Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Czuję duchową bliskość z Amy”. Rocznica śmierci Winehouse

AMY WINEHOUSE
Retna/Photoshot/REPORTER
Udostępnij

Dziś miałaby prawie 35 lat. Była starsza ode mnie o dwa lata. Dożyła tylko dwudziestu siedmiu. 23 lipca 2011 znaleziono ją martwą w mieszkaniu w Londynie…

Sekcja zwłok Amy Winehouse wykazała śmiertelne przedawkowanie alkoholu. To był tragiczny koniec życia, które było naznaczone tragizmem przez wiele lat.

 

Tragiczne życie Amy Winehouse

Osobiście odkryłem Amy Winehouse tak naprawdę dopiero po obejrzeniu film dokumentalnego o niej – „Amy”. Trudno mi to wyjaśnić, ale momentalnie poczułem wobec niej ogromną empatię. Choć można by ocenić historię jej życia bardzo surowo, a nawet skwitować jej koniec: sama sobie jest winna. Ale trzeba by chyba było być kompletnie niewrażliwym moralistą, żeby wysnuć taki wniosek po zapoznaniu się z biografią Amy.

To nie jest prosta historia, którą można prosto ocenić. To ciekawe, ale w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby ją oceniać, choć można by pójść tym moralistycznym tropem: życie celebrytki, alkohol, narkotyki, seks. Naprawdę jest w tej historii wszystko, za co można rzucić ewangelicznym kamieniem. Jednak z każdą minutą poznawania jej coraz bardziej ją rozumiałem i coraz mniej miałem potrzebę ją oceniać. Z każdą minutą czułem, jak w moim sercu wzrasta współczucie wobec tej dziewczyny.

Miała w sobie niesamowitą wrażliwość, którą można wyczuć, słuchając jej piosenek. One zdobywają serce słuchacza, bo są napisane i wyśpiewane ogromnymi i prawdziwymi emocjami. To nie są kawałki pisane po to, żeby zdobyć listy przebojów, to są impresje jej życia, jej przeżyć, bardzo osobistych i często bardzo dramatycznych. Słuchając tych utworów, można poczuć zranienie, którego doznała kiedy rozstała się ze swoim ukochanym, z którym tworzyła toksyczny związek. Można poczuć jej wewnętrzne zagubienie i powracające stany depresyjne.

 

 

Amy po prostu chciała być szczęśliwa

Amy nie boi się śpiewać o tym, że bierze narkotyki i rzuca się w wir szaleństwa w nocnych klubach. Tak wyglądało jej życie. Właśnie dlatego jej muzyka tak bardzo mnie porusza, bo jest do bólu prawdziwa. Myślę, że wiele osób na świecie odnajduje się w tej prawdzie jej muzyki.

Po obejrzeniu jej biografii zrozumiałem, że Amy po prostu chciała być szczęśliwa. Jej wrażliwość, a wręcz nadwrażliwość popchnęła ją na szczyty artystycznej kariery, a jednocześnie zrujnowała jej życie. Wiele cierpiała wewnętrznie, z powodu depresji, z powodu krzywd doświadczonych przez innych. Nawet w tym rzucaniu się w ramiona narkotyków czy alkoholu można zobaczyć desperackie próby zagłuszenia w sobie smutku, wewnętrznego niepokoju, rozdarcia.

Nie radziła sobie z życiem. Niestety w jej otoczeniu nie znaleźli się ludzie, którym bardziej zależałoby na niej niż na pieniądzach, które można było na niej zarobić. Ona sama zresztą wypierała tę myśl, że potrzebuje pomocy. W jednej z piosenek śpiewa: „Chcą, żebym poszła na odwyk, ale ja mówię nie, nie, nie”. Miała w sobie jakiś niezrozumiały fatalizm, któremu nie potrafiła się przeciwstawić, a który niechybnie kierował ją ku tragedii. Była jak mała łódeczka miotana potężnymi falami na środku oceanu. Piękno i wrażliwość miesza się często z cierpieniem. Cierpieniem, z którym naprawdę można sobie nie poradzić.

 

 

Czuję duchową bliskość z Amy

Historia Amy Winehouse to kolejna historia, która mówi mi, jak ważne jest współczucie, które nie jest litością, ale próbą wejścia w czyjeś serce – współodczuwanie. Kiedy zaczynasz współodczuwać z kimś, to przestajesz go oceniać. Zaczynasz rozumieć, a przynajmniej starasz się zrozumieć, mając świadomość, że przecież to, co widzisz, to tylko fragmenty czyjegoś życia. Drugi niesie w sobie często nieznaną nam historię, nie wiemy tak naprawdę, co dzieje się w jego sercu, w głowie. Więc, zamiast wydać prostą, a wówczas najczęściej krzywdzącą ocenę, lepiej postarać się zrozumieć, zdobyć się na trochę empatii.

Moja empatia do Amy sprawiła, że poczułem z nią jakąś duchową bliskość. To dziwne, ale znalazłem i siebie w tym filmie, w niej. Może dlatego, że sam przeżywam wiele upadków, kryzysów, momentów depresyjnych i zdarza się, że czuję się zagubiony w swoim życiu, z którym nie bardzo potrafię sobie poradzić. Patrząc na historię Amy przychodzą mi do głowy fragmenty „Posłania do nadwrażliwych” Kazimierza Dąbrowskiego:

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności
(…)
Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
(…)
Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę

 

Tags:
muzyka
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail