Aleteia

Odszedł „ojciec Teresa”. Uczył, że miłość nie zna granic

AP/FOTO LINK
Udostępnij

Jest tyle przebiegłości na świecie. Cieszę się, że mogłem pomóc najbardziej uciskanym – mówił Edhi, jeden z najbardziej znanych działaczy charytatywnych.

Edhi, okrzyknięty przez media „ojcem Teresą”, zmarł 8 lipca. Miał 88 lat. Dzień jego pogrzebu premier Pakistanu Nawaz Sharif ogłosił dniem żałoby narodowej. Edhi jest pierwszym Pakistańczykiem od śmierci szefa junty wojskowej generała  Zia-ul-Haqua w 1988 roku, któremu urządzono pogrzeb państwowy. W uroczystości wzięli udział czołowi przedstawiciele życia politycznego oraz wojska.

Chorzy na bruku

Edhi, ascetyczny, niezbyt wykształcony mężczyzna, w latach 40-tych XX wieku był drobnym handlarzem. W tym czasie zaczął troszczyć się o ludzi potrzebujących pomocy, o biednych, chorych i umierających.

„Widziałem ludzi leżących na bruku” – mówił w jednym z wywiadów wspominając swoje pierwsze lata w Karaczi. W mieście zapanowała epidemia grypy i nie było nikogo, kto mógłby pomóc chorym. „Rozstawiłem ławki i poprosiłem o pomoc studentów medycyny. Zostali wolontariuszami. Byłem bez grosza przy duszy. Żebrałem o pieniądze i ludzie mi je dali. Kupiłem niewielki pokój i tak się zaczęło” – opowiadał Edhi.

Jego życiorys czasem przypomina biografię Matki Teresy z Kalkuty. W 1951 roku Edhi założył fundację, która szybko się rozrastała i obecnie jest największą prywatną organizacją charytatywną w Pakistanie. Fundacja prowadzi m.in. szpitale i ośrodki dla niepełnosprawnych. W 17 ośrodkach żyje obecnie pięć tysięcy osób chorych i niepełnosprawnych. Fundacja utrzymuje też  1,5 tys. karetek pogotowia, 24-godzinne służby ratownicze, domy dziecka, schroniska dla bezdomnych, banki krwi, domy dla porzuconych niemowląt. To wszystko zorganizował korzystając wyłącznie z prywatnych darowizn. Edhi konsekwentnie odmawiał przyjęcia rządowego wsparcia.

Niewierny?

„Ojciec Teresa” wiele razy ryzykował własnym życiem. Otrzymywał pogróżki od radykalnych muzułmanów, którym nie podobała się jego działalność. Atakowani byli jego pracownicy i ambulanse. Był krytykowany za ośrodki dla sierot – uznawane przez niektórych za zachętę do pozamałżeńskich relacji. W latach ostrych walk gangów na ulicach Karaczi, Edhi sam wsiadał do karetki, jeździł po chorych, mył zmarłych…

Był nawet nazywany „niewiernym”. W ubiegłym roku „The Guardian” napisał, że to, co robi Edhi, należy do obowiązków państwa, powinien być więc za to doceniony, a nie krytykowany.

Edhi wielokrotnie był typowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Kościół katolicki nazwał go „bohaterem narodowym” oraz „dobrem społecznym”.  Pakistańska gazeta „The Tribune Express” napisała z kolei, że zaangażowanie humanitarne Edhiego przełamywało – pozornie nie do pokonania – bariery etniczne i religijne w Pakistanie. Ten głęboko wierzący muzułmanin, który uznawał jałmużnę jako centralny punkt islamu, narażał się na wrogość – jego pracę nazywano „nieislamską”. Jednak Edhiego to nie zrażało i zawsze twierdził, że „żadna religia nie jest większa od ludzkości”.

Ludzka twarz Pakistanu

Filantropa pożegnano też w mediach społecznościowych. Pakistańczycy pisali: „Edhi był ponad Nobla. Żadna nagroda nie jest wystarczająca, by uhonorować to, co on zrobił. Spoczywaj w pokoju. Dzięki, Sir”.

Pakistański dziennik „Dawn” dzień przed śmiercią Edhiego napisał: „Chciałoby się, aby życie tego niezwykłego człowieka, jego poczucie służby dla ludzkości, jego poświęcenie i skromność zainspirowały panujące elity pakistańskie do refleksji nad sobą. Ale to próżna nadzieja”.

„Jest tyle przebiegłości na świecie. Cieszę się, że Bóg uczynił mnie innym człowiekiem. Że mogłem pomóc najbardziej uciskanym” – mówił w jednym z wywiadów Edhi. O. Emmanuel Pervez, pastor Pansary stwierdził, że Edhi pokazał „ludzką twarz Pakistanu”. „Był muzułmaninem, który całe swoje życie poświęcił kochaniu drugiego człowieka, bez jakiejkolwiek dyskryminacji. Uczył, że miłość nie ma granic, nie ma barier” – stwierdził.

KAI/MB