Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

„Niebo zaczyna się przy twarzy drugiego człowieka”. Rozmowa z dyrektorem SIEMACHY

Udostępnij

Na człowieka trzeba patrzeć nie przez pryzmat tego, kim jest dzisiaj, ale kim mógłby być w przyszłości. Dzisiaj jest marnotrawcą bożych darów, jutro może niespodziewanie rozkwitnie.

Małgorzata Bilska: Jak długo jest ksiądz w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy?

Ks. Andrzej Augustyński: Więcej niż połowę życia, czyli bardzo długo… Ale dla porządku dodam, że znakomita większość tego czasu to działalność wychowawcza w Stowarzyszeniu SIEMACHA. Z regularnym duszpasterstwem w parafii od lat nie mam kontaktu. Muszę też przyznać, że za nim nie tęsknię.

Dlaczego?

Jestem spełniony. Stykam się z wieloma ludźmi, młodymi i dojrzałymi, biednymi i bogatymi, głęboko religijnymi i niewierzącymi. Rozmawiam, odbieram nocne telefony, udzielam sakramentów, odwiedzam w szpitalach, prowadzę pogrzeby… Jak to w życiu.

Zgromadzenie bywa różnie nazywane, np. księża misjonarze, misjonarze Wincentego à Paulo, lazaryści. Która nazwa oddaje wasz charyzmat?

Oficjalna nazwa to Congregatio Missionis (stąd skrót CM), czyli Zgromadzenie Misji. W Polsce najczęściej mówi się: Zgromadzenie Księży Misjonarzy. Określenie to bywa mylące ponieważ przywodzi na myśl skojarzenia związane wyłącznie z działalnością misyjną za granicą (ad gentes), podczas gdy podstawowym zadaniem misjonarzy jest głoszenie Ewangelii ubogim we własnym kraju.

Założyciel Zgromadzenia św. Wincenty à Paulo rozpoczął działalność od tzw. misji ludowych w opuszczonych parafiach na francuskiej prowincji. Z całą pewnością nie chciał zakładać kolejnego zakonu. Sam był księdzem diecezjalnym, który mocno doceniał rolę wspólnoty, dziś powiedzielibyśmy może – zespołu, teamu, grupy wsparcia… Mawiał, że misjonarze to kler diecezjalny żyjący w zgromadzeniu.

27 września Kościół obchodzi wspomnienie liturgiczne św. Wincentego à Paulo. Kim był? 

Mam przed oczami chłopca na szczudłach. Wincenty à Paulo używał ich do poruszania się po bagnistych łąkach, na których wypasał owce w małej wiosce u stóp Pirenejów. Ale szczudła są także wyrazem jego młodzieńczych marzeń o wybiciu się, karierze, pieniądzach. Co tu kryć, to były główne powody, dla których wybrał stan kapłański.

Jakimś dziwnym trafem zrealizował swoje marzenia, nie ku własnemu pożytkowi, ale milionów biedaków. Miał dostęp do salonów, włączając w to prywatne apartamenty króla, jednak jego prawdziwym obiektem zainteresowania stała się paryska ulica i francuska zapadła prowincja.

Żył skromnie. Czy to wyróżnik księży misjonarzy na tle stanu kapłańskiego? Jesteście bardziej radykalni?

Wielu się stara, wychodzi nielicznym.

Co to znaczy: radykalna wierność Ewangelii?

Wierność to cnota relacyjna, odnosząca się do innych. Wiernym można być tylko Panu Bogu i człowiekowi. Wierność Ewangelii to skrót definiujący taką właśnie postawę. Wierność wobec wyabstrahowanych przepisów pozbawiona osobowego odniesienia to ideologia.

Nie można kochać Boga, nie kochając Go w bliźnim. Ale Bóg nigdy nie jest moim wrogiem. Drugi człowiek może nim być. Jak to pogodzić?

Istotnie, Bóg nigdy nie jest wrogiem człowieka, ale człowiek może zwrócić się przeciw Bogu. Takie jest ludzkie prawo wolności. Ponadto „przyrodzoną” postawą wobec innego jest obcość, nieufność. To skutek grzechu pierworodnego. Obcość trzeba przezwyciężyć, zaufanie trzeba zbudować. Aby inny stał się moim bliźnim, muszę więc wykonać pracę. Podobnie jak nieuprawiane pole porasta chwastem, tak zaniedbywane relacje z innymi rodzą trujące owoce.

Papież Leon Wielki ogłosił św. Wincentego patronem wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Wasz założyciel inspirował m.in. Brata Alberta. Da się naśladować takich gigantów?

Wincenty à Paulo, który wysyłał dobrze urodzone panie do biedaków na łożach śmierci w jakichś paryskich norach, zalecał, aby podawały im obiad na serwetach i koniecznie ze sztućcami. Te eleganckie damy zszokowane pytały: dlaczego? Po co? A on na to, że ubodzy są naszymi panami i mistrzami.

Oj dużo czasu potrzebowałem, żeby zrozumieć, o co mogło mu chodzić. Myślę, że trzeba z uwagą przyglądać się światu. Patrzeć na człowieka nie przez pryzmat tego, kim jest dzisiaj, ale kim mógłby być w przyszłości. Dzisiaj jest marnotrawcą bożych darów, jutro może niespodziewanie rozkwitnie.

Jest ksiądz twórcą i dyrektorem sieci profesjonalnych placówek opiekuńczo-wychowawczych SIEMACHA i – w powszechnej opinii – znakomitym pedagogiem. Jak wychowywać młodzież na dobrych ludzi? I autentycznych chrześcijan?

Cokolwiek ważnego robimy w życiu, robimy dla innych, albo ze względu na innych. Każdy dobry człowiek kiedyś musiał odkryć, że niebo zaczyna się przy twarzy drugiego człowieka, a Bóg jest tak blisko nas, jak my jesteśmy blisko innych ludzi.

Podobnie uważał Emmanuel Levinas, kiedy pisał o twarzy Innego. W przypowieści Jezusa Samarytanin wzrusza się losem napadniętego Żyda, Innego dla siebie. Bliźni i Inny znaczy to samo?

Dla Sartre’a Inny był piekłem, bo samym tylko wzrokiem mnie uprzedmiotawiał. Dla Levinasa drugi jest przedsionkiem nieba, bo jego twarz w swej nagości wzywa do poszanowania prawa do życia. Na twarzy Innego wypisane jest boskie przykazanie „nie zabijaj”.

Ale nie o spór filozoficzny tutaj chodzi. To problem etyki, czyli pytania Jezusa, kto okazał się bliźnim poturbowanego człowieka z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Nie kapłan, nie lewita, ale Samarytanin. Ten przystanął, wzruszył się, opatrzył rany, zawiózł do gospody, pielęgnował, zapłacił gospodarzowi za dalszą opiekę, zapowiedział powrót i dalsze zainteresowanie. Można by rzec, porządny projekt charytatywny, bez unijnej dotacji i odpisu „jednego procenta”.

SIEMACHA jest miejscem, w którym spotykają się dzieci z różnych środowisk, często z problemami w domu i szkole. Alkohol, narkotyki, przemoc są łatwo dostępne. Ideologie i sekty „szukają” nowych wyznawców. Co zrobić, żeby nie zeszły na „złą drogę”?

To bardzo proste: kto nie buduje, ten musi burzyć. Jeśli nie potrafimy włączyć młodych ludzi do wspólnego budowania, będą sypać piach w społeczne tryby.

Ksiądz ma w rodzinie piękne tradycje patriotyczne. Myślę o Odporyszowie. Opowie ksiądz o tym?

Rodzina jest dla mnie wielką siłą. Ojciec od dzieciństwa opowiadał mi wspaniałe rodzinne historie. O Wojciechu, wójcie Odporyszowa; o Janie, dyrektorze najlepszej przedwojennej polskiej szkoły w Gdańsku; o Zygmuncie, wybitnym warszawskim dziennikarzu zniszczonym przez komunistów. O Stanisławie, starszym radcy skarbu z Sanoka.

To niezwykłe, że obaj z ojcem mogliśmy na ziemi mojego pradziadka, gdzie wszyscy oni przyszli na świat, stworzyć wspaniałe miejsce dla dzieci. Znajduje się tam dziś nowoczesny dom dziecka, placówka dzienna dla dzieci z okolicy, nowoczesne centrum sportowe ze stajnią i ujeżdżalnią konną. Myślę, że po raz pierwszy w historii dom dziecka stał się chlubą mieszkańców.

Czym jest patriotyzm?

Zbiorowym obowiązkiem. Mój patriotyzm ma oblicze konkretnych osób, żywych i zmarłych. Jestem patriotą dla nich i z nimi. Bez tego to pojęcie byłoby zupełnie puste. Polski problem z patriotyzmem i religijnością polega na tym, że oba te pojęcia od wieków kształtowały się w kontrze do prawdziwych lub wymyślonych wrogów. Bywało, że na przekór byliśmy religijni, że na złość byliśmy patriotami. Stąd dzisiaj pilna potrzeba przedefiniowania tych pojęć.

O czym ksiądz marzy? 

Najważniejsze jest poczucie sensu. Jeśli się mocno wierzy, łatwiej je ocalić.

Trzeba je ocalać?

Taka jest misja chrześcijan w świecie. Bez niej są niepotrzebni.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail