najmłodszy wśród gigantów himalaizmu. Kukuczka i Hajzer to były dwa różne światy, a mimo to znaleźli wspólny język.  

Mówiono nawet, że Kukuczka zastąpił Hajzerowi ojca. W życiu Artura ojciec był wielkim nieobecnym. Starsi koledzy mu go zastępowali, zawsze otaczał się bardziej doświadczonymi. Najstarszego z braci Musiołów nazywał ojcem zastępczym.

Czuł presję, jako najmłodszy chciał coś udowodnić?

Pewnie tak, choćby ze względu na wygląd – był ciężkiej budowy. Ksywka „Słoń” nie wzięła się znikąd, ale nie była pogardliwa. Mogła nawiązywać też do upartości i determinacji Hajzera, a nawet go motywować. Czy czuł presję? Na pewno chciał wchodzić coraz wyżej. To były czasy, kiedy wszyscy chcieli coś osiągnąć. Musieli więc postawić na coś, co pozwalało wybić się poza szarość PRL. To był sport albo nauka. Hajzer sylwetki sportowca nie miał, nauka go nie pociągała. Wybrał więc wysokie góry.

I pierwsze sukcesy przyszły dość szybko. A potem nastąpiła przerwa, i to długa. To nietypowe, kiedy patrzy się na biografie innych himalaistów.

Bo większość jest uzależniona od gór, nie widzi innego życia, innej możliwości realizacji. Hajzer miał irytującą cechę, ale i coś z geniuszu: łapał się czegoś, osiągał najwyższy albo przynajmniej wysoki poziom, a kiedy czuł się spełniony, porzucał to z dużą łatwością. Jak porzucił góry w 1989 r., tak porzucił później biznes czy festiwal filmów górskich, który przecież współtworzył. W większości swoich przedsięwzięć był najmniej dobry. Miał talent, a jeśli gdzieś niedomagał, nadrabiał zdolnościami logistycznymi, organizatorskimi.

 

Akcja ratunkowa „Słonia” pod Everestem – gotowy scenariusz na film!

Był bardziej biznesmenem czy himalaistą?

Bez wątpienia himalaistą. To było zawsze na pierwszym miejscu. Wierzę, że pamięć o sukcesach w górach jest trwalsza od pamięci o stworzeniu Alpinusa. Wraz z Kukuczką jest pierwszym zimowym zdobywcą Annapurny – przez samo to stał się legendą. Do tego dochodzą nowe drogi na Sziszapangmę, Manaslu, spektakularna akcja ratunkowa po Andrzeja Marciniaka na Evereście (godna nakręcenia filmu fabularnego) – można długo wyliczać.

Żony himalaistów rzadko się skarżą. Czytałam wywiady z Celiną Kukuczką, Ewą Berbeką – one tak spokojnie mówią o tym, że ich mężowie połowę życia spędzali w górach. A co mówią partnerki Hajzera?  

O dziwo, nigdy nie protestowały. To kobiety o silnych charakterach. Dziwiłem się, czemu pierwsza żona nie próbowała go zatrzymać, bo przecież byłaby zdolna. Może to była cena tego związku? Hajzer fascynował ją, bo sama chciała zobaczyć Nepal. Była blisko środowiska, choć nie rozumiała himalaizmu. Z kolei druga żona została zaskoczona powrotem w góry. Poznała Hajzera jako byłego himalaistę. Ale nie protestowała. Sądzę, że i tak nie dałoby się go powstrzymać. Był sprytny w tym, jak (nie)opowiadał o górach rodzinie, umniejszał ryzyko, umiejętnie przekonywał, że jemu nic złego się nie stanie. Hajzer dobrze ułożył swoje życie rodzinne – zapewnił bliskim byt materialny, wyjazdy nie wiązały się z pogorszeniem sytuacji, utratą stabilizacji. Wyprawy letnie rodzina traktowała jako jego urlopy – a skoro miał czas i na urlopy z rodziną, nie było problemu. Trudniejsze, bo dłuższe, były wyprawy zimowe.

Synowie nie mieli do niego żalu?

Zupełnie nie. Panuje przeświadczenie, że himalaiści zostawiają dzieci, że to egoiści, których rodziny cierpią. Bywają sytuacje traumatyczne, ale to nie ten przypadek. Synowie Hajzera byli ciekawi tego, co robił i dumni z ojca. Może udzieliła im się jego siła spokoju. Miał taki bon mot: nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, nie ma powodów do paniki. Synowie żyli w poczuciu, że ojciec ma swoje przygody, a – już później – PHZ to jego praca. Nie podzielali tej pasji, ale Artur dał im wolność – nie odciągał od gór, ale też nie pchał w nie. Zabierał w skałki, ale kiedy synowie nie połknęli bakcyla, nie namawiał. To jedyni moi rozmówcy, którzy o Hajzerze mówią wyłącznie pozytywnie.

 

Polski Himalaizm Zimowy – genialna idea czy narażanie młodych?

Polski Himalaizm Zimowy – idea piękna, szczytny cel, ale – zamiast spektakularnych sukcesów przyszły wypadki. Co zawiodło?

Myślę, że zabrakło czasu na systematyczne przygotowanie podwalin programu. Przecież wystartował od razu, kiedy pojawił się pomysł. Kolejna rzecz – przepaść pokoleniowa między wspinaczami. Najlepsi, którzy mogli stanowić łącznik między pokoleniami – Marciniak, Morawski – zginęli w górach. Znowu ciężar spoczął na ludziach sukcesów z lat 80. A po trzecie, na wyprawy jeździli ludzie bez doświadczenia himalajskiego, a alpinistyczne bywało za małe. Potrzebowali czasu, stopniowego podnoszenia poprzeczki. Owszem, Bielecki wszedł na Makalu (z Hajzerem), ale to wyjątek. I na koniec – idea pojawiła się w atmosferze wyścigu, rywalizacji. Szczytów do zdobycia zimą pozostawało coraz mniej, Rosjanie organizowali kolejne wyprawy. Hajzer nawet żartował: „Panie ministrze, Ruscy nas biją”. To działało napędzająco.

Po wypadkach na Makalu PHZ stanął w ogniu krytyki. Monika Rogozińska napisała o „narodowym programie narażania młodych”. To był moment na refleksję. Dlaczego jej zabrakło? Może to pozwoliłoby uniknąć tragedii na Broad Peak?

Artur był czuły na punkcie swoich projektów, traktował je jak dzieci. Były atakowane, więc reagował stanowczo, nawet agresywnie. Zaczął się bronić, odpowiadać ciosami. Zabrakło dyskusji, kiedy dochodziło do wypadków. Sam Hajzer nie był skłonny do debaty, zmieniło się to dopiero po Broad Peaku – zresztą, sam z Wielickim wnioskował o zbadanie przyczyn tragedii. Może nie doszłoby do niej, gdyby przedyskutowano wyprawę na Makalu? Trzeba jednak uczciwie dodać, że nie wszystkie zarzuty pod adresem PHZ były prawdziwe. Szerpowie, którzy uczestniczyli w akcji ratunkowej na Makalu, wypowiadają się o Hajzerze z wielkim szacunkiem, a nikt z nimi nie porozmawiał. Dotarłem do nich jako pierwszy.

Do tego doszła niezdrowa atmosfera wokół. Nagle wszyscy w Polsce zainteresowali się himalaizmem, mało tego, okazało się, że mamy naród specjalistów w tej dziedzinie. Ale czy to nie jest też trochę wina samych wspinaczy, którzy dopuścili obserwatorów zbyt blisko (relacje live z bazy)?  

Przyczyny tego zainteresowania są naturalne i sztuczne. Naturalne – bardzo polski kompleks bycia na uboczu, i też mit bohaterski (Polacy mogą wszystko). Fascynują nas sporty ryzykowne, nawet gdy uprawia je kilka osób w Polsce. Na Zachodzie ludzie nie rozumieją naszego dzikiego zainteresowania himalaizmem. Sztuczne przyczyny są związane z mediami i Hajzer też za to odpowiada. Potrzebował zainteresowania mediów, które przekłada się na hojność sponsorów, żeby zdobyć finanse dla PHZ. Sam chętnie współpracował z mediami, być może nie wiedział, do czego to może doprowadzić. Chciał kontrolować medialny przekaz, a po Broad Peaku to było niemożliwe.

 

Broad Peak – niemal jak tragedia antyczna

I z tym Hajzer nie mógł sobie poradzić. Skłaniasz się do tezy, że wyprawa na Gaszerbrum I to była ucieczka, że świadomie parł do nieszczęścia?  

To właśnie ta dramatyczna, ale też tajemnicza śmierć spowodowała, że zająłem się biografią Hajzera. Dla mnie to kontynuacja tej niemalże tragedii antycznej, która rozegrała się na Broad Peaku. Wydarzenie z życia bohatera przepowiada jego przyszłość, wszystko zmierza do tragedii. Tak było w przypadku Macieja Berbeki. Niewinne kłamstwo kolegów, którzy nie powiedzieli mu, że nie zdobył Broad Peaku, spowodowało, że po wielu latach dał się namówić na wyprawę w ramach PHZ na ten właśnie szczyt. I to też doprowadziło do jego śmierci – nie potrafił się zatrzymać, kiedy szczyt był już blisko. Z kolei ta śmierć pociągnęła Hajzera. On planował wyprawę na Gaszerbrum I dużo wcześniej. Jednocześnie mógł i nie mógł z niej zrezygnować. Był kłębkiem nerwów, wciąż odpierał oskarżenia. Nie chciał jechać, ale to było nieuniknione. Uciekł, żeby się wyciszyć. Ale nie potrafił uciec od swoich myśli. Fatum.

Pisząc o Drodze Słonia sam poniekąd ją przeszedłeś. Jak się czujesz po tej „wyprawie”?

Miałem to szczęście, że nie działałem pod presją czasu (jak przy książce o Broad Peaku). Chciałem, żeby minął okres żałoby, by na spokojnie porozmawiać z bliskimi Artura. Nie zawsze to było łatwe, bo pod względem logistycznym nie jestem Hajzerem (śmiech). Większość rozmówców ciężko było złapać. Niektórzy decydowali się na rozmowę na chwilę przed zamknięciem książki. Czuję satysfakcję, ale wiem też, że nigdy nie da się oddać biografii 1:1. Życiorys Artura jest ogromny, nawet 500 stron go nie wyczerpuje. Chciałem ukazać Artura w różnych odcieniach – jasnych czynów, świetlistych, bohaterskich (akcja pod Everestem), chwalebnych (wejścia na szczyty), jak i ciemniejszych – tam, gdzie się nie sprawdził. To, co może zrobić biograf dla swego bohatera, to z różnych głosów o nim wydobyć prawdę. Mam nadzieję, że to się udało.

*Bartek Dobroch, „Artur Hajzer. Droga Słonia”, Znak 2018

Tags:
sport
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail