Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

2019 bez Aletei? Z Tobą damy radę!      WESPRZYJ NAS

Aleteia

„Nie ożenię się, bo w każdej chwili mogą mnie zabić”. Tuareg spotkał Jezusa

Udostępnij

Moussa, radykalny muzułmanin, wybrał ścieżkę dżihadu, a potem nawrócił się dzięki spotkaniu chrześcijanina, którego o mało nie zabił. Oto jego świadectwo.

Światło dnia pozwalało czytać Koran. Nocą w głębi namiotu ćwiczyłem pamięć i powtarzałem tekst. Nie było wątpliwości – następowanie po sobie słońca i gwiazd, w rytm którego toczyło się nasze życie wędrowców, zostało stworzone przez Boga. Bóg był naszym nauczycielem, wystawiał na próbę naszą wiarę. W wieku 6 lat znałem tekst Koranu na pamięć.

Bóg kierował naszymi stadami w moim rodzinnym regionie na północy Mali, byłem w jego rękach. Ja, Moussa, najstarszy syn dostojnika, bardzo szanowanego imama, który przewodził naszej społeczności kilkuset Tuaregów. Razem przemierzaliśmy naszą ziemię w odwiecznym rytmie. Miałem przejąć sukcesję po moim ojcu. W tym niezmiennym świecie pewnego dnia straszna plotka obiegła namioty. Jeden z naszych, Alou, zdradził Boga. Dołączył do chrześcijan! Znałem go trochę, choć nie był z mojego obozu. Wieść o jego zdradzie rozpowszechniała jego własna rodzina, która każdego muzułmanina wzywała głośno, by uwolnił świat od tego zdrajcy. Ta historia mi ciążyła. Czasem przypominała mi się nagle, zakłócając moje pięć muzułmańskich modlitw, które wiernie praktykowałem.

 

Wyprawa na dżihad

Miałem 16 lat. Była 4 nad ranem, godzina pierwszej modlitwy. Zebraliśmy się z rówieśnikami, by oddać cześć Bogu. Jego obecność była równie oczywista, jak istnienie gwiazd, które zdawały się nas dosięgać. Przed majestatem Stworzenia uderzyło mnie wspomnienie zdrady Alou. To było jak zadanie. Powziąłem drogę dżihadu i zamierzałem wysłać zdrajcę do piekła.

To była sprawa między Allahem a mną. Wyjechałem sam, tego samego ranka, z pistoletem, który sobie kupiłem, gdy miałem 14 lat. Pojechałem do miasta, bo wiedziałem, że tam znajdę Alou. Miałem do przejścia pieszo 400 kilometrów. U Tuaregów środki transportu i wielbłądy są zarezerwowane dla dzieci i starców. Gdy dotarłem do miasta, po raz pierwszy musiałem wsiąść do autobusu, by dojechać do domu mojego wuja, nie orientowałem się w miejskiej rzeczywistości. Mieszkałem u wuja, chodziłem do szkoły, ale jednocześnie szukałem informacji, gdzie mogę znaleźć zdrajcę.

Dowiedziałem się w końcu, że Alou także studiował, na jednej z misji. Czekałem na niego pod drzwiami. Kiedy wyszedł, pozdrowił mnie i poprowadził na bok. Powiedział: „Wiem, co chcesz zrobić. Chcesz mnie zmusić, bym wypowiedział chahaja (wyznanie wiary muzułmańskiej). A jeśli tego nie zrobię, zabijesz mnie”. Jeszcze nie wyciągnąłem pistoletu. Mówił dalej: „To najlepsze, co możesz dla mnie zrobić – zabić mnie. W ten sposób utwierdzisz mnie w mojej wierze”. Byłem zbity z tropu, a on mówił dalej: „Zanim to zrobisz, chcę, żebyś wiedział, że jest ktoś, kto cię kocha. To Issa”.

Znałem Issę, to po arabsku Jezus, wielki prorok w Koranie, ale Alou mówił mi o nim w dziwny sposób. Jego Issa oddał swoje życie za nas, jak męczennik. Gdy go słuchałem, byłem zmieszany, zbity z tropu i on to widział. Na końcu powiedział mi: „Słuchaj, przemyśl to i przyjdź do mnie znowu”.

Wróciłem do domu wuja. Pojawiły się wątpliwości. Przestałem przemawiać, ja, którego tak słuchano w meczecie, jako syna dostojnika. Zaniedbywałem modlitwę. Wuj to zauważył, przyszedł do mnie i zapytał, co się dzieje. Gdy odpowiedziałem, że już nie wierzę w Boga, wpadł w straszny gniew. „Dlatego, że nosisz to samo nazwisko jak mój ojciec, nie zabiję cię. Ale wynoś się z mojego domu! Powiem twojej rodzinie, że zostałeś chrześcijaninem!”.

 

Odrzucony przez swoich

Postanowiłem wrócić do domu, odnalazłem rodzinę, szukając jej od obozu do obozu. Wieczorem rozpaliliśmy wielkie ognisko. Cieszyłem się, bo to był symbol święta, ale szybko zauważyłem, że nastrój nie był świąteczny. Moi rodzice, wujowie, dziadkowie i 200 innych osób otoczyli mnie. Dziadek zabrał głos: „Czy to prawda, że przyjąłeś religię białych?

– Nie, nie wierzę w Boga, to wszystko.

– Wypowiedz chahaja!

-Nie, już nie wierzę!”.

Mężczyźni rzucili się na mnie, rozebrali mnie i przywiązali do drzewa. Ciągle mam ślad sznura na nadgarstkach. Stałem tam, nawet w zimne noce, przez 5 dni. Piątego dnia, o 6 rano kuzyn przeciął więzy i dał mi spodnie. Powiedział: „Zabiją cię, uciekaj! Ale unikaj obozów Tuaregów”. Uciekałem, nocowałem u Peulusów, wróciłem do szkoły w mieście. Spałem na ławce, stołowałem się w kantynie.

 

Tajemniczy dobrodziejowie

W niewytłumaczalny sposób, na adres szkoły, dostałem kilka listów. Zawierały dokumenty organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, z których dowiedziałem się o cierpieniach chrześcijan na świecie. Cierpieniach, które przypominały moje. I to mnie poruszyło. Spotkałem Jezusa cierpiącego dla nas, w tym okresie i to jeszcze przed tym, jak poznałem Ewangelię.

Pewnego dnia obok mnie zatrzymał się piękny samochód, nieznajoma biała kobieta powiedziała do mnie: „Chodź z nami, twoja rodzina cię znalazła i chcą cię zabić”. Wsiadłem do samochodu, który zawiózł mnie do ambasady Szwajcarii w Mali. Ambasadorka obiecała mi paszport dyplomatyczny, bym mógł uciec z kraju. W Szwajcarii przyjęli mnie wspaniale, odkryłem kościół, który modli się za prześladowanych chrześcijan i walczy o nich. Dołączyłem do niego, ale jak tylko mogłem, wróciłem do Mali i zostałem misjonarzem. Jak ci, którzy potajemnie i dyskretnie mi pomogli, kiedy byłem w potrzebie.

Moje życie już do mnie nie należy. Mogę być w każdej chwili zabity, zdecydowałem też, że nie będę się żenił, by nie zostawiać wdowy i sierot po sobie. W Mali pracowałem jako nauczyciel, wysłałem moje pierwsze pobory rodzicom, jak każe zwyczaj. Ale pieniądze wróciły. Mama napisała mi, że dla nich jestem martwy. To było dla mnie straszliwe cierpienie, ciągle jest. Codziennie modlę się za nich, codziennie im wybaczam. Od 25 lat.

Odkryj inne, podobne historie!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail
2019 bez Aleteia.pl? Nie musi tak być!

Wierzę, że Aleteia.pl stała się dla Ciebie ważnym miejscem w Internecie i że nie wyobrażasz sobie, by nagle miała zniknąć. Niestety, w 2019 roku możemy liczyć na zdecydowanie mniejsze wsparcie ze strony zagranicznych katolickich sponsorów i inwestorów. Ta sytuacja sprawiła, że istnienie Aleteia.pl – która, paradoksalnie, rozwija się z sukcesami – stanęło pod znakiem zapytania. Bardzo potrzebujemy Twojej pomocy, bo bez niej nie damy rady kontynuować naszej misji ewangelizacyjnej.

Z Tobą damy radę!