Aleteia

Dzieci, które „zniknęły”. Co się dzieje z uczniami nie uczestniczącymi w zdalnych lekcjach?

ZNIKAJĄCE DZIECI
Joaquin Corbalan P | Shutterstock
Udostępnij

Szacuje się, że w Polsce może być od tysiąca do nawet kilku tysięcy dzieci, które po wprowadzeniu nauczania zdalnego zniknęły z radarów szkoły.

Moje dzieci chodzą do szkoły niepublicznej. Jak wszystkie dzieci w Polsce, figurują jednak także w rejestrze szkoły rejonowej. Przez kilkanaście lat ich edukacji kilka razy dostaliśmy list, w którym szkoła rejonowa wezwała mnie i męża do wyjaśnienia, czy nasze dzieci realizują obowiązek szkolny. Zgodnie z przepisami szkoła, w której faktycznie się uczą, wysyła co rok informację, że ma „na stanie” nasze dzieci, a rejonówka zaznacza – czy raczej powinna zaznaczać – ten fakt w swoim spisie. No chyba że list gdzieś zaginie, a zbliża się np. kontrola z kuratorium…

Jak widać, system edukacji w Polsce skrupulatnie śledzi dzieci w wieku szkolnym. Jak działa teraz, kiedy nauka przeniosła się do internetu?

 

Ilu uczniów nie uczestnicy w e-lekcjach

Niektórzy nauczyciele zauważyli, że część ich uczniów nie uczestniczy w zajęciach. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie wie jeszcze, jaka jest skala tego zjawiska, ale na razie zdiagnozowały je dwa miasta: Warszawa – 650 nieobecnych dzieci i młodzieży (290 uczniów podstawówek, 201 – szkół zawodowych i 117 – szkół średnich); a w Poznaniu – 227 uczniów szkół podstawowych. Minister Dariusz Piontkowski powiedział, że są samorządy, które w ogóle nie zgłaszają tego problemu, i są takie, którym „zniknęło z radarów” 50-100 uczniów. Szacuje się, że zjawisko dotyczy od tysiąca do nawet kilku tysięcy dzieci w Polsce. Co się z nimi stało?

W szkole we Wrocławiu, w której uczy Ewa Piątek, nie ma ani jednego dziecka, po którym by ślad zaginął. Natomiast praktycznie w każdej klasie jest ktoś, kto pojawia się na lekcjach online sporadycznie, tłumacząc się tym, że pomylił godziny, miał problemy z komputerem itd. Wszystko wskazuje na „koronawagary”. Jeśli takie sytuacje się powtarzają, wychowawcy dzwonią do rodziców. Taka interwencja na ogół pomaga, ale np. dwaj ósmoklasiści od marca zalogowali się na zajęciach tylko kilka razy i nie przysłali żadnych zadanych prac.

 

Granie jest fajniejsze

Co jest przyczyną zniknięć? Czasem dziecko po prostu wpadnie na pomysł, że od nauki fajniejsze jest granie na komputerze, a zapracowani rodzice nie kontrolują tego, co ono robi. A wylogowanie się z systemu jest znacznie łatwiejsze niż wyjście z klasy. Dla dzieci z różnymi trudnościami (np. dysleksją, nadpobudliwością psychoruchową) skupienie się na ekranie komputera, w którym nauczyciel tłumaczy dodawanie ułamków, jest jeszcze trudniejsze niż skupienie się na tym samym w szkole. A jeśli dopuści się do powstania zaległości, po kilku dniach trudno się wygrzebać spod lawiny nieodrobionych zadań i nieodebranych wiadomości.

Paradoksalnie, na zajęciach online dość często nieobecne są też dzieci, które dobrze sobie radzą z nauką. Uważają – nie zawsze słusznie! – że to, czego mogą się dowiedzieć, jest banalne.

 

Dzieci z trudnych domów

Polonistka Katarzyna (nie chce podawać nazwiska, żeby uszanować prywatność swoich uczniów) pracuje w szkole w dużej wsi na Mazowszu. Ma kilkoro uczniów, którzy prawie nie pojawiają się na lekcjach zdalnych. A jeśli nawet są, nie odzywają się, nie potrafią odpowiedzieć na pytania. To te same dzieciaki, z którymi również przed epidemią najtrudniej się pracowało – ewidentnie z powodu tego, co dzieje się w domach.

Najbardziej martwi się o dziewczynkę, której matka zmienia pracę równie często jak konkubentów, a ojciec siedzi w więzieniu. W szkole Marysia – tak ją nazwijmy – przynajmniej dostała obiad i mogła z kimś normalnie porozmawiać. Teraz nie wiadomo, co się z nią dzieje. Ta rodzina jest od dawna zgłoszona w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. Kiedy dyrektorka szkoły dzwoni do matki, zawsze słyszy narzekania na kiepski komputer z MOPS albo na internet.

 

Dzieci Ukraińców

Część nieobecnych dzieci to zapewne dzieci Ukraińców, którzy po rozpoczęciu epidemii wyjechali z Polski, bo stracili tutaj pracę. Można też przypuszczać, że część z 201 uczniów warszawskich zawodówek, którzy nie logują się na zdalnych lekcjach, po prostu zrezygnowała z dalszej nauki. Takie odejścia zdarzają się również w normalnej sytuacji. Niewykluczone, że po wakacjach przynajmniej niektórzy z nich wrócą albo pójdą do innych szkół.

Pewno dopiero po zakończeniu roku szkolnego będzie można policzyć „zaginione” dzieci. A ustalić, co się z nimi stało – pewno dopiero wtedy, kiedy skończy się epidemia.