Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Jan Staszczyk: Bóg uchylił mi rąbka tajemnicy

JAN STASZCZYK
fot. archiwum prywatne
Udostępnij

Po pierwszej spowiedzi uznałem, że pokuta musi być prawdziwa. Postanowiłem przestać pić. W jednej chwili zostałem oczyszczony z wielu rzeczy, które towarzyszyły mi przez lata - mówi w wywiadzie z Aleteią Jan Staszczyk, syn słynnego lidera zespołu T.Love.

Janka Staszczyka poznałam jeszcze na studiach. Siadywaliśmy w jednej sali na zajęciach z włoskiego, ale nie rozmawialiśmy zbyt dużo. Z jego wciągających tekstów wiedziałam tylko, że bliska jest mu rzeczywistość ostrych imprez i przelotnych znajomości z kobietami. W tym samym czasie tata Janka, lider zespołu T.Love, śpiewał, jak bardzo chciałby zostać kumplem Boga*.

Parę lat później Janek odezwał się do mnie. Powiedział, że zna kogoś o silnym doświadczeniu Boga w życiu. Zapytałam: czy to naprawdę chodzi o ciebie?

 

Karolina Sarniewicz: Napisałeś mi, że w grudniu zdarzyło ci się „wielkie bum”. Twoje nawrócenie faktycznie odbyło się z dnia na dzień?

Jan Staszczyk: Nie. Nie byłem przypadkiem człowieka, który nagle przyszedł do Boga. To narastało stopniowo. Od Kościoła odszedłem jeszcze przed bierzmowaniem. Nie podobało mi się dużo rzeczy i nie chciałem być hipokrytą. U mnie w rodzinie religijność była na dość standardowym poziomie, a mnie to nie interesowało. Jeszcze na studiach byłem raczej po drugiej stronie, a w dyskusjach z kolegami opowiadałem się przeciwko religijności.

Jednak kiedy wracałem pijany z imprezy, coś się ze mnie wylewało. Jakieś monologi do Boga, czasem bardzo długie. To było takie silne dopuszczanie – bardzo chciałem, żeby On był. Zacząłem trochę chodzić na mszę, stanąłem po drugiej stronie barykady. Ale cały czas to była wiara, a nie doświadczenie Boga.

Miałem dwa momenty, w których otrzymałem to, o co prosiłem, ale do dziś nie jestem pewien, czy to był przypadek. W końcu, na początku 2017 roku zmywałem naczynia i ponieważ byłem rozbity i smutny, pomyślałem, żeby pójść do spowiedzi.

To miało ci pomóc?

Nie wynikało to z jakiejś mojej duchowej potrzeby. Po prostu miałem kiepski okres, potrzebowałem z kimś porozmawiać. Ta myśl pojawiła się sama, nie wiadomo skąd, ale zignorowałem ją, bo rzeczy związane z Kościołem wciąż niewiele dla mnie znaczyły. Mijał czas – żyłem sobie po swojemu, ale coś mnie drapało.

Wtedy przyszedł grudzień, druga niedziela adwentu 2017 r. Usłyszałem kazanie w kościele o tym, żeby przyjąć Pana Jezusa z czystym sercem. Poczułem, że to jest ten moment.

Poszedłeś do konfesjonału?

11 grudnia – pamiętam tę datę dokładnie –  zadzwoniłem do mojego ojca [Muńka Staszczyka – przyp.red.], żeby polecił mi księdza. On się bardzo ucieszył i powiedział, że akurat przez tych kilka dni jest w Warszawie Dominik Chmielewski. Wiedziałem, że z dnia na dzień nie zmienię wszystkich swoich nawyków, ale postanowiłem, że pójdę.

I co?

Wiesz, ze mną było trochę jak z synem marnotrawnym. Zrobiłem pół kroku i zostałem oblany bardzo mocną łaską. Rozłączyłem się, napisałem do Dominika, umówiłem się z nim na czwartek. Klamka zapadła. I nagle zacząłem czuć rzeczy abstrakcyjne. Radość, lekkość – to wszystko było nie do opisania. Chciało mi się płakać ze szczęścia. Zadzwoniłem do ojca i powiedziałem, że coś się ze mną dzieje. On jeszcze nie wiedział do końca, co to jest, ale mówi: „Bo to wszystko jest prawda”.

Że Bóg istnieje?

Czułem się, jakby ktoś mi dał nowe oczy. Minęły dwa dni, potem przyszło do spowiedzi, która też była dodatkowym oczyszczeniem, ale to, co się już największego wydarzyło, było 11 grudnia. Ten pierwszy tydzień nazwałem tygodniem cudów – wszystko było nowe, nie wiedziałem co robić. Co chwilę się modliłem, klękałem, bo myślałem, że za każdym razem trzeba klękać (śmiech). To jest szok dla człowieka, który wcześniej nie zetknął się z tym namacalnie. Nagle orientujesz się, że wszystko, co babcia i ciocia mówiły o Bozi, jest prawdą.

Co się wtedy zmieniło?

Moja psychika się pozmieniała. Własna siostra przestraszyła się mnie, bo zacząłem inaczej mówić. Mógłbym porównać ten stan do początków zakochania. Dominik dał mi swoją książkę „Jego miłość cię uleczy”. Przeczytałem ją na jednym oddechu, ale stwierdziłem, że moją pokutą nie może być tylko książka.

To musi być prawdziwa pokuta. I wtedy postanowiłem przestać pić. Wszystko stopniowo za sprawą Boga się zmieniało. Zrozumiałem też, jak duży miałem wcześniej potencjał, żeby siebie samego krzywdzić. I zlitował się nade mną ten Bóg. Teraz nawet tematy rozmów mi się zmieniły. Kiedyś z ojcem gadaliśmy głównie o dziewczynach i piłce nożnej, a teraz pierwszym tematem jest wiara. Mama ma z nami spory problem (śmiech).

Ale nie tylko zmieniły się tematy twoich rozmów z bliskimi. Zmieniło się chyba całe twoje życie?

Podstawowa zmiana jest taka, że musiałem przezwyciężyć pewne swoje zachowania, głównie z szeroko pojętej sfery seksualnej.

Jedna kobieta na całe życie? To cię tak przeraża?

Wiesz, mnie nie chodzi o to, że miałem ich aż tak wiele. Po prostu poczucie, że mogę, dawało mi jakiś rodzaj satysfakcji. I wydaje mi się, że dla mnie był to na pewno najtrudniejszy obszar do zrewolucjonizowania.

I jak dajesz sobie z tym radę?

Zaczynam widzieć, że siła modlitwy naprawdę nie jest żadną bzdurą. Modlę się codziennie na różańcu. I wydaje mi się, że to jest podstawa. Że to właśnie dzięki temu utrzymuję większy lub mniejszy stan spokoju duchowego.

Wcześniej byłem człowiekiem, który już na początku tygodnia myślał o imprezie w piątek. A impreza to był głównie alkohol. Teraz miewam drobne wpadki, ale to już nie jest tradycja. Poza tym nie piłem w ogóle przez trzy miesiące i przez ten okres doceniłem wartość innych sposobów spędzania wolnego czasu.

 

Nie tęsknisz do tego życia przed? Nie dopadają cię lęki, że coś tracisz?

Czasami brakuje mi czegoś, co nazywam „zespołem podniecenia przedmelanżowego”. Tęsknię za uczuciem, kiedy szykuję się na imprezę i nie wiem, co się wydarzy. Z drugiej strony nie jest wcale powiedziane, że nigdy nie pójdę już na piwo albo na sześć.

Oczywiście, wolałbym nie chodzić na sześć co tydzień, ale myślę sobie, że z większości rzeczy, które są dla mnie ważne, nie muszę rezygnować całkowicie. Rezygnacja dotyczy niewielkich aspektów, które tak naprawdę nie były jakąś wielką częścią mojego życia. Atmosferę sprzed imprezy potrafię zastąpić jazdą na rowerze po mieście. Poza tym miałem taki tydzień, że piłem codziennie i dość szybko poczułem, jak bardzo było to bez sensu. Strasznie chciałem znowu czysto żyć.

Może po prostu chodzi o umiar?

Tak myślę. Parę razy byłem na mieście i miałem jakieś silne, wewnętrzne, wręcz fizyczne uczucie pokoju w sobie. Taką radość zupełnie niezmąconą, pokój i jednocześnie pewność, które w pewnym momencie były już łaską. Chrześcijanin może się przecież napić, bo nie ma przykazania „Nie pij alkoholu”. Ale trzeba pilnować, żeby nie mieć „przed Nim cudzych bogów”.

Poza tym z tego, co mówisz, wynika, że w chrześcijaństwie też można doświadczyć takiego „przedimprezowego odlotu”.

Nie, przed imprezą miałem w sobie pewien niepokój. Niepokój wynikający trochę z zachłanności, zachłanności do życia. Zachłanności do wszystkiego. Już mam to, ale jeszcze chciałbym tamto. Że chciałbym wszystko nie tyle nawet skonsumować materialnie, co przeżyć. Tego mi czasami brakuje i zastanawiam się, czy chrześcijańskie życie może dać poczucie takiej poetyckości. Nieprzewidywalności bez ograniczania się. I dochodzę do wniosku, że mniej lub bardziej tak. Nie stawia ci ono limitów.

Co jest takiego nieprzewidywalnego w chrześcijaństwie?

W tej podróży najbardziej fascynująca jest współpraca z łaską. Czuję trochę tak, jakbym miał trenera personalnego – najlepszego, jakiego można mieć. On mi naprawdę wszystko ustawia. Ja tylko wchodzę, On mi coś proponuje, zgadzam się i dzieje się samo. Bez Niego moje życie byłoby dzisiaj takim życiem od piątku do piątku, bez ładu i składu.

Kiedy zaczynałeś przyznawać się do Boga, nie bałeś się, że towarzystwo się do ciebie odwróci?

Rzeczywiście, bałem się ostracyzmu. Nigdy się jednak coś takiego nie wydarzyło, wręcz przeciwnie – ludzie często są tym zainteresowani. Mam jednego znajomego, u którego widziałem w oczach szczere zainteresowanie tym, co mówiłem – o którym w życiu bym tak nie powiedział, bo to inteligentna, ale dość cyniczna postać. Nie chcę przypisywać sobie jakichś zasług. Po prostu widzę, że Bóg na każdego ma jakiś pomysł. Może również działać przez to moje gadanie.

Na ciebie jaki miał pomysł?

Nie wiem, ale musiał od zawsze mieć jakiś pomysł i może dlatego też stworzył mnie takim słabym. Wiesz, jak mówi Paweł, w słabości nagle się twoja siła zaczyna objawiać.

Zastanawiałeś się, dlaczego ty dostałeś tę łaskę, a wiele osób nie? Czy naprawdę chodzi o to, że w głębokim kryzysie zaczynasz się zwracać do Boga?

To we mnie wstąpiło w dość obojętnym momencie życia. Więc nie powiedziałbym, że to był moment dna. Kompletnie nie uważam też, że jak człowiek tego chce, to to dostanie. Dla mnie są dwie opcje. Pierwsza, że sobie to można faktycznie w jakiś sposób „wychodzić”. Chociaż to nie mój przypadek, bo ja się nie modliłem o łaskę. Wręcz nawet nie do końca wierzyłem, że ona może mi się przytrafić.

A druga opcja?

Że jesteśmy krzewami winogron i po prostu jeżeli obok siebie rośniemy, to wiara zaczyna przechodzić z jednych na drugie – jak choroba. Myślę, że to tak właśnie promieniuje, jeżeli ktoś obok ciebie się modli. Moi rodzice modlili się za mnie w Medjugorie, miałem też bardzo wierzącą babcię. Nie mam pojęcia, dlaczego jedni dostają łaskę wiary, a drudzy nie. Wiem tylko, że w każdym przypadku istnieje taka szczera i głęboka potrzeba u osoby obdarowanej.

Czujesz ten paradoks? Przyłączasz się do Kościoła, z którego większość wybiera raczej drogę wyjścia. Nie masz pokusy, żeby go zrewolucjonizować?

Miałem taki moment, ale teraz myślę, że pokora to podstawa. Ja nie będę szabelką zmieniał całego tysiąca lat. Mogę tylko działać na swoim poletku. Chociaż gdybym dostał klucze i ktoś by powiedział „Janku, proszę, możesz zmieniać, co chcesz”, to bym chyba nic nie zmienił. Z drugiej strony uważam, że w tym wszystkim powinno być więcej żaru.

Chodzi ci o sztywną kościelną mowę?

Raczej o ciągłe upraszczanie Jezusa. Księża starają się mieć na wszystko odpowiedź, a przecież wcale nie muszą. Na każdy ludzki dylemat odpowiadają „Bóg cię kocha, Bóg jest miłością”. A przecież On jest bardziej fascynujący, kiedy jest tajemnicą. Żeby to było pociągające, to muszą być też pytania. Wszędzie na tych kazaniach za bardzo Jezusa „upluszawiają”. A dla mnie to cały czas jest postać. Za dużą mamy łatwość w mówieniu wszystkiego, sprzedawaniu ludziom, że to było tak, a tamto inaczej. A jak jesteś daleko od Boga, to dlatego nie wyszło. A jak ktoś jest blisko i nie wyszło, to co powiemy?

„To była próba, musisz zaufać Panu” (śmiech)

Pamiętam, była taka dziewczyna na którymś uwielbieniu, na którym byłem z moją mamą. Mówiła, że żyła z chłopakiem w „związku bożym”. Bardzo zresztą podoba mi się ta nazwa: „związek boży”, czyli w czystości. No i to nie wyszło, cały świat jej się zawalił, a przecież wszystko było według reguł. Jednak to byłoby zbyt proste, gdyby według reguł wszystko wychodziło. No nie.

Nie wiesz, dokąd dojdziesz, kiedy pójdziesz za Jezusem. Jak Jezus chodził z apostołami, to trafiali tam, gdzie ich przyjęli. To była jazda, prawdziwa przygoda. Też bym chciał w czymś takim wziąć udział. Poszedłbym za Nim. To właśnie takiego zafascynowania życiem brakuje mi w Kościele.

Wiesz, gdyby w relacji z Bogiem pociągała nas tylko tajemniczość, równie dobrze moglibyśmy iść do wróżki. A Ty nie jesteś zwyczajnie podekscytowany. Od roku jesteś potężnie zakochany i nie przypominasz już bardzo tego Janka, którego pamiętam ze studiów.

To jest proste. Ktoś tego 11 grudnia dał mi bardzo mocno poczuć w sposób duchowy, że istnieje. Byłbym kompletnym idiotą, gdybym się w jakiś sposób do tego nie dostosował. Nie znam zresztą nikogo, kto by przeżył coś tak mocnego i jego życie wyglądałoby tak samo. Od tamtej pory niejednokrotnie podczas modlitwy, czy po prostu gdy idę ulicą, zdarza mi się poczuć niesamowitą siłę, pokój, radość, bliskość. Tego się w ogóle nie da opisać słowami.

W dodatku, choćby cały świat mówił ci, że coś sobie uroiłeś, ty i tak wiesz, że to jest siła z zewnątrz. I nie da się jej zakwestionować.

Siła z wewnątrz nie zmieniłaby ci życia tak radykalnie, na taką skalę i z taką mocą. A ja zostałem oczyszczony z wielu rzeczy w jednej chwili. To się nie mogło zadziać samo. Byłem człowiekiem chaotycznym, nieuporządkowanym, zagubionym.

Dostałem łaskę poznania i współpracując z nią odkryłem, że mogę sobie wiele rzeczy odpuścić, żeby iść ku najważniejszym. Może nie założę koszulki z Jezusem i nie będę machał rękami, bo to nie w moim stylu, ale mogę żyć, mając przed oczami najistotniejsze. Z poczuciem, że Ktoś rok temu uchylił mi kawałek kurtyny.

*T.Love „Bóg”, 1994, EMI Music Poland Sp. z o.o.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail