Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Franciszek w Szwecji zmierzył się z dramatem historii

AP/FOTOLINK
Udostępnij

Wspólna troska o pokój i o cierpiących. To skromny i z religijnego punktu widzenia niedoskonały projekt jedności, ale za to bardzo konkretny i bardzo oczekiwany.

Biorąc udział w inauguracji obchodów 500-lecia reformacji, papież Franciszek z właściwą sobie prostotą zmierzył się z dramatem historii, a nawet teraźniejszości Kościoła. Dramat ten, nawet na skutek mądrego gestu rzymskiego papieża, dramatem być nie przestał. Wspólnota, która miała być jednością, jest wciąż popękana na skutek pychy sprzed wieków, która zastygła w kulturowych i instytucjonalnych formach.

Protest Marcina Lutra przeciw rażącym błędom u schyłku średniowiecza był po prostu słusznym wyrazem troski o Kościół. Nie tylko nie został wysłuchany z należytą powagą (na co zwrócił uwagę przed laty Jan Paweł II), ale został przez ówczesnego papieża potępiony. Był to ostatni z owych błędów średniowiecznego Kościoła, potwierdzający jego duchowe zagubienie i szczególnie brzemienny w skutki.

Jeśli jednak Marcin Luter nie został ogłoszony świętym Kościoła katolickiego, a zyskał miano heretyka, czyli zdrajcy i odszczepieńca, to również z powodu własnego braku pokory i wyobraźni. Ponieważ Kościoła, jak zresztą żadnej ludzkiej wspólnoty, nie można naprawić samym protestem przeciwko złu. Podobnie zresztą jak nie da się go naprawić potępieniem owego protestu, formułowanym w imię dotychczasowego, ułomnego porządku. Gwałtownymi protestami i potępieniami nie naprawia się świata, bo są to postawy rozbijające ludzką wspólnotę, a w najgorszym przypadku rodzące nienawiść.

W myślenie i postępowanie Marcina Lutra oraz jego duchowych uczniów wkradł się więc jakiś błąd, natychmiast wykorzystany przez polityków. Wojny religijne wszczęte wkrótce potem przez europejskich władców są tego smutnym dowodem. Naprawianie Kościoła zaowocowało krwawą walką o tak zwane strefy polityczny wpływów. Z winy katolików i protestantów – po równo. Nie ma więc czego świętować, ale jest o czym pamiętać.

Pięć wieków później nie możemy zapominać o tej wspólnej porażce Kościoła, która pokazała po raz kolejny i nie ostatni, jak bardzo ludzie bywają bezradni wobec własnej pychy. Trzeba było kilku wieków wzajemnej izolacji, by chrześcijanie w Europie poszli po rozum do głowy. A ściślej biorąc, podjęli wysiłek powrotu do źródeł chrześcijaństwa. Zwołując Sobór Watykański II, papież Jan XXIII otworzył drogę do pojednania i poszukiwania jedności.

Jedności Kościoła nie da się jednak ani zadekretować, ani wynegocjować. Nawet najbardziej tęgie teologiczne głowy nie są w stanie jej odbudować, a ich wyrafinowany wysiłek uzgadniania sposobów rozumienia prawd wiary może być tylko pomocą. Jedność trzeba cierpliwie tworzyć, skoro przed wiekami została niecierpliwie zburzona, a wymyślane w pocie czoła różnice teologiczne były tylko intelektualnym uzasadnieniem rozłamu, który przybrał mało chrześcijańską formę konfliktów i wrogości mających z teologią i życiem duchowym niewiele wspólnego.

Szwedzkie uroczystości z udziałem papieża Franciszka były z tego punktu widzenia „ucieczką do przodu”. Skupiły się na wspólnym podejmowaniu przez chrześcijan swojej części odpowiedzialności za świat, który jest w dramatycznym kryzysie, bo jest w nim straszliwie dużo niesprawiedliwości, przemocy i cierpienia.

Nie da się zaprzeczyć, że niesienie pomocy cierpiącym ludziom i troska o pokój (a nie ideologiczna walka o pokój) są ewangelicznym wyzwaniem. I to łączy protestantów i katolików. To skromny i z religijnego punktu widzenia niedoskonały projekt jedności, ale za to bardzo konkretny i bardzo oczekiwany.

Ale szwedzkie wydarzenie spotkania katolicko-luterańskiego dało też okazję do wspólnej modlitwy. Sens modlitwy jest dziś coraz mniej rozumiany. Tymczasem to ona jest istotą praktykowania wiary w Boga. Bardziej niż moralne cnoty, włącznie z charytatywną działalnością, do których wiara w Boga nie jest niezbędna. Podczas spotkania z papieżem w Szwecji rozbrzmiewały modlitewne pieśni, które pamiętam z pobytów w Taizé, gdzie powstały.

To tam, we Francji,  kilkadziesiąt lat temu szwajcarski protestant Roger Schutz założył ekumeniczną wspólnotę monastyczną, która od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku przyciągała tysiące, a potem dziesiątki i setki tysięcy młodych pielgrzymów. Miliony młodych ludzi z całego świata wzięły też udział w corocznych spotkaniach organizowanych przez Braci z Taizé na wszystkich kontynentach. Po co? Przede wszystkim po to, żeby się modlić i być razem w chrześcijańskiej jedności.

Brat Roger nie był działaczem społecznym. Był mistykiem, choć jego pasja docierania do ludzi ze swym świadectwem wiary prowadziła go do potrzebujących pomocy w niezliczonych krajach, a jego przesłanie dawało siłę wielu ludziom do działania na rzecz skromnego ulepszania świata na własny, prywatny rachunek. Bardzo szanował go papież Jan Paweł II, który odwiedził Taizé podczas jednej ze swych pielgrzymek do Francji. W tej monastycznej wspólnocie żyją dziś protestanci, katolicy i prawosławni.

To właśnie Brata Rogera wspominałem, oglądając w telewizji transmisje z wydarzeń pielgrzymki papieża Franciszka do Szwecji.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail