Aleteia

Nie wszystko będzie dobrze, czyli o umieraniu po prostu

ŚMIERĆ
Rhodi Lopez/Unsplash | CC0
Udostępnij

Gdyby przed wyjazdem do Etiopii ktoś opowiedział mi, co przeżyję, pewnie nigdy bym tam nie pojechała. Gdyby zapytał, czy chcę wrócić i przeżyć ten czas jeszcze raz, bez wahania odpowiedziałabym, że chcę.

Siedzieliśmy na kredensie w pomieszczeniu zabiegowym. W powietrzu czuć było jeszcze duszący zapach zżartych przez gangrenę nóg pacjenta. Pierwszy raz w czasie opatrunku założyliśmy maski, bo smród był nieznośny. Młody chłopak, chudy jak szczapa, już dłuższy czas przebywał w ośrodku dla najuboższych w Hawassie na południu Etiopii, prowadzonym przez siostry Matki Teresy. Tym razem wyglądał wyjątkowo kiepsko.

– Niedługo umrze – rzucił krótko pielęgniarz. – Skąd wiesz? – w moich uszach jego pewność graniczyła z bezczelnością. – Może Bóg ma dla niego inny plan, ale ja ci mówię, co widzę. Dziś, jutro, pojutrze. Umrze.

Nie uwierzyłam. Nie potrafiłabym tak po prostu zaufać bezlitosnemu stwierdzeniu, że pacjent nie ma żadnych szans. To był mój drugi tydzień kwartalnego wolontariatu. Następnego dnia, na wyniesionym na korytarz łóżku, leżało drobne ciało okryte prześcieradłem. Czekało na obrządek. Trzeba się było spieszyć, bo ciepły klimat ma swoje wymagania. Bóg nie miał dla niego innego planu. Ja miałam.

 

Śmierć przechadza się tam swobodnie

Nie pamiętam imienia pacjenta z gangreną, ale pamiętam wewnętrzny bunt, który wywołało jego nienagłe przecież odejście. Umarła też czternastoletnia sierota z HIV i gruźlicą, umierały dzieci, czasem starsi. Przechadzała się śmierć swobodnie pod bananowcami.

Kilka miesięcy wcześniej po raz pierwszy czuwałam przy ciężko chorej bliskiej osobie. W jej ostatnich godzinach nic spektakularnego się nie wydarzyło. Gdyby nie szpitalne monitory z parametrami, moment odejścia byłby ledwo zauważalny. Cyt i świeczka zgasła.

W Europie umieramy sterylnie, wspomagani tlenem, intubacją, resuscytacją… Ratowanie życia uważamy za obowiązek. Może dlatego jakiś przymus wewnętrzny tak bardzo pcha nas w kierunku życia. Każe wierzyć w cudowne uzdrowienia, nagłe zwroty akcji, a nawet w możliwość cofnięcia czasu.

Jesteśmy często marzycielami wbrew faktom, bo maszyny mogą podtrzymywać życie niemal bez końca. Co więcej, kultura Zachodu uczy nas sprzeciwu wobec śmierci, jest on w nas zapisany nie tylko osobiście, ale i społecznie. Powtarzamy w kółko, że wszystko będzie dobrze, a tymczasem to tylko zaklinanie rzeczywistości. W niektórych sytuacjach nawet więcej – to społecznie akceptowane kłamstwo. W krajach ubogich, dla ludzi ubogich nie ma maszyn. A nawet jak są, to często nie ma prądu.

 

Odchodzenie dotyczy nie tylko umierającego

Stałam nad ciałem owiniętym prześcieradłem i czułam, jak cząstka mnie bezpowrotnie odchodzi. Jutro, które uwzględniało czas spędzony z tym człowiekiem nigdy się nie wydarzy. Żadne zaplanowane działanie, które polepszy jego stan, żadne słowo, które go pocieszy. A przecież dla mnie to wszystko już zaistniało. Przecież szłam na spotkanie, a nie na pożegnanie. Nie wszystko będzie dobrze. A przynajmniej nie będzie zgodnie z moim planem. Ale będzie.

Śmierć nie ma zwyczaju pytać, czy jesteśmy gotowi. Przychodzi. A my zostajemy ze stosem pragnień, marzeń, planów działania, które wbrew faktom, zachowują niebywałą żywotność. Zaczynają nas palić od środka, nękać pytaniami, obwiniać o za mało, za późno, za rzadko. A przecież i one muszą zgasnąć, żeby prawda o rzeczywistości nie zmieszała się z fantazją.

Za każdym razem, kiedy umierał pacjent, na teren ośrodka przyjeżdżał traktor, żeby zabrać ciało. Na początku na ten widok czułam lęk i niezgodę. Po pewnym czasie nauczyłam się, że trzeba pozwolić umrzeć jednej nadziei, żeby uwierzyć innej. Tej, która jest w Bogu, a nad którą nie mamy już kontroli. Pakowałam więc wszystkie wyobrażenia związane ze zmarłym w tobołek i kładłam na przyczepę, żeby w obrzędzie opłakiwania i pochówku mogły spokojnie odejść, żeby na widok traktora na myśl znów przychodziły radosne żniwa.