Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Wyścig szczurów od małego? Ja wysiadam!

Udostępnij

Dodatkowy angielski, chiński, gimnastyka, basen, taniec, szachy, judo, pianino… Czy warto serwować dzieciom kolejne zajęcia dodatkowe?

Obserwuję moją córkę podczas lekcji pływania. Przygryzam wargi, chłopiec z tej samej grupy dużo lepiej radzi sobie w wodzie, po raz kolejny ją wyprzedził. No tak, on chodzi dwa razy w tygodniu, my tylko raz. Może moje dziecko potrzebuje indywidualnych zajęć wyrównawczych? Zaczynam się zastanawiać…

Stop! Przecież to dopiero trzecie zajęcia, a ona ma zaledwie 5 lat! Otrząsam się i po raz kolejny myślę, jak łatwo wejść w rodzicielskie szaleństwo zajęć dodatkowych.

Rok szkolny już w toku, więc już na pewno decyzje podjęte – na co chodzi Twoje dziecko? Dodatkowy angielski, niemiecki, chiński, gimnastyka, łyżwiarstwo, basen, taniec, szachy, judo, pianino, śpiew…

Rozumiem argumenty, że właśnie maluchy mają wyjątkowo plastyczny umysł, chłoną jak gąbka – chcemy wykorzystać ten niepowtarzalny czas naturalnie przychodzącej nauki. Przede wszystkim jednak, po prostu się boimy.

Boimy się, że nasze dziecko będzie w tyle za kolegami z klasy, za dziećmi sąsiadów, w tyle na rynku pracy, gdy dorośnie, a ilość zajęć dodatkowych ma temu zapobiec. W końcu tak właśnie żyjemy my, dorośli – oceniając się pod kątem umiejętności i zdobytych doświadczeń, tak jakby nasza wartość jako człowieka była mierzona długością CV.

Nie wiem, czy to specyfika stolicy, czy ogólnie obecnych czasów, ale mam wrażenie, że teraz modne jest „bycie zajętym”. Niestety, nie mogę się z Tobą spotkać, bo idę na wernisaż, może uda się wcisnąć wspólną kawę między jogą a kursem robienia sushi.

Osoba aktywna jest jakby „bardziej”: bardziej atrakcyjna, mądra, zaradna, budzi powszechny podziw. Oczywiście, że w samej aktywności nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, ten tekst nie ma być pochwałą wegetacji!

Pytanie jakie stawiam, jest pytaniem o intencję – czy robię coś, bo chcę, bo lubię, bo widzę w tym wartość, czy może po prostu potrzebuję być zajęty? Bo nie mogę, nie chcę się zatrzymać? Bo nie daj Boże wypadnę z obiegu, będę gorszy? Stajemy się niewolnikami produktywności i mitu, że nie liczy się ilość czasu spędzonego z innym człowiekiem, jeśli tylko jego jakość jest wysoce efektywna.

Nasze dzieci to widzą, a jeszcze bardziej czują, gdy posyłamy je na kolejne „szkolenia”. Im młodszy wiek, tym lepiej, może jak szybciej wystartuje, zajmie wyższe miejsce w wyścigu szczurów wielkiej korporacji. Jeszcze raz powtórzę, same w sobie dodatkowe lekcje nie są niczym złym, mogą być fajną przygodą, ciekawą formą spędzania czasu, szczególnie jeśli dziecko rzeczywiście to lubi. Ale jak we wszystkim, tak i tu jestem orędownikiem złotego środka.

Szczególnie jeśli chodzi o małe dzieci, choć właściwie niezależnie od wieku, nie możemy dopuścić do sytuacji, w której zajęcia dodatkowe okradają dziecko z przywilejów dzieciństwa czy z czasu spędzonego z nami, rodzicami.

Co więcej, rola zwykłej, nie zaaranżowanej przez dorosłego zabawy, ma niezwykle istotny wpływ na rozwój młodego mózgu. Kto wie, może właśnie teraz, gdy tak powszechny jest dostęp do nauki angielskiego, to właśnie zabawa na podwórku, jest limitowanym dobrem z wyższej półki, które… wbrew obawom, da Twojemu dziecku przewagę w przyszłości.

Prof. David Elkind, psycholog dziecięcy, twierdzi, że “poprzez zabawę, dzieci doświadczają nowego sposobu uczenia, i to stworzone samodzielnie doświadczenie, uzdalnia je do zdobycia umiejętności społecznych, emocjonalnych i intelektualnych, których nie byłyby w stanie zdobyć w inny sposób”.*

Może więc nie ma co się tak martwić, czy nasze dzieci poradzą sobie ze zdobyciem pracy. Pytam kuzyna, managera wysokiego szczebla w dużej międzynarodowej korporacji, na co zwraca uwagę podczas rekrutacji pracowników. Odpowiada, że zadaje kilka pytań, dzięki którym chce dowiedzieć się, czy ta osoba myśli i jaka jest. Uważa, że doświadczenie i umiejętności to rzecz nabyta, w każdej chwili można się tego nauczyć, ale myślenie i charakter, a co za tym idzie – sposób komunikacji w zespole, dotrzymywanie terminów, uczciwość i tym podobne cechy, albo się ma, albo nie.

Gdy więc czuję jak rośnie mi ciśnienie i ochota, by zapisać dzieci na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe, patrzę na mojego niemowlaka i zachwycam się, jak doskonale rozwija się bez żadnego specjalnego tutorialu.

Rozwija się sam, jedyne czego mu trzeba, to zachwyt w moich oczach, a więc miłość i jeszcze raz miłość. Myślę sobie wtedy – co z tego, że człowiek będzie mówił w trzech językach, jeśli w żadnym się nie dogada, i idę zainwestować czas moich córek w najlepsze szkolenie z umiejętności miękkich – rozmowę i dobrą zabawę.

*cały artykuł dostępny jest tutaj.