Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

ACTA 2.0: będziemy płacić podatek od linków?

PROTESTY PRZECIWKO ACTA 2.0
EAST NEWS
Uczestnik protestów przeciwko ACTA 2.0 w masce słynnej grupy hackerów "Anonymous".
Udostępnij

Parlament Europejski poparł podczas głosowania 12 września br. projekt unijnej dyrektywy o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (EPICA). Dyrektywa potocznie nazywana jest ACTA 2.0 i wzbudza olbrzymie kontrowersje. Czy słusznie? Co zawierają drażliwe artykuły 11 oraz 13?

Art. 11, czyli „podatek od linków”

Portale internetowe ponoszą koszt, płacąc swoim redaktorom za pisanie unikatowych tekstów. Taka inwestycja zwróci się tylko wtedy, gdy w efekcie na stronę wejdzie i wyświetli reklamy kilkadziesiąt czy wręcz kilkaset tysięcy osób. Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie inny portal kopiuje cały tekst i umieszcza go na swojej stronie.

Przeczytanie danego artykułu na innej stronie, chociaż rozprzestrzenia myśl autora, nie przynosi macierzystej redakcji ani grosza. Mało tego. Zyski z reklam idą do właściciela innej strony. Nawet jeżeli właściciel złośliwego portalu pod koniec artykułu umieści link do oryginalnej treści (udając, że to cytat), to czytelnicy, już zapoznani z artykułem, i tak w niego nie klikną.

Ochrona przed tego typu praktykami wydaje się być ze wszech miar słuszna. Czy jednak dzisiejsze prawo nie wystarczy? Oto opinia prawnika Wojciecha Wawrzaka:

(…) jeśli ktoś kopiuje znaleziony w sieci tekst na swoją stronę internetową i oznacza jego autorstwo zgodnie z prawdą – nie popełnia plagiatu, a przekracza granice dozwolonego cytatu.

Dzisiejsze prawo dotyczące cytatu zezwala na skuteczną walkę z takim zachowaniem i dyrektywa Komisji Europejskiej nic w tym zakresie nie zmieni.

W takim razie, czego chce bohatersko bronić Unia Europejska?

Komisja Europejska chce zwalczać sytuacje, gdy portal publikuje zaledwie fragment cudzego tekstu wraz z linkiem do niego. Wyobraźmy sobie, że szukamy ciekawego artykułu na temat Lewandowskiego. Wpisujemy nazwisko w Google i w ułamku sekundy uzyskujemy tysiące wyników. Jednak część z nich dotyczy piłkarza Roberta Lewandowskiego, a część wiceszefa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Pawła Lewandowskiego.

Nie musimy klikać w każdy tekst, aby sprawdzić jego zawartość, ponieważ pod linkiem znajduje się kilka zdań nakierowujących nas na istotę artykułu. I właśnie o te kilka zdań jest cała awantura.

Według Komisji Europejskiej jeżeli ktoś publikuje istotny fragment cudzego artykułu, wraz z linkiem do niego, to obowiązkowo musi zapłacić za to macierzystej redakcji. Stąd potoczna nazwa „podatek od linków”.

Tutaj wchodzimy w szczegóły, czyli co oznacza „istotny” fragment. Czy to jest jedno, dwa, a może dziesięć zdań? Nic z tych rzeczy – to byłoby zbyt proste. Ochrona praw autorskich nie zależy od długości czy jakiejkolwiek innej obiektywnej miary, a jedynie od „oryginalności” fragmentu.

Rodzi to możliwość podważenia legalności i prawnego sporu o absolutnie każdy fragment. Do sądów czy urzędów napłyną miliony pozwów, a nad każdym z nich pochylać się będą pieczołowicie prawnicy, dyskutując miesiącami, czy nasz komentarz na Facebooku zawierał istotę „oryginalności” cudzego tekstu, czy też nie.

 

Niebezpieczne komentarze internautów

W wersji optymistycznej z naszych podatków zatrudnimy armię urzędników do rozwiązywania problemów, które sami urzędnicy wywołali. W wersji pesymistycznej doprowadzi to do realnego paraliżu w internecie. Portale takie jak Facebook, Wykop, YouTube i wiele innych będą się bały, że użytkownik w komentarzu zamieści link do cudzego tekstu (wraz z uzasadnieniem, dlaczego warto w niego kliknąć), a właściciel portalu będzie musiał za to zapłacić.

Portale w strachu przed pozwami będą albo blokować możliwość komentowania, albo pobierać prewencyjnie opłaty za możliwość wypowiadania się. Dodatkowo to, co jest piętą achillesową całego pomysłu (czyli skrajna subiektywność i indywidualizm oceny każdego fragmentu tekstu), przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zostało uznane za największa zaletę:

Generalnie uważamy, że to nie od długości informacji powinna zależeć jej ochrona, tylko od jej oryginalności. Tak jest zapisane w obecnym kształcie dyrektywy w wersji przyjętej przez Radę Unii Europejskiej. I dopóki ten zapis będzie utrzymany, Polska będzie tę dyrektywę popierać.

Paweł Lewandowski zaznaczył nawet, że jeżeli ten element dyrektywy zostanie zlikwidowany na rzecz obiektywnego kryterium, to „automatycznie wycofamy poparcie dla dyrektywy”.

Co ciekawe, analogiczne przepisy zostały już wcześniej wprowadzone w Hiszpanii, co skutkowało błyskawicznym wycofaniem się Google News z „hiszpańskiego internetu”, a w efekcie szybkim wycofaniem prawa. Komisja Europejska stwierdziła jednak, że niepowodzenie prawa w Hiszpanii było spowodowane zbyt małą skalą i wprowadzenie (wadliwych) przepisów na terenie całej Unii spowoduje, że przestaną być wadliwe.

 

Art. 13, czyli zakaz targowisk na rzecz hipermarketów

Większość portali internetowych, np. YouTube, Wykop, Facebook, Allegro działa na zasadzie placu targowego. Właściciel placu, na którym jest targ, pobiera od handlujących opłatę, a w zamian za to udostępnia teren, pilnuje porządku, wywozi śmieci, organizuje ruch na pobliskim parkingu. Jeżeli dostanie informację, że na jednym ze stoisk sprzedawane są narkotyki, zawiadamia straż miejską albo sam idzie na to stanowisko i wyrzuca problematycznego kupca.

Nie jest jednak jego obowiązkiem wprowadzać bramki sprawdzające wchodzącego na bazar, czy przypadkiem nie wnosi broni, narkotyków albo płyt CD z pirackimi grami. Póki właściciel targowiska nie ma informacji o nielegalnym procederze, zakłada, że intencje zarówno klientów, jak i sprzedających są jasne. Jednym słowem – obowiązuje domniemanie niewinności.

Identycznie jest w internecie. YouTube, Wykop, Facebook, Allegro nie mają obowiązku sprawdzania każdej aktywności każdego ze swoich użytkowników, czy nie nosi ona znamion przestępstwa. Jeżeli jednak dostanie informację, że zachowanie użytkownika jest podejrzane, ma obowiązek to sprawdzić i zachować się adekwatnie (upomnieć, wyrzucić z portalu czy wręcz zawiadomić policję). Brzmi uczciwie?

Dla Komisji Europejskiej to jednak zdecydowanie za mało. Chce, aby to każdy właściciel portalu był odpowiedzialny za każdą aktywność każdego z użytkowników. Do czego to doprowadzi?

 

Skutki EPICA

Wyobraźmy sobie targ, przed którym stoją bramki wykrywające potencjalną broń, a psy wąchają, czy nie wnosimy narkotyków. Dodatkowo, każdy wchodzący i wychodzący jest poddawany szczegółowej rewizji, czy przypadkiem nie przemyca pirackich gier. Przy każdym stoisku stoi smutny pan i sprawdza, czy banknoty są legalne i czy ludzie nie używają „mowy nienawiści”.

W praktyce, jeżeli nastolatek w komentarzu pod filmem na YouTube napisze rasistowski komentarz, będzie można pociągać za to Google do odpowiedzialności. W efekcie każdy komentarz będzie musiał być najpierw szczegółowo sprawdzany, a dopiero później zaakceptowany do wyświetlenia.

Nieznana jest też przyszłość streamingu. Właściciele portali umożliwiających transmisje nie mają żadnej kontroli nad ich treścią (w końcu są prowadzone na żywo). Jednocześnie będą prawnie odpowiadać za ich treść! Możliwe więc, że wprowadzenie dyrektywy EPIC realnie zablokuje legalny streaming w internecie.

To wszystko nie tylko brzmi jak państwo policyjne, ale również wiąże się z olbrzymimi kosztami. Kosztami, które muszą zostać przełożone na zwykłych zjadaczy chleba – czyli nas. Dodatkowo, wielkie koncerny zaopatrzone w olbrzymie działy prawnicze i wyposażone w algorytmy sztucznej inteligencji będą mogły przebić się przez gąszcz zapisów unijnych. Ta sama dyrektywa dla większości małych portali może oznaczać, mówiąc kolokwialnie, „wyrok śmierci”, a mówiąc dokładnie – nakaz blokowania wymiany myśli pomiędzy ich użytkownikami.

Patrząc na skutki, jakie niesie za sobą dyrektywa EPICA, ciężko oprzeć się wrażeniu, że słusznie zapracowała na miano ACTA 2.0. Zadziwiające jest to, że Komisja Europejska tyle wysiłku wkłada w „obronę praw autorskich” (szczególnie praw wielkich koncernów), a jednocześnie wykazuje zerową aktywność w dziedzinie ochrony najsłabszych, np. ochrony dzieci przed pornografią w internecie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail