Aleteia

Żadna mama nie musi być idealna. Lepiej być prawdziwą!

DRZEMKA
Mladen Zivkovic | Shutterstock
Udostępnij

Każda z nas chciałaby być supermamą. Na szczęście czasami wystarczy dziecku tylko mama. I aż… mama. Autentyczna – z całą swoją mądrością, ale i z ułomnościami.

Kiepski dzień?

To był jeden z tych dni, które każda matka chciałaby wykreślić ze swojego macierzyńskiego archiwum. Za dużo bajek, za dużo marudzenia, za dużo ciastek… kontra – za mało snu, za mało cierpliwości i za mało wspólnej zabawy. Każda najbardziej podstawowa czynność, jak powieszenie prania, była jak Mont Everest. Do tego wielki ciążowy brzuch, który takiego dnia ważył przynajmniej dwa razy więcej niż zwykle.

Dlatego kiedy babcia zabrała zbuntowanego dwulatka na popołudniowy spacer, a ja zamknęłam za nimi drzwi, dopadły mnie ogromne wyrzuty sumienia. Dlaczego nie byłam wystarczająco dobrą mamą? Jak słabo w oczach mojego dziecka dzisiaj wypadłam?

Wytarłam ostatnie łzy, żeby przynajmniej nie dokładać mu do obrazu zmęczonej i sfrustrowanej matki jeszcze zapłakanej, i usłyszałam głos mojego dziecka na klatce. Otworzyłam i ugięłam kolana. Biegł, cały w skowronkach, z pęczkiem polnych kwiatów w małych dłoniach. „Mamusia, proszę” – powiedział, wręczając mi swoją zdobycz, i tuląc się tak, jakbyśmy nie widzieli się tydzień.

 

Zobaczył moje łzy

Jednak je zobaczył. Ale to były te „dobre” łzy. Oczyszczenia, szczęścia i… zrozumienia. Bo dotarło do mnie coś bardzo ważnego. Ucieszył się na widok tej samej mamy, którą zostawił za drzwiami, gdy wychodził na spacer.

Mamy w poplamionym dresie, z podkrążonymi oczami, bez siły na szaloną i kreatywną zabawę. Na widok SWOJEJ mamy, po prostu. Mamy, która dziś zdecydowanie nie była supermamą, ale była… JEGO.

 

Baza miłości

Jakiś czas temu rozmawiałam z koleżanką, która ma trudną relację ze swoją mamą. „Zazdroszczę ci twojej mamy” – mówiła. „Jest taka prawdziwą, ciepłą mamą. A moja… daleko jej do takiego obrazu”. „Ale bardzo ją kochasz, prawda?” – zapytałam. „To trudne, ale tak, to przecież MOJA mama” – odpowiedziała z uśmiechem i zeszklonymi oczami.

Tak właśnie jest – już na starcie macierzyństwa dostajemy pewien kapitał miłości od naszego dziecka, które kocha nas za to, że jesteśmy. Tylko tyle. Od nas zależy zaś, co z tym kapitałem zrobimy. Nawet jeśli wydaje nam się, że danego dnia nie dałyśmy z siebie nic, co mogłoby go pomnożyć, ta „baza” nie zniknie. Wpisana jest w serce każdego dziecka, a później – każdego dorosłego.

 

Zburzone ideały

Szczególnie na początku rodzicielskiej drogi jesteśmy niemal bombardowani radami na temat tego, czego nasze dziecko potrzebuje, jak zapewnić mu odpowiedni rozwój na danym etapie życia. I właśnie wtedy jesteśmy na te porady najmniej odporni, a nasze aspiracje do bycia najlepszą mamą na świecie niesamowicie rosną.

A potem spada na nas cała ta codzienna, brudna i trudna otoczka zwyczajnych dni, i jesteśmy jako mamy zawiedzione – sobą. Tym, że nie potrafimy sprostać oczekiwaniom, które nakłada na nas współczesna rzeczywistość… a czasami tylko kolejny dzień wyglądający jak dziesięć poprzednich.

 

Bezcenna obecność

Nasze dzieci nie kochają nas tylko w te dobre i udane dni. Nie kochają nas wyłącznie wtedy, kiedy jesteśmy piękne, gotowe do wspólnego działania i uśmiechnięte. Dzięki Bogu! Każda z nas chciałaby być supermamą. Na szczęście czasami wystarczy dziecku tylko mama. I aż… mama. Autentyczna – z całą swoją mądrością, ale i z ułomnościami.

Tę potrzebę doskonale odzwierciedla dialog głównych bohaterów „Kubusia Puchatka”:

– Puchatku?
– Tak, Prosiaczku?
– Nic, tylko chciałem się upewnić, że jesteś.

Dobrze, że jesteś, mamo. Po prostu.